-
4 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
15 listopada 2015 niedziela
Możecie nie czytać, bo o wyjeździe będzie tylko ciut a więcej o jakiś moich wspomnieniach z dokładką jakieś reminiscencji, które to słowo ładnie definiuje nauka o psychologii.
I niestety nadeszła niedziela, inni w tym czasie powiedzą „wreszcie niedziela”, ale dla nas to dzień wyjazdu z Nasicznego. Śniadanie, sprzątanie, pakowanie się i na koniec zdjęcie z frontu domu polskiej flagi narodowej z godłem. Wyjeżdżamy o 10.10. Pogoda jak na późną jesień przystało, zrobiło się zimno, wieje wiatr i pada od rana deszcz a na Przełęczy Wyżniańskiej nawet ze śniegiem.
Jak zwykle pierwszy postój jest u Szelców, to takie słodkie pożegnanie z Bieszczadami. Po obfitym napakowaniu się słodkościami ruszamy dalej, ale nie skręcamy w lewo a przecinamy szosę na wprost i jedziemy do Sobienia. Michał z Agnieszką jeszcze nie widzieli ruin i pięknych widoków ze wzgórza. Ciągle pada, ale pogoda na szczęście nie ogranicza widoczności i można spojrzeć aż po horyzont. Pierwszy raz tutaj przyjechałem w latach 90 ubiegłego wieku, drugi raz byłem tutaj w 2006 roku. Datę przypomniały mi zdjęcia które wtedy zrobiłem. Jedno poniżej umieszczę, by Ci co jeszcze pamiętają przypomnieli sobie, że jeździły jeszcze wtedy pociągi u podnóża góry a Ci co nie mieli przyjemności widzieć by mogli je zobaczyć. Pod koniec ubiegłym wieku, mając na uwadze, że transport kolejowy zapewne skończy się na tej trasie, postanowiłem skorzystać z tej formy transportu. Wracałem wtedy z długiego samotnego wypadu w Bieszczady, wsiadłem w PKS w Ustrzykach Górnych i dojechałem do Ustrzyk Dolnych by tam przesiąść się właśnie w taki pociąg jak na zdjęciu. Niezapomniane wrażenia… w pustym przedziale tylko ja, plecak, namiot, karimata, w pełni otwarte okno… mijane samochody na przejazdach, wolno przesuwany obraz, wiatr we włosach, kolebanie się wagonu na nierównych torach, szybkie przejście na drugą stronę wagonu bo właśnie mijamy górę Sobień… i tak wtedy do Zagórza. Tam znowu wędrówka z tobołami na wiadukt nad dworcem do pewnej pizzerii Malibu, którą zapamiętałem za pyszny sos oliwny do pizzy i za pizzę też. To było takie drugie smakowe pożegnanie z Bieszczadami a jednocześnie obiad przed podróżą. Jeszcze zakupy w sklepie koło dworca na drogę i mogłem spokojnie czekać na pociąg do Warszawy. Wtedy głównie PKS-em wracałem do Zagórza, oprócz tego jednego epizodu z PKP, to oczywiście pierwszy przystanek był w Lesku i wędrówka do Szelców a dopiero później do Zagórza czym popadło, często stopem. Do Warszawy wracałem zawsze sypialnym, i zawsze 1 klasą, więc nie musiałem na dworcu zdobywać miejsca do siedzenia. Odjazd był około godziny 20, około 6 rano byłem w stolicy a o siódmej w domu. Zawsze miałem ze sobą pół literka dla managera(sic!) wagonu bym przedział miał tylko do swojej dyspozycji bo wiedziałem, od pierwszego wyjazdu, że jeden przedział z jedynki trzymano dla posłów. Do Zachodniej musiałem czekać czy czasami jakiś poseł nie wsiądzie, ale jakoś nigdy w moim czasie żaden poseł nie zechciał jechać w tą stronę co ja. Gorzej było przy powrocie, ale pół litra wyzwalało umiejętności managerskie u kierownika wagonu sypialnego. Gdy jechałem w Bieszczady, to w Zagórzu prosto z pociągu biegłem co sił, by załapać się jako jeden z pierwszych do stojących busików. Podobnie myślących było wielu i do momentu startu trzeba było być przygotowanym już w pociągu. Jakoś udawało mi się załapać do jednego z czekających. Przed południem byłem więc w danej lokalizacji po „zakwaterowaniu” i mogłem ruszać w góry. Tak to kiedyś było.
Przepraszam za chwilkę wspomnień.
Wracając do dzisiejszej powrotnej podróży to całą drogę mieliśmy deszcz, dłuższymi momentami zamieniający się w całkiem sporą ulewę. Do domu dojechaliśmy przed siódmą.
I całkiem tak na koniec chwilka moich reminiscencji.
Mam rodzinną działkę ze starą drewnianą chałupką z bali i z kominkiem koło Warszawy, na skraju przysiółku cichej wsi, blisko lasu, niedaleko większej rzeki, mógłbym tam się wyleżeć, nałazić po lesie, iść na ryby, pojeździć rowerem, poszperać w historii wsi bo ma ją ciekawą, posiedzieć na niby ławeczce za wiejskim sklepem z miejscowymi i się pomądrzyć lub słuchać mądrości miejscowych… mogę… a jednak ciągle mnie coś ciągnie w te cholerne Bieszczady! Kiedyś tłukłem się w te górki całe noce pociągiem lub później 1/3 doby jechałem samochodem. Pozakażałem tą ciągotką inne osoby, które teraz też marnują cenny czas na podróże i kasę na paliwo. Możliwe, że teraz oni roznoszą dalej wirusa. Pamiętam jak tuż przed samotnym moim wyjazdem, wpadł do mnie kolega syna i spytał się czy znowu jadę w Bieszczady?... czy on może jechać ze mną?... mimo, że miał niecałą dobę na spakowanie to pojechał. Przez trzy lata, w 2-3 tygodniowych pobytach kawał Bieszczadów z nim złaziłem. Chłopak tak złapał bakcyla, że ukończył kurs skałkowy, później łaził po skałach bez asekuracji i głębokich jaskiniach, wyjechał na Kaukaz, później łaził po jeszcze większych górach, czyli złapał gorszą odmianę wirusa i bardziej niebezpieczną.
W poprzedniej firmie koledzy snuli opowieści o Chorwacji, o Włoszech, o Egipcie a ja pokazywałem im widoki z Bieszczad i siebie czasami doszczętnie zmoczonego, ubłoconego z małym plecakiem, kapeluszem i laską. Pamiętam jak opowiadali o kąpielach w ciepłym morzu a ja im o kąpieli w Osławie podczas deszczu, opowiadałem o noclegu w namiocie w którym podczas snu unosiła się woń mokrych butów, stęchniętego i przepoconego ubrania (trafiłem wtedy na ulewny lipiec), też i jedzenia na śniadanie, deszcz cały czas bębnił o namiot a rano zakładałem to wczorajsze mokre ubranie i ruszałem w drogę. Oni kompletnie tego nie rozumieli. Co dziwne i ja też tego kompletnie dzisiaj nie rozumiem, ale patrzę na to z perspektywy czasu. Teraz już bym się na coś podobnego nie pisał! Z czasem zawitał luksus i porzuciłem namiot na rzecz ponadstandardowych kwater. Hmmm, ale mnie na koniec wzięło, przepraszam.
Koniec
………………………………………… mam jednak nadzieję, że w przyszłym roku ponownie cdn :lol:
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Miło się czyta i ogląda . Szkoda tej pod sobieńskiej ciuchci . Tak tylko dodam że w odmętach Sanowych pod Sobieniem - znajduje się słynne łowisko łososia królowej Sanu - głowacicy.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Od 1 maja w Bieszczadach i to aż 6 dni. W sumie to już niedługo. Nocleg jest zaklepany! Czas flagi szykować.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Jeszcze dwa tygodnie i początek maja (1-7 maja) rozpocznę z małą czteroosobową ekipą z pieskiem w domku ORW Bystre. Plan dostosowany dla wszystkich, chociaż i dla siebie też chcę trochę uszczknąć. To będzie klasyczny kompromis. Cała reszta nie zna planów a ja sam jestem ciekaw jaka będzie reakcja na jego ogłoszenie.
Zaplanowałem od pierwszego do ostatniego dnia, chociaż lekkie wahnięcia mogą jeszcze nastąpić.
Bystre, Rabe i okolice darzę jakimś niewytłumaczonym sentymentem, którego korzenie są gdzieś w początkach wędrówek po Bieszczadach. To fredrowskie „czarne gardło” gdzie „granica świata. Za Baligrodem… gdzie … droga i rzeka jest to jedno i toż samo a od rzeki z jednej i z drugiej strony wznoszą się czarne ściany jodeł i smreków” mnie ciągle przyciąga i co jakiś czas muszę pewnemu tutejszemu leśniczemu podeptać trochę ścieżek.
W planach mam dla reszty najbliższą okolicę, łącznie z wejściem od północno-wschodniej strony na Chryszczatą i zejście przez Przełęcz Żebrak. Mam też w planach Berdo przed Durną i zejście rozerwaną na dwie połowy stokówką, której część prawą już zaliczyłem kiedyś. Chcę przejść „świeżyznkę” na Urwisko Zonkla, chcę też zrobić trzy trasy objazdowe z małymi skokami w bok. To taki wielki skrót. Niewiele, ale może być wiele dla reszty… ot tak dla podtrzymania zdrowej choroby zakaźnej dla siebie a zwłaszcza dla reszty.
Oczywiście gdyby ktoś się zawieruszył w pobliże to… pukać a i dla wędrowca znajdzie się i talerz, i siedzenie, i w ciemną noc też nie wygonimy w „czarne gardło”. Opiszę później to wszystko… rzecz oczywista.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
To już jutro... o 7 rano wyjazd by po godzinie 14 wjechać w "czarne gardło" gdzie "granica Świata".
-
9 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
1 maja 2016 rok
Tytuł „O niedawnym wypadzie w Bieszczady” ma się nijak do czasu obecnego, bo wszak to co opiszę przecież było w maju… parafrazując Rodowiczkę, powinno być… to było w maju, właśnie w maju, Recon otarł z pyłu twarz, znów zaśpiewał w polu ptak, hej… w Bieszczady jazda, w Bieszczady wracać czas”. Nie za rześko to zabrzmiało? ;)
Maj wszak był w środku wiosny a dziś to mamy koniec lata a bardziej realnie patrząc to już początek jesieni. Rozważania czy to koniec lata czy jednak początek jesieni złamię innym tekstem „już szron na głowie już nie to zdrowie a w sercu ciągle maj”. Tylko… na pisanie(!) jakaś taka niemoc, no nijak zacząć, bo ciągle coś… a pisząc to namacalnie jeszcze sprawdzę swoją pamięć.
Początek maja był zaklepany, spanko też, rozważanie czyim samochodem (za jednym i za Michała przegłosowano dzień przed wyjazdem) przyklepane i plan też był. Punkt pierwszy przewidywał wyjazd o 7 rano i do pokonania było cirka 3,5 setki kilometrów. Z przystankami wychodziło 7,5 godziny. Zaplanowałem jazdę bocznymi drogami by jechać innymi nieznanymi dotąd, co jak się później okazało dało sporo plusów w postaci odmiennych widoków, prawie pustych dróg, natknięcia się na lokalne święta w mijanych miejscowościach, obserwacji na lokalne przygotowania do pochodów pierwszomajowych i ich formowanie, podziwiania zwierząt też ptaków leśnych i domowych oraz jednego małego zabłądzenia… ot z rozpędu zamiast skręcić w lewo to pojechało się prosto a tam koniec drogi i w oddali jakaś super droga za nasypem, czyli konieczny 2 kilometrowy powrót.
Wyjechaliśmy 7.10, pogoda marzenie, dopiero za Odrzykoniem wypadamy na Krosno i dalej już ta sama trasa co zawsze. Kiedy po krótkim postoju przy McD wyjeżdżaliśmy z Sanoka, zadzwonił mój brat z pytaniem „gdzie jesteśmy?” bo on minął Szczawne a by chciał się z nami spotkać. Ot taki przypadek, brat wyjeżdża a my odwrotnie. Daje się namówić na Szelców i tam spotykamy się na kawie i ciachach. Brat po tej pierwszej wizycie u Szelców, w mojej skali, awansował już na Bieszczadnika. Jeszcze pyk na wieczną pamiątkę i rozjeżdżamy się w odwrotnych kierunkach.
Nasza ekipa do celu ma jeszcze około 25 km a to jak z bata strzelił i już już tam prawie jesteśmy. Oooo już Hoczewka, ooo po lewej pomnik WOP-istów (ja go tak nazywam chociaż powinienem nazwę rozszerzyć), oo zaraz tabliczka „Bystre”, za zakrętem zwolnij bo trzeba ostro w prawo na mostek.
Witam się w recepcji ORW Bystre, odbieram kluczyk, uzgadniam szczegóły, płacę z góry za pobyt i w pół do 3 PM otwieramy drzwi drewnianego domku. Dzielimy się pokojami, oglądamy wnętrze, rozpakowujemy się, coś w locie na przekąskę. Ku mojej rozpaczy cała trójka kładzie się nawet na drzemkę. Ja w tym czasie wywieszam flagę Polski, coś czytam i zerkam ciągle na zegarek. Po 16 już nie wytrzymuję i robię raban, że czas najwyższy wstawać. Uff i tak ruszamy na pierwszy spacer. Jest za kilkanaście minut 17.
Pierwsze kroki kierujemy do leśniczówki celem zapłacenia „kary” za onegdaj kilkukrotnie zadeptany las a i też za ten co teraz podepczemy. Niestety rezydenta z małżonką nie ma i nie będzie do końca naszego pobytu. Porozmawialiśmy sobie za to dość długo z panią teściową leśniczego, która opowiedziała o swoich przetworach wystawionych na sprzedaż, o pobycie w Bieszczadach i takie tam jeszcze własne historie a i nasze (właściwie to moje) też zostały w to wplecione. Ja prosiłem przekazać leśniczemu spec nalewkę zrobioną własnoręcznie, za co w rewanżu otrzymałem spec sok z pewnego tajemnego owocu bieszczadzkiego, ma przynosić moc ;)
Ruszamy dalej. Po drodze mijają nas dwa stylowe wozy zaprzężone w konie z wycieczką. Zauważam zmiany, ostatnio poczynione, w otoczeniu drogi. Po lewej stronie drogi (później też i po prawej) wije się wśród drzew ścieżka dydaktyczna z całą masą infrastruktury. Perełką ścieżki jest pole biwakowe z oczkami wodnymi, zadaszoną sporą altaną, miejscami na ognisko, ławeczkami a dalej jest też parking…
To dla mnie nowości bo reszta jest mi znana, ekipie trzeba pokazać co kryje ta okolica, jedna z najładniejszych dla mnie w Bieszczadach. Teraz idziemy zobaczyć kamieniołom „Gruby”, później wchodzimy na Kamienną Górę z Rezerwatem Gołoborze. Przed rezerwatem następuje zmiana pogody, zaczyna padać deszcz, żadne tam oberwanie chmury acz mocno nas moczący i rozmiękczający późniejszą ścieżkę do kapliczki Synarewo. Dzielnie towarzyszy nam Kola i umiejętnie omija błoto na swojej drodze, chociaż momentami macha ogonem by ją przenieść lub wnieść, co nastąpiło tuż pod kapliczką. Kola niestety, już później, podczas powrotu sygnalizuje, że zdrowie i kondycja mija u niej bezpowrotnie.
Zachmurzone niebo, siąpiący deszcz i godzina… sporo już po 19 nakazywała zwiększenie wysiłku by jeszcze za dnia wejść na zbocze Kamiennej i popatrzeć z góry na kamieniołom „Drobny” oraz rezerwat 34 sosny. Wszak zachód słońca w górach przebiega inaczej niż na jakiejś równinie. Decydujemy by Ewa z Kolą zostały na drodze i czekały na nas a ja z Agą i Michałem wchodzimy wyznaczonym szlakiem w stronę krzyża komandosa. Mnie w pewnym momencie podkusiło by odbić w lewo ze szlaku na starą drogę zrywkową, którą doszliśmy aż do wzgórza Hrunek. Tutaj robimy nawrót, ale skrótem i tym sposobem całkiem niechcący znaleźliśmy się na „balkonie” nad kamieniołomem, skąd mamy na niego piękny widok. Jest on z tego miejsca lepszy niż z końca mini szlaku, gdzie znajdują się ławeczki. Na dole zaplecze techniczne kamieniołomu, z komina chatki leci dym. Nie rozmawiamy zbyt cicho dzięki temu pies stróżujący nas już zauważył i doniośle ujada, za chwilę wygląda też i stróż patrząc w górę kogo tam licho przyniosło… czas na nas.
Robi się ciemno gdy schodzimy w dół. Kola nasz powrót objawia nieskrywaną radość merdającym ogonem, Ewa też ucieszona… „bo jakoś wam tak dłużej zeszło”. No to wracamy do domku! Jak na pierwszy dzień to mamy wszyscy dość.
Sięgam po zrobione wtedy notatki… przeszliśmy 9,64 km w 3h28m z czego ruch 1h 52m a postój 1h36m, powrót do domku o 20.15.
W domku każdy łapie się za jakąś robotę, Michał, jako były harcerz, oczywiście bierze się za rozpalenie kominka. Drewna „na wyposażeniu” mamy pod dostatkiem przed gankiem. Dziewczyny i ja robimy obiadokolację, wystawiam coś mocniejszego na opicie pierwszego dnia. Tak sobie właśnie siedzimy do północy, w cieple i świetle bijącym z kominka. Kola schnie przy ogniu po kąpieli, my obserwujemy czy temperatura wody podniosła się na tyle by ktoś mógł się wykąpać… kominek ma kurtynę wodną a to ogrzewa wodę do zbiornika, dzięki czemu mamy ciepła wodę do mycia.
Załącznik 41465Załącznik 41457Załącznik 41458Załącznik 41459Załącznik 41460Załącznik 41461Załącznik 41462Załącznik 41463Załącznik 41464
cdn
PS
Dzięki za ponad 100000 odsłon tego wątku i prawie 12000 wejść na mój profil :)
-
2 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Oczami wyobraźni przeszedłem z Wami trasę, którą miałem przyjemność z pewnymi modyfikacjami, wielokrotnie przejść na każde kolejne powitanie z Bieszczadami. Wszystkich uroków tego miejsca, które opisałeś, doświadczyłem osobiście :-). Zaangażowanie nadleśnictwa w rozbudowę infrastruktury tego miejsca, jest godne pochwały. Atrakcyjna ścieżka wzdłuż drogi, w zdecydowany sposób podnosi komfort marszu, gdyż kurz wydobywający się spod przejeżdżających samochodów najczęściej z kruszywem, nie zagraża nabawienia się pylicy u przechodzących turystów.
Natomiast Twoja sekwencja dotycząca odbicia w lewo na drogę zrywkową oraz dotarcie do wzgórza Hrunek, trochę mnie zastanawia. Co prawda jest Hruń, ale to w okolicach Roztok Dolnych, a to jest przecież ok. 9 km w jedną stronę z ORW Bystre.
Cytat:
Zamieszczone przez
Recon
... Mnie w pewnym momencie podkusiło by odbić w lewo ze szlaku na starą drogę zrywkową, którą doszliśmy aż do wzgórza Hrunek. Tutaj robimy nawrót, ale skrótem i tym sposobem całkiem niechcący znaleźliśmy się na „balkonie” nad kamieniołomem, skąd mamy na niego piękny widok. Jest on z tego miejsca lepszy niż z końca mini szlaku, gdzie znajdują się ławeczki. Na dole zaplecze techniczne kamieniołomu, z komina chatki leci dym. Nie rozmawiamy zbyt cicho dzięki temu pies stróżujący nas już zauważył i doniośle ujada, za chwilę wygląda też i stróż patrząc w górę kogo tam licho przyniosło… czas na nas. ..
Gdyby to był Pohar, to wszystko by się zgadzało, ale o Hrunku w tamtej okolicy, nie słyszałem.
Załącznik 41468
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Masz rację, wszystko się zgadza. Po prostu zapomniałem sprawdzić jeszcze dodatkowo, na bardziej szczegółowej mapie Baligrodu :-(.
-
2 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Dowodem mojej płytkiej wiedzy o nazwach bieszczadzkich wzniesień, jest zarejestrowany mój pobyt na Hrunku we wrześniu 2012 r. i maju 2013 r.
Byłem, widziałem, ale nie pamiętałem gdzie i to nawet dwa razy :-(.
Załącznik 41470 Załącznik 41471
-
8 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Wspomniałem wcześniej o pamięci i kiedy już puściłem powyższe w net i jeszcze raz przeczytałem to co napisałem, to szufladka w mózgu otworzyła się z przypomnieniem i upomniała mnie, że… w ORW Bystre nie płaciłem z góry w dniu przybycia a prawie na koniec. Sprawdzanie pamięci więc nadal trwa ;)
02 maja 2016 (Dzień Flagi Państwowej RP) Bystre
Dziś na spoko ze wstawaniem, ale ostrzegałem, że kompanija spać może najpóźniej do 9 rano. Mnie już kilka chwil po 6 nosi, wstaję, palę w kominku (bo przecież ciepła woda!), idę na spacer z Kolą po okolicy, myję, golę się, robię śniadania, zalewam kawę… innymi słowy tłukę się na dole „cicho” w czym wtóruje Kola, która też domaga się szczekaniem swojej racji żywnościowej. Spała i czuwała na dole przecież, chociaż ostatnio ze słuchem coś u niej coś nie halo, ale oficjalnie… czuwała tak, że nikt się nie włamał, był w nocy spokój i tym zasłużyła sobie na zapłatę. Przed godziną 9 podrażniłem ją kiełbaską by prosząc trochę poszczekała. Jakby co to zwalam na psa, że budzi… a że obudził skutecznie to ukradkiem dostał sowitą i należną zapłatę. ;)
Przegląd towarzystwa czy czegoś nie zapomnieli i jak się ubrali i… jak z notatki wynika (a nie z pamięci) wyszliśmy o 10.38. Bo faktycznie o tej godzinie wyszliśmy ;) Pierwszy etap to dojście do pomnika WOP-istów (pisałem, że nie tylko). Nasza kochana Kola została pilnować ogniska domowego.
Jest pochmurno, nie pada, trawa mocno wilgotna i w ogóle wilgotność spora, będzie z 90%, zwłaszcza w lesie, w przydrożnych rowach żółto od kaczeńców i innych kwiatków, wszędzie jak okiem sięgnąć soczysta zieleń przyrody… dziwne?... nie, to przecież maj.
Ekipie nakreśliłem przed wyjściem plan, najwięcej musiałem mówić ile czasu to zajmie i musiałem to naukowo udowadniać, że nie dłużej. Na spokojnie doszliśmy do pomnika, chwilka omówienia jak dalej idziemy i dokąd, oczywiście mapa poszła w ruch. Dostali informację, że gdyby się nasza kolumna zbytnio rozciągnęła to spotykamy się na styku szlaku niebieskiego i zielonego na Przełęczy 881 a najlepiej miejmy się w zasięgu wzroku. I tak szliśmy w różnych konfiguracjach. Tym szlakiem szedłem chyba z 20 lat temu, no może z 18, więc wietrzyłem pamięć.
Gdzieś na początku podejścia znalazłem chełm z czasów cesarstwa rzymskiego albo „trochę” późniejszych… czasowo, dla humoru nawet go przymierzyłem co widać na zdjęciu.
Z trzysta metrów przed Berdem natykamy się na prowizoryczne nagrobki z krzyżami z patyków, na jednym usypanym z kamieni leży pordzewiała sprzączka i pozostałości spłonki (chyba?). Swoiste memento żołnierza zaginionego na wojnie… nie pochowany z należnym szacunkiem, zasypany w okopie, zapomniany przez swoich, przez dowodzących, przez wywołujących wojnę, przez wroga, przez rodzinę, istne mięso armatnie. Memento każdego żołnierza wysłanego w bój!
Za 10 minut osiągamy Berdo 890 m. Jest 13.38 czyli idziemy równe 3 godziny, idziemy bez pośpiechu, na podejściu jest mocno ślisko, wilgotność powietrza nadal spora. Za 6 minut docieramy do węzła szlaków niebieski/zielony. Tutaj posilamy się, trochę odpoczywamy, ja szukam jak najlepiej odbić teraz na stokówkę, która gdzieś jest blisko i poniżej. Sam idę w drogę zrywkową, która w dobrym kierunku zaczyna zakręcać i widzę drogę. Wracam i wołam by reszta szła do mnie. Kilka chwil i stoimy na stokówce.
Załącznik 41472Załącznik 41473Załącznik 41474Załącznik 41475Załącznik 41476Załącznik 41477Załącznik 41478Załącznik 41479
cdn
-
7 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
02 maja 2016 (Dzień Flagi Państwowej RP) Bystre
To właśnie druga część drogi, która jest oderwana przez jar od tej idącej z Jabłonek. Do końca której kilka lat temu dotarłem, jednak było wtedy za mokro by szukać połączenia. Opisałem to gdzieś wcześniej. A może już są te drogi połączone?
I chociaż nie byliśmy w labiryncie to ta droga była niczym nić Ariadny prowadząca do leśniczówki Karolów. Koło ambony zlał nas mocno deszcz i to lał z dobrą godzinę. Zanim ruszyliśmy na cmentarz kilkadziesiąt minut przeczekaliśmy pod wiatą przystankową PKS-u. Droga nie była tak ładna jak ta Droga Recona, ale jak już wcześniej wspomniałem… stokówki mają coś w sobie i ja to coś lubię.
Na cmentarzu zatrzymuję się nad wyróżniającym się grobem ówczesnego właściciela dóbr Łubne, patrzę na daty, obliczam, zastanawiam się nad koleją losu tego człowieka, nad tym co ten człowiek przeżył za życia, jaka była średnia matematyczna życia ludzi wtedy żyjących (płyta gobowca daje do myślenia w tym względzie). Jeden nagrobek, trochę liczb i liter a jednak mnie nurtują. O spoczywającym tutaj jeszcze coś wiadomo a co wiemy o żołnierzu leżącym kilka poziomic na mapie wyżej, pogrzebanym w okopie przez pryzmę ziemi po wybuchu, przysypanym liśćmi i igliwiem, zarośniętym mchem?… nic nie wiemy! Po prawie 100 latach ktoś szukający pozostałości wojennych odnalazł wykrywaczem metalową zardzewiałą sprzączkę od jakiegoś paseczka i położył jako bezwartościowe na kupce kamieni, może znalazł jakieś resztki kości, może coś więcej, może to zabrał bo miało jakąś tam wartość a może nic nie znalazł cennego bo już wcześniej był żołnierz „przeszukany” albo nic już nie było. Ten jednak poszukiwacz „skarbów” zrobił jednak coś więcej, zrobił jakiś gest, wykonał pewien wysiłek… połączyć 2 patyki folią na znak krzyża. W miejscu gdzie poległ, gdzie leży żołnierz, gdzie leży mięso armatnie (niestety!). Może leży nawet na obcej ziemi, może nawet umierając był nieświadom o co walczył, za co zginął i przez kogo był zabity, może zginął od swoich, przez jakiś błąd oficera, niedowidzącego strzelca a może sam się zabił ze strachu, z bólu lub braku wiary? Pytania rodzą pytania u niektórych żyjących i przechodzących obok, niestety bardzo wielu przejdzie bez nawet 1 pytania zadanego w swoich myślach, wszak pytania i tak pozostaną bez odpowiedzi. Żołnierz ten a raczej ci żołnierze (bo odkrytych i też jeszcze zasypanych jest więcej) tylko zwiększył ilość zabitych lub ilość zaginionych w boju, w odpowiedniej kolumnie zrobionej przez statystyków wojskowych.
Wracamy asfaltem wzdłuż Jabłonki, jeszcze mostek i pod górkę do domku. O 15.05 otwieram drzwi, Kola zaspana przeciąga się by już po chwili merdać ogonkiem i okazywać radość, że ludzie wrócili… no fakt spało się w mordę jeża, bo jak tu hau hau nie spać jak nuda wokół, nawet mysz czy nawet mucha nie przeleci.
Palimy w kominku na ciepłą wodę, ja jeszcze się na letnią załapałem, reszta niestety musi trochę poczekać. Teraz tylko coś zjeść dobrego, czymś dobrym zapić i odpoczywać.
Z notatek… przeszliśmy 15,13 km w 5h 27min, ruch 3h 9min, bezruch 2h 18min… to Oregon400 taki mądry nie ja.
Załącznik 41480Załącznik 41481Załącznik 41482Załącznik 41483Załącznik 41484Załącznik 41485Załącznik 41486
Do następnego, znaczy się cdn
-
6 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
03 maja 2016 (Święto Konstytucji 3 Maja) Bystre
Przed przeczytaniem poniższego namawiam, bo warto(!!!), zajrzeć do powstałego ponad 9 lat temu wątku „Urwisko Zonkla” jest tutaj ---> http://forum.bieszczady.info.pl/show...urwisko+zonkla i dopiero dalej poczytać.
Dla mnie to początek historii z Forum bieszczadzkim. To dzięki niemu tutaj trafiłem i przez niego poznałem parę osób z Forum, też przychylnych czytelników i adwersarzy moich postów. Urwisko Zonkla było zapewne też początkiem efektu domina, które w swej istocie, takie drobne zdarzenie uruchamia następne a to następne… następne… następne… by w finale zrobić wielkie bum. Wszystko przez Urwisko Zonkla, nazwy której kiedyś szukałem w necie i tak trafiłem tutaj. Każdy w swoim życiu znajdzie swój efekt domina, ba każdy ma po kilka albo kilkanaście odnóg, chociaż gdyby się zgłębiać mocniej to cały początek gdzieś jest daaaaaleko daleko wstecz. Styknie bo niezły odlot z rozważaniami filozoficznymi zrobiłem a rzecz idzie tutaj kompletnie o co innego ;)
Przeczytali wątek o Zonklu??? Oki, to lecę dalej, chociaż o urwisku będzie trochę dalej a może sporo dalej ;)
Aga już trochę zobaczyła Bieszczady i dziś z rana, właśnie dla niej specjalnie, jedziemy pokazać znaną wielu z Was atrakcję turystyczną w postaci kolejki wąskotorowej. Jedziemy do Przysłupia.
Kiedyś, gdy zaczęto budować Kolej Warszawsko-Wiedeńską to były miejscowości, które wprost sobie nie życzyły by parowe potwory przez nie przejeżdżały i co?... sąsiednie miejscowości, które na te potwory się zgodziły ożyły, wzbogaciły się, nabrały rozpędu rozwojowego a te protestujące zaczęły tracić na znaczeniu. Piszę o tym, bo kiedy przed kilkunastoma laty zszedłem z Małego Jasła na czuja do Przysłupia to była tam jakaś jedna chałupka z hodowlą pstrągów i co utkwiło mi w pamięci to to, że pobliski stawik miał okropnie zieloną wodę.
Teraz końcowy przystanek Wielkiej Bieszczadzkiej Kolei Wąskotorowej zmienił to miejsce w bieszczadzką „metropolię”. Dojdzie jeszcze do tego, że Przysłupie a nie „Pod Tołpą” będzie numerem jeden bieszczadzkiego smażonego pstrąga. Z roku na rok nabiera rozmachu, rozwija się i w ich interesie jest też rozwój WBKW. Gdy tam przyjechaliśmy to sam osobiście widziałem jak co jakiś czas podjeżdżał samochód i brał po torbie wędzonej lub smażonej rybki, nie wspominając o ruchu w interesie gdy przyjeżdża kolejka.
Sama infrastruktura też się zmieniła i sam z ciekawością obszedłem wszystko wkoło a Michał z Agą nawet połasili się na rybki. Jako bez sensu było wsiadać w kolejkę w tą stronę to wymyśliłem trochę inną opcję by w miarę wszyscy byli zadowoleni, myślę, że ja byłem najbardziej ;)
Michała z Agą wsadziliśmy w kolejkę (odjazd o 11.10 czasu miejscowego), ale nie tak całkiem jako pasażerów, chociaż bilety zostały oczywiście kupione. Podszedłem do szefa wagonu, znaczy się hamulcowego i załatwiłem by mogli sobie usiąść na stopniach a on by im trochę naopowiadał po drodze. I tak pojechali. My z Ewą pojechaliśmy na cmentarz pod Krywe. To o nim, swego czasu, właśnie taki hamulcowy wspomniał, gdy ja w podobny sposób jechałem z Michałem na stopniach (opisałem to gdzieś wcześniej). Gdzieś w pamięci sobie to zapamiętałem i teraz była okazja zobaczyć ten cmentarzyk.
Kiedy już dojechaliśmy do przejazdu przez tory koło Krywe to wysiadłem i przyłożyłem ucho do szyn… stukot się nasila, znaczy pociąg nadjeżdża. Po jakiejś chwili minął nas a my czuliśmy się niczym goście na trybunie honorowej przed jakimś pochodem, bo każdy do nas machał a my niczym towarzysze sekretarze odmachiwali ludowi miast i wsi. Pociąg pojechał do Majdanu via Cisna a my udaliśmy się szukać dojazdu do cmentarzyka. Łatwo było trafić! Hamulcowy opowiadał, że sporo ludzi z Ukrainy tutaj przyjeżdża, nie dziwię się zwłaszcza tym, co pamiętają jeszcze ojcowiznę przed wywiezieniem w obce strony. 17 sierpnia 2007 roku postawili na cmentarzu swój krzyż z cyrylicą, który góruje nad całością, bo z dawnego miejsca spoczynku zachowało się trochę rozpadających nagrobków i resztki muru okalającego. Bardzo zaniedbane miejsce.
Jedziemy teraz do Majdanu, wyprzedzamy po drodze WBKW, kolejka nie jest przecież expresem i tam sobie czekamy. Stacja Majdan nabiera cech żyjącego kolejką bazarku. Można tu kupić miód, śpiewający chleb ze Smolnika, nalewki, soki, sery wszelakie, obrazki, makatki, szmatki, prawdziwy włos bieszczadzkiego niedźwiedzia, kupę wilka, świecące jojo i… pogadać ze sprzedającymi. Ja zagaduję tego co sprzedaje miód i chleb ze Smolnika… sprzedawca jest z Baligrodu a wyroby, jak już wspomniałem ze Smolnika… da się żyć w Bieszczadach J Kupujemy u niego spory kawałek sera huculskiego tak by wszyscy spróbowali. Trochę czekaliśmy na przyjazd, więc sobie zwiedziłem dość ciekawe muzeum wąskotorowe, ale trochę tematycznie rozszerzone.
Z Majdanu pojechaliśmy do Cisnej poszlifować trotuary tej miejscowości. W Siekierezadzie napełniliśmy brzuchy pierogami o różnych smakach a podanych w wielkiej misie.
I tak doszliśmy do Zonkla, ale o tym w dalszej części
Załącznik 41495Załącznik 41496Załącznik 41497Załącznik 41498Załącznik 41499Załącznik 41500
cdn
-
7 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
03 maja 2016 (Święto Konstytucji 3 Maja) Bystre
Czas na część turystyczną a tą zaczynamy startem właśnie obok Siekierezady, dalej mają nas prowadzić żółte znaki ścieżki przyrodniczo-historycznej „Nad Sztolnią”. Opis tej ścieżki jest tutaj http://mojebieszczady.com/aktualnosc...yczna-w-cisnej
Początkowo idziemy razem z czerwonym Głównym Szlakiem Beskidzkim, który w pewnym momencie odbija w prawo na Jasło a my w lewo dalej naszym spacerowym. Początek jest bardzo błotnisty, czasami nawet szukam miejsc na buta by nie zapadł się cały w błocie. Staramy się omijać takie miejsca łukiem. Kończy się to wszystko gdy zaczynamy podchodzić pod górę. Powiem, że „pod górę” jest całkiem niezłe podejście i jestem daleki by się roztkliwiać nad osobami starszymi i dziećmi, ale niektórzy z tej kategorii, mając w pamięci podsumowanie w w/w opisie „Trasę serdecznie polecam, na wycieczkę dla wytchnienia, odpoczynku oraz dla osób bez wielkiego zaplecza kondycyjnego. Ścieżka jest łagodna i wspaniała na wycieczki dla rodzin z dziećmi oraz osób starszych” podczas początkowego podejścia żachną sobie zgryźliwie… ta dla osób starszych i dla i rodzin z małymi dziećmi, hmmm. Myśmy się z tego podśmiewywali, chociaż ja sobie w myślach rozważałem czy ja już czasami nie jestem w jednej z wymienionych kategorii? Swoją drogą to od jakiego to wieku zaczyna się ta wspomniana kategoria „osoby starsze” na spacery w górach, ha?
Pogoda super, jest majowe popołudniowe słoneczko i my spacerkiem powoli wspinamy się ku szczytowi Mochnaczki by na jego wypłaszczeniu ujrzeć trójpoziomową nową wieżę widokową. Weszliśmy na sam jej szczyt… ja bym sobie na niej jeszcze posiedział, popatrzył, popił, pojadł, ale nie… ale nie… reszta weszła, zobaczyła coś pstryknęła i w dół… „A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost! Po torze, po torze, po torze, przez most, Przez góry, przez tunel, przez pola, przez las I śpieszy się, śpieszy, by zdążyć na czas”/Tuwim/ … a czas jest nawet dobry, jest 15.30, schodzi się prosto, nic więcej nie mamy w planach… więc gdzie się tak q… śpieszyć?
Schodzę i śpieszę się za expresiakami by dogonić, gdy dochodzę do schodków drewnianych na zakręcie zauważam Ewę i znikających w lesie Agę z Michałem. Zaraz jest zakręt szlaku i jeszcze ją udaje mi się zawrócić, lecz czoło expresu poleciało ścieżką w dół. Trochę dalej wyskoczą w Cisnej, my trzymamy się spacerniaka, wychodzimy na stokówkę a później w dół błotnistą ścieżką i jesteśmy znowu na moście kolejki a za chwilę już jest stacja Cisna. I można by powiedzieć finito, ale jeszcze wzrok przykuwa „coś” leżące na peronie. To „coś” to opój kręcący się zawsze koło Siekierezady, teraz leżący w pozycji, która jest zaprzeczeniem ziemskiej grawitacji, chociaż ziemia i on swoją masę mają i w tym momencie wzajemnie się przyciągnęły. Kiedy szliśmy na szlak ostentacyjnie robił pełne obroty sikając publicznie i bez zahamowań wobec całkiem sporej ilości ludzi będących w pobliżu i może to od tego zawirował mu świat. On swoją kolejkę odsypia a ta co przetacza się pobliskim wąskim torem zrobiła już ostatni kurs w długi majowy weekend, więc jest względny spokój.
My wracamy do Bystrego, czeka tam na nas Kola, kominek, ciepła woda i wszelkie dobrocie.
Załącznik 41510Załącznik 41511Załącznik 41512Załącznik 41513Załącznik 41514Załącznik 41515Załącznik 41516
cdn
-
6 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Prologiem zacznę:
Kiedy to piszę to niestety już naszej Koli nie ma wśród żywych. Odeszła w poniedziałek 10 października 2016 roku. Pochowaliśmy ją na mojej działce z należnym jej szacunkiem. Bezsprzecznie należało się to Koli, na finisz jej psiego życia i za lata bycia naszym przyjacielem. Nigdy bym się nie spodziewał, że mogę tak głęboko przeżyć odejście psa, który mnie nauczył głębszej miłości do zwierzęcia. Jestem głęboko przekonany, że i Kola z mej strony też weszła na wyższy poziom miłości do człowieka. Dzięki mnie mogła poznać wiele miejsc i oddalić się czasami na wiele kilometrów od swojego stałego miejsca zamieszkania. We dwójkę schodziliśmy sporo kilometrów razem… sporo w Bieszczadach, sporo w innych miejscach. Teraz każde takie miejsce będzie mi ją przypominało. Jest mi bardzo smutno…
„Śpij piesku, śpij…
już odpocząć trzeba
Może będziesz miał
swój kawałek nieba
Może będzie tam
piękniej niż tu teraz…”
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
04 maja 2016 roku Bystre
Wstaję jeszcze przed wschodem, myję się cichutko, ubieram i wychodzę przed domek, słońce dopiero szykuje się do wychylenia zza Działu. Góry tutaj opóźniają o jakieś 10 minut pojawienie się pierwszych promieni. Wyciągam Kolę na wczesny spacerek po ośrodku a później po najbliższej jego okolicy. Kola jak to pies, gdy z rana już sobie siknie, to lata i ciągle coś tam wącha, to taki świat komunikacji zwierząt, niedostępny dla człowieka. Kiedy zbliżaliśmy się w pobliże altanki na ognisko, Kola truchta do czegoś leżącego na trawniku… podeszła do tego „czegoś”, ot tak na pół metra i aż się wzdrygnęła jakby ją jakiś prąd poraził. Mało powiedziane… ona się zatrzęsła ze strachem i tak jakoś dziwnie wystraszona szybko się wycofała. W listopadzie poprzedniego roku gdy podchodziliśmy z bratem pod Ryli, całkiem podobnie się zachowała, ale wtedy jakoś mniejszą uwagę na to zwróciłem. Teraz takie zachowanie psa mnie zaciekawiło i postanowiłem sam zobaczyć co wywołało taki efekt. Kiedy poszedłem spojrzeć na to „coś” ciemnego na zieleni trawy, Kola wolała oddalić się na sporą odległości. Jeszcze patrząc z dalszej odległości pomyślałem o jakiejś wstrętnej ropusze, przez którą kiedyś Kola odchorowała parę dni, gdy weszła z nią w bliższy kontakt. Jednak kiedy już podszedłem blisko, to sprawa się wyjaśniła, chociaż mnie już samo wyjaśnienie zagadki totalnie zaskoczyło. To była z dzisiejszej nocy świeża kupa wilka. Normalny szok, tak blisko i na terenie gdzie kręcą się ludzie??? Prawdą jest, że tych ludzi zbyt dużo tutaj nie ma, pusty cały hotel, jakaś jedna pani na dyżurce lub w nocy w swoim pokoju i trzy domki zajęte, bo czwarty zwolnił się gdy myśmy przyjechali.
O tym, że zwierzaki kręcą się tutaj zostałem przekonany ostatniej nocą, gdy poszedłem około ósmej wieczorem zapłacić i umówić się na zdawanie nazajutrz kluczy. Wtedy w świetle latarki zobaczyłem lisa i jego świecące oczy. Muszę napisać, że aż taki zbytnio płochliwy to nie był.
Oczywiście do dzisiaj nic o powyższym nie powiedziałem ani Ewie, ani tym bardziej Agnieszce i Michałowi.
Porannym spacerem przegoniłem Kolę trochę kilometrów i zmoczyłem, bo rosa była spora. Mogła więc po powrocie spokojnie się suszyć i czekać na pełną michę. Dziś nawet dość wcześnie reszta wstała i ustaliliśmy plan na dzień dzisiejszy. Mamy jechać na Słowację do wsi Lukačovce odwiedzić ciocię Agi a po drodze zatrzymamy się przy Radoszyckim Źródełku. W Medzilaborce Michał z Agą idą do muzeum Andy`ego W. a my z Ewą do muzeum Tesco po napitki znaczy się po zabytki słowackie.
Z Lukačovce wracamy trochę tak bocznymi drogami, by mieć jak najbliżej po prawej stronie granicę Polski. Jedziemy w zwolnionym tempie, tak trochę naokoło, przez Humenne, Snina, Niżna Jablonka, Vyrava i Medzilaborce. Takie senne miasteczka i słowackie wsie. Często się zatrzymujemy, by wreszcie w jakimś takim ładnym miejscu w okolicach Vyrava, postanawiamy zrobić mały biwak.
Przejeżdżając przez granicę uświadomiłem sobie, że nie zabrałem ze sobą żadnych dokumentów. Jedziemy teraz do Komańczy by później skręcić na Duszatyn, niestety w tej chwili trwają jakieś tam prace i przejazd będzie zamknięty jeszcze z 2 godziny. Postanawiamy odpuścić tym razem Jeziorka Duszatyńskie i jedziemy na Morochów. Chcę tam pokazać odnowioną za 40 tysięcy, wiszącą kładkę nad Osławą, jedyną czynną(!) w Bieszczadach. Pierwszy raz przez nią przeszedłem w drugiej dekadzie lat 90 ubiegłego wieku kiedy samotnie szedłem niebieskim szlakiem z Sanoka do drogi przed Kulaszne. Teraz jest drugi raz. Dla mnie, nawet dziś, jest nadal jakąś atrakcją, dla pozostałych też jakieś tam przeżycie. Kola też przechodzi w jakiś taki sposób, jakby szła po chybotliwej łodzi.
Wracamy do Bystrego przez Poraż, Tarnawę Górną, Huzele i nigdzie się już nie zatrzymujemy. Z czystym sumieniem stwierdzam, że dzień minął na jeździe samochodem. :sad:
Załącznik 41590Załącznik 41591Załącznik 41592Załącznik 41593Załącznik 41594Załącznik 41595
cdn
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
Recon
...jedziemy na Morochów. Chcę tam pokazać odnowioną za 40 tysięcy, wiszącą kładkę nad Osławą, jedyną czynną(!) w Bieszczadach.(...)
??? A kiedy zamknęli kładkę w Wysoczanach?
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Dzięki za przypomnienie. Zapomniałem o tej i... jakoś nigdy tam nie byłem :-(
-
8 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
05 maja 2016 Bystre
Dziś młodzi wędrówkę sobie odpuszczają, Ewa chce przejść tylko mały kawałek a ja dłuższy. No i się porobiło… gdy doszliśmy do parkingu nad Rabiańskim Potokiem to Ewa powiedziała, że wraca. No to cześć- cześć, ale… zaraz, zaraz gdzieś zgubiłam zegarek. I tak zaczęła się wahadłowa wędrówka poszukiwawcza parking – domek – parking – domek – parking. Tutaj dołączyli młodzi do poszukiwań a ja już po nabiciu zapewne kilku kilometrów, samotnie ruszyłem w stronę Jeziorka Bobrowego. Wypadło z 1,5 godziny, ale widocznie tak to „góra” rozplanowała. Po drodze, a była już 11.25, zaglądam do chatki, która tak jakoś ostatnio jest mniej przytulna. To moje zdanie. Brak w niej dawnego zeszytu z wpisami obecności i filozoficznymi rozważaniami samotnych wędrowców. Chwilkę posiedziałem i poszedłem dalej. Prawie przed Jeziorkiem Bobrowym mija mnie szybko jadące BMW a mi zostawiają tumany kurzu. Do Bobrowego docieram o 11.55, tam już stoi zaparkowany samochód i dwudziestoparoletnia para ludzi podziwia widoki z tarasu, robi sobie zdjęcia i korzysta z dobrodziejstwa ciepłego słoneczka. Zatrzymuję się 15 minut na tarasie na mały posiłek a później kieruję się ku czerwonemu szlakowi. Idę nim do samego końca a tam przejmuje mnie szlak zielony. Jest przepiękna słoneczna pogoda, ciepło, brak wiaterku, cisza naokoło przerywana czasami tylko ptasim świergotem lub furkotem spłoszonego jakiegoś ptaszyska. Idealna pogoda na spacer. Ścieżka też jest przyjemna do przejścia. Teraz mocno wspinam się zielonym ku szczytowi Chryszczatej. Tuż przed samym szczytem zaczyna mocno wiać i zaczyna być mocno chłodniej. Gdy wchodzę do szałasu jest godzina 13.20 to następuje błyskawiczne załamanie pogody. Bardzo mocno wieje, robi się pełne zachmurzenie, bardzo spada temperatura odczuwalna i tak na moje oko to jest poniżej 5 stopni. W chatce zapinam wszystkie guziki i suwaki, obciągam rękawy i zakładam kurtkę. Pogoda jest taka jakby zaraz miał spaść śnieg, nawet co chwilę patrzę czy już nie pada, ale póki co to leje tylko deszcz. To jest właśnie takie klasyczne załamanie pogody w górach. Jeszcze kilkanaście minut temu było bardzo ciepło, żadnej chmurki i nagle z zachodu istne czary mary. Ja jedząc i popijając postanawiam trochę przeczekać kryzysowy moment w pogodzie. Za chwilę z piskiem do szałasu wpada 5 młodych dziewczyn ze starszym panem. Są mocno zmoczeni, zziębnięci i chyba mocno zszokowani taką zmianą pogody. Widać kompletnie nieprzygotowanie na zmianę pogody, cienkie ubranka, bez kurtek, bez jedzenia i picia… ot tak sobie wyskoczymy z Duszatyna na Chryszczatą i z powrotem. Pan wygrzebuje jakąś tabliczkę czekolady i obdziela po kawałku. Jednak jakieś uzupełnienie kalorii zabrano ze sobą. Gdy tylko lżej zaczyna padać, towarzystwo postanawia wracać, bojąc się, że pogoda jeszcze bardziej się rozhula, bo zaczyna też grzmieć. Mnie nic nie goni, więc siedzę w szałasie do 14.10. Podnoszę się, gdy jeszcze trochę kropi i mniej wieje a i jakieś słoneczne przebłyski zaczynają się pojawiać w dziurawych chmurach. Teraz kierunek Przełęcz Żebrak czerwonym szlakiem. Żegnam Chryszczatej szczyt, który zawsze będzie mi się przypominał pierwsze wejście, gdy wchodząc na niego zastałem na nim metalowy wózek z jakiegoś supersamu, postawiony na ognisku i służący za grill. Nigdy też z tej strony co dziś, na Chryszczatą nie wchodziłem. Teraz czeka mnie 1,5 godzinny spacerek Wysokim Działem.
Załącznik 41597Załącznik 41598Załącznik 41599Załącznik 41600Załącznik 41601Załącznik 41602Załącznik 41603Załącznik 41604
cdn
-
8 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
05 maja 2016 roku Bystre
Napisałem dobrze, że to spacerek po Wysokim Dziale, nie ma na nim jakiś większych wzniesień, stromych zejść, specjalnie trudnej sinusoidy górskiej. Idę tym szlakiem drugi raz w życiu, pierwszy raz było to w 1996 roku, to bez dwóch miesięcy będzie 20 lat temu. Zauważam trochę zmian, które następują także na większości bieszczadzkich szlakach. Stawiane są na nich tablice informacyjne, poręcze, schodki, szałasy, robione są wycinki tak by odsłonić pole widokowe, kładzione są chodniki, mostki, przeróżne przeszkody uniemożliwiające zboczenia ze ścieżek.
Jednak nie wymienioną infrastrukturę zapamiętam na tym odcinku szlaku, a wszędzie stojące krzyże, które zostały postawione i stoją zapewne w miejscach gdzie grupy eksploracyjne znalazły szczątki poległych żołnierzy z I WŚ. Mogę śmiało napisać, że ten odcinek to istna ścieżka krzyży. Nie trzeba nawet bacznie się rozglądać by je zauważyć, chociaż są też i takie mniej widoczne, takie schowane w zieleni. Tak oznaczone miejsca uruchamiają wyobraźnię i pytania… dlaczego tam?... czy podchodzili pod szczyt?... czy uciekali?... czy tam ich rzucił wybuch?... czy tam ich jeszcze żywy kolega zakopał a może nieprzyjaciel?... czy przyroda sama sobie poradziła? Moja zaduma nad wojennym losem żołnierza ponownie tworzy obrazy ich śmierci, tworzy okoliczności bitwy w tym miejscu. Jednocześnie uruchamia moją wiedzę nad powstaniem tej wojny.
Jak niewiele trzeba by wybuchła wojna i jak niewielka ilość ludzi ją rozpętuje, by w konsekwencjach ginął ogrom istnień ludzkich a jeszcze większy ponosił wszelakie cierpienia i udręki.
Załącznik 41611Załącznik 41612Załącznik 41613Załącznik 41614Załącznik 41615Załącznik 41616Załącznik 41617Załącznik 41618
cdn
-
8 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
05 maja 2016 roku Bystre
Jak wspomniałem wcześniej, nic mnie nie napędza by iść szybciej, nie mam też aż takiego zawiłego powrotu by nawet nocą wracać od Przełęczy Żebrak. Wspomniałem, że „u góry” zaplanowano bym szedł sam, bym z ze sporym opóźnieniem wyszedł i jak na razie wszystko się zazębia, niczym zębatka z kołem zębatym. A skoro czas nie jest problemem to przed każdym krzyżem mogę spokojnie pomodlić się za spokój duszy, której kości leżą pod nim.
Do Przełęczy Żebrak docieram po 1,5 godziny, tam ogarnia mnie dosłownie bijąca słoneczna jasność z odkrytej przestrzeni. Wrażenie robi nowa nawierzchnia drogi, także tablica informacyjna i oczywiście nowy szałasik z drewna. Na przełęczy byłem kilka razy, przy okazji różnych wędrówek, teraz jednak jestem w pełni zaskoczony obecnymi zmianami.
Zaglądam do szałasu a w nim młody turysta rozmawiający przez telefon. Gdy skończył to pogadaliśmy trochę. Zapamiętałem, że nie łazi po szlakach i boi się spotkania z niedźwiedziem. Za chwilkę narzucił ogromny plecak na ramiona i ruszył na czerwony szlak w stronę Cisnej. Ja 25 minut poświęciłem na małe puchatkowe Conieco… chociaż nie była to ani puchatkowa godzina 11, ani królicza nora z małym wyjściem.
Jest godzina 16.05 kiedy ruszam w dół, jest lekkie zachmurzenie, przyjemnie przygrzewa majowe słoneczko, jest idealne bieszczadzkie popołudnie.
Załącznik 41619Załącznik 41620Załącznik 41621Załącznik 41622Załącznik 41623Załącznik 41624Załącznik 41625Załącznik 41626
cdn
-
5 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
05 maja 2016 roku Bystre
Po 10 minutach bardzo spokojnego marszu w dół drogi, zauważam w oddali na wprost ciemne chmury. Zatrzymuję się… wiatr wieje w twarz z północnego-wschodu, obserwuję jak szybko zbliża się nawałnica i dedukuję… abym z tego wyszedł względnie suchy to muszę mocno przyśpieszyć kroku, by zdążyć do chatki w Rabe. Zaczyna się mój wyścig z frontem burzowym bo i zaczyna się mocno błyskać. Myślę czy biec czy jednak wystarczy marszobieg? Kiedy dochodzę do Błękitnej Rapsodii, jest właśnie 16.30 i już pierwsze grube krople zaczynają spadać na ziemię. Robię kilka zdjęć i szybko w nogi do chatki, gdy dobiegam natychmiast drzwi się otwierają i jakiś pan zaprasza mnie do środka, proponuje herbatkę. Prawdziwie gościnne przyjęcie. W momencie zamknięcia drzwi na zewnątrz rozpoczyna się istne szaleństwo. Potężnym podmuchom wiatru i potwornej ulewie towarzyszą jasne błyskawice ze swymi donośnymi elektrycznymi trzaskami i echem dudnień a to znak że Perun trafił w jakiś punkt w bliskiej okolicy. Rabe raczej nie było jego celem, sądząc po kierunkach odgłosów, raczej wskazywało na konkretne punkty na Chryszczatej. Jeśli teraz tam ktoś był, to miał całkiem wesoło.
W chatce jest przytulnie, już na pierwszy rzut oka widać, że ten który mi otworzył drzwi, jakiś czas w niej przemieszkuje samotnie. Trochę porozmawialiśmy ze sobą. Jeśli z jakiegoś powodu zapadła cisza to zagłębiał się w czytanie swojej wysłużonej czasem, przemieszczaniem i czytaniem Biblii. Wiekiem mieścił się w przedziale 35-40 lat, chociaż mogę się mylić. Jest malarzem z jakiejś małej wioski koło Siedlec. Jeśli coś namaluje i uda mu się to sprzedać natychmiast rusza w góry. Wychodzi mu to tak pół na pół, patrząc na całość roku. Gdy z tej swojej wsi ruszy w świat, to śpi gdzie popadnie, żywi się bardzo skromnie i… tak żyje. To jego wolność. Popytał się o umiejscowienie chatek w Bieszczadach. Porozmawialiśmy o jego malarstwie, lubi malować jakieś mikro fragmenty czegoś większego, czyli coś małego, ale ze spojrzeniem przez jakiś jego swoisty zoom. Porozmawialiśmy o malarstwie i sztuce, o fragmentach Biblii, o życiu, o pędzie do egzystencji i gdybym miał tam na dłużej zostać doszłoby zapewne do rozważań nad filozofią egzystencjalistyczną. Chociaż taką nazwę na temat rozmowy wybrałby tylko jej prekursor Kierkegaard, ja jestem na to za cienki. Idealny człowiek na partnerski pobyt w takiej chatce, gdy naokoło przewala się mokra nawałnica, gdy daleko do ludzi, gdzie nie ma zasięgu komórka i net, gdzie brak jest wszelakich dostępnych mediów.
Siedzę w tej chatce i gaworzę do czasu gdy już tylko trochę kapie z nieba. Jest 18.45 gdy ruszam dalej do ORW Bystre, wcześniej mówimy sobie „do miłego”. Chmury są nadal ciemne, szybciej pociemniało wkoło i mój końcowy odcinek przejdę jak nic po ciemaku. Podkręcam tempo marszu, deszcz już tylko pokapuje, wszędzie paruje ziemia tworząc miejscami zwartą mgłę a są miejsca gdzie wprost się przewala, ograniczając widoczność. Zatrzymuję się obok grobu Andrzeja Michalczaka syna Tomasza. Na łąkach wokół grobu przyroda stworzyła świetną scenografię do jakiegoś horroru. Nie boję się, chociaż sama okolica, ten grób, ta mgła, ta zapadająca ciemność i ta potworna cisza tworzą w myślach psychodeliczne pomysły do filmowego scenariusza. Jeszcze jakiś niespodziewanie chłodny podmuch wiatru rozwiewa na kilka minut mglistą zawiesinę nad doliną pomagając porobić mi kilka zdjęć. Zdjęcie krzyża muszę zrobić ponownie z fleszem, na pierwszym jest niewidoczny napis z tabliczki wiszącej na krzyżu.
Przy krzyżu chwilkę pomodliłem się za duszę pana Michalczaka, jednak jakoś zbytnio nie kwapię się do odejścia z tej okolicy. Pozwalam wyobraźni poszaleć w tworzeniu różnych scenariuszy. Trwa taki jakiś dziwny spektakl z mgłą w roli głównej. Mgła to nagle szybko tworzy się i przez chwilę gęstnieje, to dosłownie nagle zaczyna znikać… a wiatru nie czuję. Zastanawiam się chwilę nad tym zjawiskiem… czemu tak się dzieje? Kiedy mgła, niczym smuga dymu, z jakiegoś niewidocznego ogniska, przesuwa się nad drogą, ruszam w jej kierunku i macham rękoma by robić nią różne zawirowania. Ot taka zabawa z mgłą. Wychodzę z tej smugi i ruszam w kierunku maszyn do przerobu kruszywa. Palą się tam już lampy oświetlające, tutaj mgła się wyraźnie podniosła. Jeszcze chwilkę poświęcam na obejrzenie tego całego majestatu maszynerii. Z lewej strony zaczyna strasznie szczekać jakiś potężny, sądząc po głosie, pies wywołując u mnie jedyną prośbę… oby tylko był przywiązany! Na szczęście jest, innych oznak żywego człowieka nie słyszę i nie widzę. Zastanawiam się… czy gdzieś tutaj jest jakiś stróż i czy ten przywiązany pies jest jakoś zabezpieczony przed wilkami? Jest 19.35 jak zostawiam to szczekanie w tyle, zostawiam też w tyle ciche teraz, jednak za dnia głośne maszyny. Mijam chatkę studencką w Huczwicach i pobliski parking. Wchodzę w czeluści ciemnego lasu a jest już naprawdę ciemno. W oddali widzę światła zbliżającego się samochodu. Przez myśl przelatuje ułuda a może i nadzieja, że o tej porze i w dodatku tutaj to jak nic samochód wraz z ekipą poszukiwawczą mającą jedyny cel do zrealizowania „odnaleźć Recona”. Ułuda zmieniła się w fakt i GOPR nie jest potrzebny… wystarczyła ta ekipa. ;)
Wchodząc do samochodu, padają szybkie jak błyskawica a patrząc na ich oczy to nie przesadzam, pytania… dlaczego się nie odzywałem?, czemu nie odbierałem telefonów i sms-ów? Nie musiałem nawet odpowiadać bo natychmiast też otrzymują elektroniczną odpowiedź w odgłosach moich i swoich telefonów…. „abonent jest już dostępny”… „sms został dostarczony”… „nieodebrane połączenia”… „sms dotarł do adresata”…
Na moje jedyne pytanie… „czy zegarek się znalazł” otrzymałem odpowiedź ”tak, w miejscu gdzie go zgubiłam”… „na samym początku gdzie zaczęliśmy poszukiwania, leżał z boku w trawie”. Czyli wszystko w tym dniu się szczęśliwie pokończyło. Kolusia gdy mnie zobaczyła we drzwiach to merdaniem ogonka wymusiła kilkuminutowe utulenie na kolanach, mając za nic moją chęć wykąpania się. Pozwoliła tylko bym mógł napić się piwa.
W domku był już rozpalony kominek z ciepłem rozchodzącym się wkoło, stał stół z ciepłym jedzeniem i coś na popitkę. Ponownie Kola wymusiła swój pobyt na kolanach i tak przesiedzieliśmy wszyscy do północy.
Kolejny mój dzień w Bieszczadach przeszedł do historii.
Załącznik 41669Załącznik 41670Załącznik 41671Załącznik 41672Załącznik 41673
cdn
-
8 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
06 maja 2016 roku Rabe
Kiedy już poszli, ja spokojnie czynię swoje przygotowania… pakuję jedzenie i picie zarówno dla siebie jak i dla Koli, pakuję też miseczki. Kombinuję jak zabezpieczyć się nad przypadkiem niesienia psa na rękach lub plecach, gdyby już dalej nie dała rady. Niestety Kola to już staruszka ze styczniowym wyrokiem weterynarza PIES NIE DOŻYJE WIOSNY, POŻYJE NAJWYŻEJ TYDZIEŃ-DWA!!!! Panie weterynarzu wiosna właśnie w pełni a Kola właśnie rusza w bieszczadzkie góry! Szumnie to napisane „w góry”, ale z Koli perspektywy to są góry. Tym razem mój cel to poświęcić się na dłuższy spacerek z Kolą… wolno, z przystankami, z przerwami na picie i jedzenie, na pieszczotki, na obwąchiwanie krzaczków i kępek trawy, na sikanie i na wszystko co zechce. Ma jeden warunek, ma maszerować, ale nie w myśl hasła Legii Cudzoziemskiej!
Nie wiem dokąd dojdziemy, mam jednak cel do osiągnięcia i to cel bardzo ambitny, przede wszystkim dla Koli. Ona nawet objawia zadowolenie, że przyjaciel-człowiek wyciąga ją na jakiś spacerek, gdzie czeka ją tyle nowych zapachów. Nie zdaje sobie tylko sprawy z długości trasy jaką ma pokonać. Chociaż do końca tego też nie wiem, czy czasami zwierzęta w jakiś sposób nie odbierają w myślach zamiarów jakie ma człowiek. Kola aktywnie uczestniczy w moim pakowaniu, zagląda co pakuję, kręci kółka zadowolenia, gdy są pakowane jej przysmaki, miseczka, woda. Zerka w podzięce na mnie, że o niej też pamiętam.
Kilkanaście minut za „bobrową” grupą wyrusza także Recon ze swoją dzielną Kolą. Kierujemy się na spacerowy czerwony szlak w stronę Baligrodu. Szlak jest jednak w beznadziejnym stanie na wędrówkę z psem i przedzieramy się nad Hoczewkę. Trochę brzegiem, trochę jakimiś ścieżkami, trochę klucząc jakoś chodzimy do małej uliczki pomiędzy pierwszymi domkami Baligrodu. Oczywiście nad rzeką przystajemy, często odpoczywamy bo przecież tu coś pachnie, tu trzeba dać ślad „tu byłam”. Po półtorej godzinie od wyjścia „bobrowej” grupy dostaję sms „mamy J. Bobrowe”. Znaczy się, że nigdzie nie zbaczali, nieźle idą, wyprzedzają moje czasy. My z Kolą dalej spokojnie drepczemy już po samym mieście. Zatrzymujemy się przy nowej(!) siedzibie Nadleśnictwa Baligród. Trwają ostatnie prace wykończeniowe… fiu fiu wyszedł całkiem ładny pałacyk! Nawet ludzie lasu, co jakiś czas zaglądają do środka i w myślach zapewne zajmują dla siebie pokoje a może już mają rozdzielone. Kola dziwnie chce się tutaj dłużej pokręcić, co chwila wącha świeżo ułożoną kostkę Bauma, obchodzi skalniak, obsikuje trawnik, siada i ogląda, znowu coś ją intryguje… psa prawo.
Muszę wreszcie to przerwać, zaczepić smycz i wreszcie ruszyć dalej w stronę mostu na Hoczewce, który otwiera drogę w stronę Stężnicy, Górzanki i Wołkowyi. My tuż za nim zmieniamy kierunek na północny i idziemy w stronę szkoły. „Wpław” przekraczamy taki fajny strumyczek o ładnej nazwie Stężniczka. To w jego pobliżu natykamy się na padalca zwyczajnego. Wołam Kolę, która podbiega z zaciekawieniem, jednak już z bliska na niego patrząc, odejść zniesmaczona jakby mówiąc… fuj, do takiego obrzydlistwa mnie wołasz?
Trochę dalej jest przystanek na wyznaczonej ścieżce i tam sobie odpoczywamy w cieniu. Majowe słoneczko całkiem nieźle daje czadu. To dobry czas na psi posiłek i opicie się wodą. Jeszcze tylko Koli spojrzenie na człowieka-przyjaciela czy aby już nie chce dalej iść i można walnąć się na drzemkę, ale czujną. Oczywiście czujną, ona jako pies strażnik, musi przecież podnieść czasami głowę i zobaczyć co tam coś jakiś głos wydaje. Facet z którym jest, to nawet tego nie słyszy, no i tak na wszelki wypadek trzeba zerknąć na niego samego czy aby nie poszedł gdzieś i nie zostawił… ot taka ograniczona rezerwa do faceta ;)
Godzinę po ostatnim sms-się dostaję następny „Chryszczata, idziemy na P. Żebrak”… no nieźle, zaskakują mnie tą decyzją. No to teraz się przekonają jak jest tam z komórkowym zasięgiem. Dla mnie to też sygnał by ruszyć dalej. Trochę minut tutaj spędziliśmy, Kola dobrze odpoczęła, teraz z nieukrywaną niechęcią podnosi się i przeciąga, patrząc pytająco w moje oczy… facet, a nie można tu jeszcze poleżeć? Nie ma zmiłuj, musimy ruszać na powolną wspinaczkę ku szczytowi Kiczery Baligrodzkiej (599 m). Ścieżka prowadzi raz miękką trawą, raz błotnisto-kamienistą drogą, skrajem lub przez jakiś liściasty wilgotny lasek. Na otwartej przestrzeni robię piruety by całą otaczającą okolicę ogarnąć wzrokiem. Są naprawdę piękne widoki, duża przestrzeń, przejrzyste powietrze, słoneczna pogoda i fantastyczna panorama na sporą część okolicy, gdzie Baligród staje się miniaturowym miasteczkiem, z miniaturowymi pojazdami poruszającymi się po głównej szosie i ludźmi jak mrówki. Kola idzie dzielnie, zaskakuje kondycją i nawet stara się wyprzedzać. Gdy to zrobi, robi to z nieukrywaną dumą, że ona to właśnie prowadzi szlakiem. Spogląda wtedy co chwilę do tyłu, czy aby człowiek-przyjaciel nadąża za nią. Miło popatrzeć wtedy na nią jak jej tyłeczek i brzuszek chodzi na boki, jak uszka śmiesznie podskakują, jak przeskakuje przez błotko lub większe kamyki.;)
Jeszcze trochę pod górę skrajem zagajnika i wychodzimy na wolną przestrzeń, widzimy już wieżę RTV.
Załącznik 41674Załącznik 41675Załącznik 41676Załącznik 41677Załącznik 41678Załącznik 41679Załącznik 41680Załącznik 41681
cdn
-
8 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Zapomniałem dokończyć majówkę a już trochę czasu zleciało. Mocno mi wstyd i serdecznie przepraszam, trochę się u mnie dzieje! Nawet na Forum od jakiegoś czasu nie zaglądam. Jeszcze raz przepraszam za opieszałość a teraz już prestissimo do finito majowej relacji.
---------------------------------------------------------------------------------------
06 maja 2016 roku Rabe
Dochodzimy wreszcie do szczytu Kiczery Baligrodzkiej. Jest właśnie godzina 13, od nowej siedziby Nadleśnictwa „szliśmy” równo godzinę a w sumie 2,5 od startu. Sam punkt szczytu jest 2 metry wyżej, ale wstęp na niego jest odgrodzony parkanem za którym jest mały budynek i wieża ze stacją BTS. Dodam, że szlak spacerowy idzie dalej, kusi widokami i wart jest dalszego spaceru.
Do wyboru mam na siedzisko betonowe kłodę drewna lub betonowe schody... hmmm, sprawdzę czy złapię wilka. Okoliczności przyrody są tak wspaniałe, aura sprzyjająca, widoki niczego sobie i jeszcze ta świeża zielona trawa sprzyja by tutaj posiedzieć równą godzinę. Kola co chwila gdzieś się kładzie i podsypia, by za kilka minut wstać i znowu położyć się w inne miejsce. Czasami też wstanie i napije się wody lub poprosi by dać jej ulubionego frolika na przekąskę. Ja cały czas cieszę oczy widokami i intrygującym mnie jakimś rudym kształtem w oddali pod zagajnikiem. Nie mam ze sobą lornetki, ale biorę aparat i wreszcie zoomem robię zbliżenie. Niestety jest to jakiś suchy krzak, ale chyba coś tam jednak na nim siedzi bo trochę się czasami rusza, tego jednak już bardziej nie zbliżę.
Jeszcze na rozruszanie Koli robię jej długie pieszczotki i ruszamy w drogę powrotną. Z górki zawsze lepiej, to doskonale wie Kola i ona teraz prowadzi nadając kierunek i tempo ;) W pewnym momencie koryguję marsz, co objawia to zdziwionym wzrokiem i jawną niechęcią, „ale zaraz, zaraz, wracamy przecież i mamy iść w prawo” ale po chwili podąża za swym panem i… skręca w lewo. Korci mnie całkiem wyjeżdżona droga odbijająca od szlaku w stronę Hoczewki. Jakoś tak liczę na jakiś skrót do Baligrodu. Niestety droga prowadzi tylko na brzeg, może być tutaj bród, ale dziś jest zbyt wysoka woda i nakazuje powrót na szlak. Ponowne wchodzenie pod górę Kola objawia wymownym przeciągłym spojrzeniem a ja przepraszam za brak posłuszeństwa przewodnikowi. Jeszcze tylko „wpław” przez Stężniczkę i jesteśmy na mostku. Musimy znowu odpocząć, Kola wykazuje spore zmęczenie a mamy jeszcze ponad 2 km do przejścia. Siadam nad brzegiem, biorę ją na kolanka, głaszczę i motywuję jaka ona to dzielna, kochana i daje radę. Niestety zdaję sobie sprawę, że od teraz nasz powrót będzie wyglądał jak chodzenie z kobietą po galerii handlowej.
Załącznik 42514Załącznik 42515Załącznik 42516Załącznik 42517Załącznik 42518Załącznik 42519Załącznik 42520Załącznik 42521
Cdn za chwilkę
-
2 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
06 maja 2016 roku Rabe
Tempo dyktuje Kola, nawet nie czekam aż da mi znać, że musimy odpocząć. Zatrzymuję się na dłuższą chwilę w Baligrodzie przy właśnie rozbieranej bardzo starej bielonej chacie z bali i trochę rozmawiam z sąsiadem z posesji obok, który też z nostalgią patrzy jak to coś, co miał przez długie lata w zasięgu wzroku, zaczyna znikać. Jakiś czas wcześniej już samotnego sąsiada Bóg zabrał do siebie, sporo wcześniej żonę. Mój rozmówca na twarzy ma widoczny czas przemijania, w oczach słabnący ogień życia, w myślach rozżalenie za odchodzącymi znajomymi, za znikaniem tego co było kiedyś ważne i zachodzącymi zmianami.
Oparty o parkan, mocno zdziwiony, że ktoś mu powiedział „dzień dobry”, zatrzymał się i zagadał, pozwala wysłuchać, pozwala przekazać informacje o tym co zaraz przestanie tu istnieć, o ludziach co odeszli, jego nieżyjących sąsiadach, o ich córce której mąż zlecił rozebrać tą starą chałupę i przenieść gdzieś pod Zagórze.
Wynajęci robotnicy walczą z kolejnymi balami chaty i składają równiutko obok jej obrysu w ładnie ułożoną stertę lub na inną stertę pod płotem. Domyślam się, że odbywa się jakaś segregacja, ale kryteriów nie znam.
Coś spomiędzy jednej unoszonej belki wypada, wszyscy pochylają się i dyskutują. Odwróceni do nas i zajęci pracą, nie widzą nawet, że my się temu cały czas przyglądamy z bliska. Dniówka a może całe zlecenie jednak nakazuje się pośpieszyć i następna belka idzie pod wnikliwy osąd przydatności. Ta jest z brzegu obcinana, jest jeszcze do uratowana. Czas i bliskość ziemi trochę naruszył jej przydatność budowlaną jako całość, ale po obcięciu jeszcze jest dobra.
Obydwaj patrzymy na rozbiórkę. Sąsiad smutno patrzy na każdą belkę, może nachodzą go wspomnienia, że tę oto to właśnie on podawał, on układał i pomagał wstawiać, może nawet cały dom. Nie pytam o to. On nadal oparty o płot, jakby chciał jeszcze pogadać, ale myślami sięga chyba historii swej młodości, jest nieobecny. Chce jeszcze coś mi powiedzieć, ale wszystko co ma teraz w głowie, jakieś jego obrazy przed oczyma a niewidoczne dla mnie stają się ważniejsze niż teraźniejszość, niż moja osoba stojąca obok… głos się mu załamuje i chyba paraliżuje krtań. Niesamowite, że ja czuję to co on i jeszcze widzę dokładnie jego twarz, mimikę i oczy. Trwa to chwilę a ja tej chwili nie przerywam… „patrz pan już prawie jej nie ma”. Słowa jego świszczą cicho, ledwo je słyszę, składam w myślach w zdanie.
Kola niczym niemy obserwator siedzi pomiędzy tym człowiekiem i mną, patrzy raz na niego raz na mnie z niezwykłą uwagą. Czyżby pies rozumiał swoisty dramat jaki się tu rozgrywa? Rozczulam się sytuacją, podaję rękę nad płotem, poklepuję po ramieniu, życzę zdrowia, chcę odejść a pies jak zaczarowany patrzy się w mojego rozmówcę i ani drgnie, ani nawet nie reaguje na komendę „idziemy”.
Klękam, głaszczę, poklepuję po boczkach i wreszcie Kola wolno rusza, ale jeszcze się ogląda. Idziemy a ja mam łzy w oczach… wzruszyła mnie ta cała sytuacja, cała rozmowa, cisza w jej trakcie, rozbierana bal po balu chata, Koli spojrzenie i smutny człowiek, sąsiad i wszystkiego co za jego życia odchodzi. Długo mnie to trzyma i nawet gdy to piszę wywołuje smutek i zapamiętany obraz.
Z rozebranych belek pod Zagórzem zapewne zbudują coś na wzór rozebranej chaty a może zupełnie coś innego i tylko może dawna jej mieszkanka czasami dotknie starej belki i coś wspomni. Oby pamiętała wszystko co dobre.
Już kiedykolwiek idąc lub jadąc przez Baligród moje oczy nie będą już szukać białej chaty, parcela zostanie pewnie sprzedana, może powstanie tutaj nowocześniejszy dom. Czy za dziesiątki lat… sytuacja się powtórzy?
My sobie wolniutko idziemy przez miasteczko, idziemy z nóżki na nóżkę skrajem lewej strony drogi do Rabego. Jeszcze długi przystanek przy pomniku WOP-istów, tutaj Kola wszystko dopija i zjada. Siada naprzeciw mnie i patrzy mi jakoś tak głęboko w oczy… „tak Kolusiek domy odchodzą, ludzie odchodzą, zwierzęta odchodzą i oby zawsze w miłości odchodzili i w spokoju”. Kola się podrywa i jakoś tak bardziej ochoczo zachęca do dalszej drogi. Czyżby czuła bliski odpoczynek? Jeszcze przez mostek, jeszcze za budynkiem ORW Bystre stromo pod górkę i jesteśmy pod domkiem. Dochodzi godzina 17 i zaraz też reszta dochodzi z Żebraka, już wiedzą dlaczego nie dzwoniłem z tej trasy. Przeszli całą moją wczorajszą pętlę z dużo ładniejszą pogodą.
Na drugi dzień w sobotę zaraz po śniadaniu oddaję klucz i jedziemy do domu. Wcześniej jeszcze słodkości u Szelców. Przed Sanokiem zaczyna padać a czym dalej tym większa ulewa i tak aż do domu.
Teraz mógłbym napisać spokojnie „i to już koniec”, ale mam jeszcze jedną ciekawą historię, z mojego punktu widzenia oczywiście, którą w relacji przeoczyłem a chciałbym jednak o niej wspomnieć kilkoma zdaniami. Tutaj na Forum zbyt dużo o Baligrodzie się nie pisze a było to wydarzenie dla mieszkańców a i ściągnęło trochę ludzi z całej Polski i „stolicy” też i ja w tym także uczestniczyłem. Nawet gdzieś na video (link poniżej) mignąłem, porozmawiałem trochę o technice i jej filozofii z twórcami i dyskutantami. Pogadałem długo z osobą trzymającą klucze od kościoła (na video tuż po 1 minucie wchodzi do cerkwi) o jego życiu w Baligrodzie od czasu zakończenia wojny, o Świerczewskim, o UPA, o WP, Ukraińcach, Polakach, cerkwi… siłą mnie odciągnięto. Ciekawy człowiek i chętny do rozmowy. Rozmawiałem jeszcze z innym, też wiekowym człowiekiem, który nie wszedł do cerkwi, stał obok, jakiś taki zawzięty, nieprzystępny, chyba z Baligrodu, sympatyk UPA… zagadałem, rozmowa szła opornie aż została nagle ucięta, niczym japońskim nihontō.
Recenzji nie napiszę, nie pobawię się też jej opisywaniem bo wszystko jest pod podanymi linkami wraz z video. Sami oceńcie. Na imprezę trafiłem gdy robiłem logistykę na majowy wyjazd. Cała instalacja ma zostać tam przez 1 rok. Może niektórzy się jeszcze przed majem załapią gdy zechcą.
https://www.facebook.com/events/1184795828227901/
http://sarp.warszawa.pl/wystawa-stud...ch-bieszczady/
https://placpolitechniki1.wordpress....awabieszczady/
Polecam ten film, jest tam i pan „Klucznik” i ja też gdzieś wśród gości https://vimeo.com/187985679
Załącznik 42522Załącznik 42523
Mógłbym tutaj zakończyć, ale muszę coś dodać jeszcze, pozwólcie... kilka zdań, które wystukałem na kompie jest o Koli, zwykłym kundelku, z którym obustronne relacje rodziły się w zgrzytach. Przyszła na świat choćby po to bym mógł spojrzeć innymi oczami na psa. Odeszła 10 października 2016 roku i dla niej jechałem dziesiątki kilometrów by mogła spocząć w miejscu które lubiła. Dla niej rąbałem, w strugach deszczu, siekierą dół bo aż tak twardy był prawie skamieniały piach. Pozwólcie na swoiste epitafium dla psa na bieszczadzkim na Forum, bo on też schodził tutaj trochę ścieżek.
Śpij piesku, śpij…
już odpocząć trzeba
Może będziesz miał
swój kawałek nieba
Może będzie tam
piękniej niż tu teraz
Może spotkasz tych, których tu już nie ma…
Śnij, piesku śnij…
w snach jest zawsze pięknie
Ciepły dom, miejsca dość
na twe wierne serce
Przyjdzie czas spotkać się
potarmosić uszy
lub razem na spacer znowu gdzieś wyruszyć
Lecz dziś sobie śnij
a czas łzy osuszy
I tak doszliśmy do finito. Pozdrawiam :)
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
Recon
... Lecz dziś sobie śnij a czas łzy osuszy...
Oj, znam ten ból i może zabrzmi to egoistycznie, ale powiedziałem sobie, nigdy więcej. A szczególnie wtedy, gdy wracałem samotnie ze spacerów, które kiedyś przemierzałem ze swoim "kundelkiem", z kluchą w gardle i nie tylko. Radość w jej oczach, podczas zabawy w chowanego, była urzekająca i na długo została w mojej pamięci. Wiele tygodni musiało upłynąć, aby móc powrócić na dawniej wspólnie, przemierzane ścieżki i bezdroża.
Dzięki za wspaniałą relację połączoną ze wspomnieniami :-(, która pozwoliła powrócić na ścieżki i szlaki w okolicach Baligrodu.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
Recon
Mógłbym tutaj zakończyć, ale muszę coś dodać jeszcze, pozwólcie... kilka zdań, które wystukałem na kompie jest o Koli, zwykłym kundelku, z którym obustronne relacje rodziły się w zgrzytach. Przyszła na świat choćby po to bym mógł spojrzeć innymi oczami na psa. Odeszła 10 października 2016 roku i dla niej jechałem dziesiątki kilometrów by mogła spocząć w miejscu które lubiła. Dla niej rąbałem, w strugach deszczu, siekierą dół bo aż tak twardy był prawie skamieniały piach. Pozwólcie na swoiste epitafium dla psa na bieszczadzkim na Forum, bo on też schodził tutaj trochę ścieżek.
Śpij piesku, śpij…
(...)
Przyjdzie czas spotkać się
potarmosić uszy
lub razem na spacer znowu gdzieś wyruszyć
Lecz dziś sobie śnij
a czas łzy osuszy
Pewnie Kola była "po psiemu" szczęśliwa, że zamiast chodzić od drzewka do drzewka gdzieś przy ulicy, mogła zasmakować bycia prawdziwym bieszczadnikiem :)
Dzięki Recon za to, że chciało Ci się to wszystko opisać.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Kiedyś, chyba podczas wspominek przy pisaniu jakiejś relacji wspomniałem jak zrobiłem sobie spacerek z Woli Piotrowej do Komańczy. Wspomniałem tam o spotkanych ludziach i pewnej historii jaka się mi tam przydarzyła. Nie mogę tego znaleźć więc jeszcze raz wrócę do wspomnień. Było to tak chyba 16 lat temu. Idąc w górę w stronę granicy, już prawie za wsią Wola Piotrowa zatrzymałem się na jakimś mostku bo zaintrygowali mnie "dziwni" ludzie... no dziwni bo nie była to niedziela a tam sami faceci w czarnych garniturach kręcący się koło jakiegoś większego domu. Postanowiłem przyjrzeć się temu przez lornetkę i kiedy tak spoglądałem to zauważyli mnie trzej czy czterej jegomoście i nawet zaczęli gestykulować bym zaczekał. Jeden z nich wszedł do tego domu i zaraz wyszedł z czymś w ręku.
Muszę dodać, że przed wyruszeniem na trasę już wcześniej poczytałem co to za wieś ta Wola Piotrowa, co to za ludzie tam mieszkają i skąd przybyli i nawet jakąś historię ich wędrówki też poznałem.
Pan, który do mnie wtedy doszedł miał w ręku pięknie w skórę oprawioną książkę. Miał też wpięty identyfikator w klapę marynarki. Czarny garnitur, biała koszula i on w średnim wieku tak 35-40 lat. Przywitał się, spytał się skąd przyjechałem, gdzie idę, co robię, czy wiem co to za wieś? Ja grzecznie odpowiedziałem i spytałem się skąd tylu ludzi tam koło domu? Z całego świata przyjechali... z Czech, z USA, Kanady, Anglii... i mają teraz konferencję zielonoświątkowców. Trochę porozmawialiśmy, też i o wierze i o Bogu. Chciał mi tą księgę dać a oddam kiedy będę uważał za stosowne. Nie zabrałem bo była duża, ciężka a ja dopiero co wyruszyłem. Ciekawostką było to, że rozmawiał ze mną jakby wiedział z kim rozmawia, znał mnie i... no właśnie (o tym tutaj nie wspomniałem)... i powiedział mi, że w jakimś niedługim czasie będę miał poważny problem ze zdrowiem, ale gdy tylko się o tym dowiem mam iść całą drogę do domu i modlić się a później wewnętrznie z tym walczyć, tak jakbym miał walczyć o życie z jakimś wrogiem. Kilka miesięcy później... niewyobrażalny ból oka, różni lekarze nic nie pomagali, aż rezonans "coś" wykrył. Lekarz pocieszał słowami i dodawał otuchy a mi od razu przed oczami stanął ten facet z księgą i zapamiętane jego słowa... które do tej pory traktowałem jako coś bez znaczenia! Do domu już niczym nie pojechałem, poszedłem na piechotę i oczywiście zastosowałem się do jego wskazówek. Kilka miesięcy czekałem, aż lekarze wykombinują jak się do tego gówna dobrać i w dodatku bym jeszcze wyszedł z tego. W moje urodziny się dobrali i to taką metodą, że istna bajka a mój organizm już sam się z resztą rozprawił.
A dlaczego o tym wspominam teraz? Ano prawie nie ma dnia bym nie wygrzebał czegoś o Bieszczadach a dziś wpadło mi coś związane z tym tematem... film "Historia Stanowczych Chrześcijan w Bieszczadach". I spoko, nie jest to religijny film, gdyby kogoś tytuł odstraszał.
Oj wiem, że dla wielu to już nie Bieszczady ta Wola Piotrowa czy Wisłoczek, dla mnie też... dla wielu jednak tak i niech im będzie. Film trwa 52 minuty i warto te minuty poświęcić na uważne wysłuchanie pewnej historii, opowiedzianej przez sympatycznego Czecha. Napisy są po polsku, ale są też pojedyncze dialogi w naszym języku. Tutaj link http://linkis.com/oblubienica.eu/video/JnmKj
PS. Wuka kiedyś mi napisała, że mało gadam z ludźmi, kiedy tak łażę a tu ma dowód, że czasami mi się to zdarza.
Miłego oglądania :)
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Prolog pierwszy.
Wielu zakreśli znak krzyża w powietrzu, jakby jakiego ducha zobaczyło, jeszcze więcej z czytających powie... a ten co tak wyrwał się jak filip z Konopii? Filip piszę z małej litery, bo jak ówczesny kronikarz albo nomen omen jaki Korespondent (bo tytuł nadany) zapisał, że jakoby to chodziło o zająca ze wsi Konopie a nie o jakiego Filipa, nawet szlachetnie urodzonego, ale nieobytego.
Prolog drugi, bo z innej beczki, ale nadal prolog.
Wczoraj na TVP Historia obejrzałem sobie film, to znaczy western z 1958 roku "Człowiek z Dzikiego Zachodu" o pewnym byłym rewolwerowcu, który stał się uczciwym człowiekiem. Jednak w pewnej niespodziewanej sytuacji musiał poudawać znowu rewolwerowca, który chce wrócić na niecną ścieżkę życia. I tak go oglądając, w myślach mi się zakotłowało, że i ja takowym jestem obecnie i nadszedł czas poudawać rewolwerowca.
Za trudne? Czy łykacie forumowe bieszczadzkie indyki?
Prolog trzeci (za to zapewne będzie ban, bo to już gruba przesada!).
Jak drzewiej bywało, to od pewnego momentu zacząłem tu pisać "Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady", gdy tylko z takiego wypadu wracałem. Jednak w 2018 wzięło się i zwiezło.
W 2018 w lutym miałem wypadek w nadmorskiej uzdrowiskowej miejscowości na tyle, że rodzinę zaczęto przygotowywać do... Lekarze czaszkę poskładali a psycholodzy się głowili jak tu do mnie dotrzeć a ja niczym ślimak w skorupce... jeszcze nie teraz, jeszcze czekaj, jeszcze nie... Po 4 tygodniach postanowiłem wychylić różki i zacząłem na nowo uczyć się chodzić. To był START.
Ze szpitala wyszedłem SAM, osiwiały, wypłowiały i chudszy o 12 kilogramów. Zamówiłem sobie taxi, najlepszy hotel w mieście i czekałem tam na odbiór. Facet z taxi zaprowadził mnie do pokoju. Miał nieść większe bagaże i mieć baczenie gdybym się zachwiał, bo miałem iść sam. Z domu miałem rozkaz(!)… z łóżka nie wstajesz i grzecznie czekasz. I tak prawie było (ogoliłem się sam).
Gdy już nie byłem sam, mogłem wreszcie wziąć prysznic. Boże, ja tego nigdy nie zapomnę… kąpiel, para, cały namydlony, spłukany, pachnący i cholernie zmęczony. I cała noc przespana, bez jęków, dzwonków, krzyków, o 4.30 ekg, o 5 zastrzyk, o 6 sprzątanie sali, o 7.30 obchód i o 8 śniadanie… ufff!
Na drugi dzień byłem witany w progu restauracji przez szefa kuchni jak jaki szejk naftowy… kawka?, mocna?, słaba?, OK będzie najlepsza (i taka była, oczy nie mogły się napatrzeć), jajecznica?, z ilu jajek?, ścięta?, może mniej? A na szwedzkim stole rarytasy, soki trawienne szalały a rozum panował nad wszystkim… tylko spokojnie, tylko rozważnie, tylko po trochu. Po 5 tygodniach szpitalnego życia byłem w raju!
Prolog czwarty (ostatni, rozwijający temat).
Prawie 4 miesiące po tym „incydencie, postanowiłem pojechać w Bieszczady. Przekonać miałem się, czy panuję nad nogami, koordynacją ciała i umysłem.
W niedzielę 30 czerwca 2018 roku zjawiłem się w ORW Bystre, chyba mam do tego miejsca sentyment. Do innych też jest!
Następne wpisy będą już z pobytu w Bieszczadach, no może czasami ze skokami w bok, jak to ja. Tylko czas bierzcie po lekku! CDN
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Z wielką przyjemnością oczekuję na mój ulubiony CDN
Cieszę się z Twojego powrotu na forum
-
8 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Ciągnij Recon, ciągnij… tak kiedyś dopingował mnie do pisania „konik” z tego Forum. Dawno go Tu nie widziano, ale konik wiedz, że staram się. Nic co prawda odkrywczego nie wniosę, ale przez jakiś czas poudaję rewolwerowca.
Zaczynam też sobie zdawać sprawę, że pisząc na bieżąco człowiek pamięta więcej. W tym przypadku minęło już 3,5 roku, zacierają się szczegóły, tylko zdjęcia mają lepszą pamięć a zwłaszcza technika zapisu czasu i miejsca.
01.07.2018 niedziela
Dziś pierwsza wycieczka, taki rozruch i wsłuchiwanie się w swój organizm. Dla mojego sześcioletniego (mam go ponad rok) Chili`ego Manchester Terriera też pewna nowość, góry.
Jedziemy do Jabłonek, zostawiamy tam samochód a dalej ścieżką przyrodniczą mamy dotrzeć do najgrubszej jodły w Polsce. Banalna „wyprawa”, dla mnie jednak to już istna wyprawa.
Informacje zawarte w zdjęciach wskazują, że ruszyliśmy z buta przed 13 a dotarliśmy, przepraszam… ja dotarłem o 13.30. Tym razem ja w tej wędrówce to osłaniam tyły. Chili z Ewą idą szybciej, ale mnie trzymają w zasięgu wzroku. Chiliemu podoba się takie chodzenie, ma istną eksplozję nowych zapachów a i kładki spoko przechodzi.
Uzupełniam płyny, kalorie i wracamy. O jodle Lasumiła nie będę się rozpisywał, bo wszyscy ją znają lub mogą ją wygooglować. Najładniej opisuje ją Piotr Szechyński tutaj http://www.twojebieszczady.net/piesze/lasumila.php
Załącznik 48554 Załącznik 48555 Załącznik 48556
W drodze powrotnej kierujemy się na staw, nad którym jakiś czas się zatrzymujemy i podziwiamy zaplecze do biwakowania. W moim odczuciu ładniejszy i bardziej klimatyczny jest ten „Przy oczku wodnym” nieopodal strumyka
Smerek. Obecnie nawet został naniesiony na mapy. Opisywałem go w jednej z wędrówek, jak szedłem drogą ze Smereku do granicy państwa.
Załącznik 48557 Załącznik 48558 Załącznik 48559 Załącznik 48560
Chili doskonale zapamiętał drogę i prowadził ostro w dół do samochodu. Z górki już mogłem go prowadzić.
Załącznik 48561
CDN
-
10 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
02.07.2018 poniedziałek
Dziś w planie Sine Wiry + miejsce w którym jeszcze nigdy nie byłem a świętej pamięci Bertrand wytłumaczył mi jak tam dojść. To dojście (i jeszcze jedno też) zawdzięczam Tobie Bertrand… wieczne odpoczywanie racz Ci dać Panie a światłość wiekuista niech Ci świeci wiecznie. Odpoczywaj w pokoju.
Samochód parkujemy tuż przed szlabanem, w pobliżu też jakiś stoi. Zmieniamy buty i o 9.25 ruszamy. Chód z górki daję radę, czuwam tylko aby nogi sobie nie przeszkadzały… taki banał, ale taki był fakt. Pod górkę nadchodzi zmęczenie, zwiększa się tętno, nogi stają się ciężkie, muszę regulować marsz. Trwa walka ze swoim organizmem, z własnymi słabościami i wspomnieniami, gdy kiedyś lepiej mi się szło. Pozwalam, aby mnie zostawiono w tyle i zapewniam, że dojdę. Po drodze mijam powracającą rodzinkę (to chyba ten samochód sprzed szlabanu), idę, odpoczywam, idę.
Po 1 godzinie i 25 minutach jestem przy Sinych Wirach.
Jakiś czas tam przebywamy, ja odpoczywam. Gdy odzyskuję siły ruszamy dalej do wiaty „Okrąglik” i gdzie jest wyznaczone miejsce na ognisko. Docieramy tam około 11.30. Po odpoczynku muszę wykrzesać trochę sił, by odszukać cmentarzyk. Chyba to ostatni bieszczadzki cmentarzyk, którego nie widziałem. Z 20 lat temu szukałem go w miejscu bardziej wypłaszczonym. Wtedy nie spodziewałem się, że trzeba się gdzieś do niego wdrapywać. Kiedy ostatni raz widziałem się z Bertrandem w Bieszczadach wspomniałem mu o tym a on wszystko mi wytłumaczył.
Ewa z psem zostają a ja niczym Syzyf zaczynam wchodzić pod mokrą górkę, tylko odwrotnie niż u niego, mi udaje się osiągnąć cel. Spojrzałem na zegarek, na hejnalicy mariackiej zaczęto grać hejnał.
Mam rozkaz szybko wracać... tylko jak można szybko wejść na cmentarz i szybko z niego wyjść? Przecież jest tam tyle miejsc zadumy nad którymi trzeba się w cichości pochylić.
Zejście było trudniejsze od wejścia, było dość ślisko a z tyłu głowy strach przed upadkiem. Każde postawienie nogi było przemyślane a miejsce gdzie laska miała mieć oparcie, musiało być dobrze sprawdzone.
Zszedłem, po Ewie było widać zdenerwowanie a za chwilę wielką ulgę.
Chwila odpoczynku i powrót do samochodu, do Bystrego na obiad i solidny odpoczynek.
Było już dobrze po 18 gdy rzucam hasło by ruszyć tyłki i pójść śladami naszej kochanej Kolusi. Wszystkim hasło się spodobało, więc do samochodu.
Załącznik 48562 Załącznik 48563 Załącznik 48564 Załącznik 48565 Załącznik 48566 Załącznik 48567 Załącznik 48568 Załącznik 48569 Załącznik 48570 Załącznik 48571
CDN
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
Recon
(...)
01.07.2018 niedziela
Dziś pierwsza wycieczka, taki rozruch i wsłuchiwanie się w swój organizm.(...)
Czy dobrze rozumiem, że opisujesz wycieczkę która miała miejsce prawie cztery lata temu ...?
-
3 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Jedziemy do Baligrodu, parkujemy pod szkołą i teraz spacerek na Kiczerę Baligrodzką, po drodze mijamy kilka stacji drogi krzyżowej i kręcimy się po po zboczach górki. Zwijamy się do powrotu, gdy zachodzące słońce schowało się już za pobliskie szczyty.
Jeszcze kolacja i szybko do spania, jutro trochę jazdy.
CDN
Załącznik 48577 Załącznik 48578 Załącznik 48579
-
7 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
03 lipca 2018 wtorek
Zaraz po śniadaniu pakujemy się do samochodu i jedziemy do Medzilaborce na Słowacji. Cel Tesco, główne zakupy to różne śliwowice. Na miejscu jesteśmy o 10.50.
Zgarniam co lepsze z półek a na stoisku z obsługą bezpośrednią dokupuję jeszcze 2 najlepsze, najdroższe i najmocniejsze bo 50%. Gdy przyszło do płacenia w kasie, pani widząc ile mam bilonu postanawia transakcję mocno wydłużyć i pozbawia mnie monet zbieranych po całej Europie. Sporo tego było, poszedł chyba tylko jeden banknot. Nie ukrywałem zadowolenia z pozbycia się tego ciężaru.
Przyjechaliśmy tutaj tylko w celu alkoholowym… miasto, cerkiew i muzeum widzieliśmy, ja wielokrotnie, więc powrót.
Teraz cel na parking w Duszatynie. Po drodze zatrzymujemy się przy radoszyckim źródełku i ładnie odnowionej kapliczce. Możemy ją spokojnie obejrzeć, bo źródełko jest zajęte na bardzo długi czas. Dwoje ludzi podjechało samochodem tuż przed nami i bierze hurtowo źródlaną wodę. Na moje oko to wzięli chyba z 300 litrów. My napełniamy tylko 2 i w drogę.
Na miejscu na parkingu jesteśmy około 12.30, zmiana butów i kierunek Jeziorka Duszatyńskie. Dochodzimy na drugą stronę Jeziorka Górnego i wracamy by przy Dolnym zrobić mały odpoczynek. Różnica wzniesień około 250 m, ale szło mi się całkiem dobrze a w dół to wiadomo.
Chili jak idzie to cały czas węszy, świeże tropy go wprowadzają w jakiś trans, pana już wtedy nie słyszy, nos jeździ po ziemi niczym lemiesz od pługa, wstaje nadsłuchuje, łapie wiatr. Wtedy tylko on, jego słuch i jego ponad 100 milionów komórek węchowych. Trzeba go wtedy mocno trzymać a czasami podejść i uspokoić.
I tak węsząc od niechcenia nad Jeziorkiem Dolnym znajduje skitranego w krzakach oryginalnego małego Ballantine`sa.
Zobaczyłem, że coś mocniej wącha pod krzakiem, więc zerknąłem mu przez grzbiet co tam znalazł. Specjalnie tym nie był zainteresowany, ale ja już tak.
Teraz szybki powrót. Schodząc mogę już trzymać smycz. Chiliego w Bieszczadach nie spuszczamy z uwięzi bo strach, że mógłby gdzieś pogonić. Inaczej jest w lasach, które my znamy i on zna.
Przy moście duszatyńskim dłuższy postój, mogę zdjąć buty i ochłodzić nogi w wodzie. Mój pies odwrotnie niż ja, nie lubi wody.
O 16.30 jesteśmy przy samochodzie. Teraz prosto do Bystrego na jakiś obiad.
Załącznik 48580 Załącznik 48581 Załącznik 48582 Załącznik 48583 Załącznik 48584 Załącznik 48585 Załącznik 48586
-
4 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
04 lipca 2018 roku środa
W środku tygodnia robimy sobie spokojny spacerek z ORW Bystre wzdłuż Rabiańskiego Potoku i Hoczewki po ścieżce przyrodniczej. Robimy dłuższy obchód po bardzo ładnym terenie rekreacyjnym z wiatą, skręcamy też do kapliczki przy źródełku. Koło „Chatki studenckiej” skręcamy w lewo i dalej aż gdzieś w okolicach Sukowate postanawiamy spokojnie wracać. Pamiętam, że był przyjemny dzień, idealny do chodzenia na otwartej przestrzeni.
Ciekawostka o Sukowate https://www.apokryfruski.org/kultura...yzna/sukowate/
Wracając spotykamy znajomego leśniczego z leśniczówki Roztoki, umawiamy się na piwko pod wieczór.
Po obiedzie Ewa chce jechać na zaporę w Solinie i po okolicy. Chce, więc jedziemy. Zeszło nam tam aż do późnego popołudnia. Wieczorkiem na piwko. Pies został w pokoju.
Załącznik 48587 Załącznik 48588 Załącznik 48589 Załącznik 48590
-
3 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
05 lipca 2018 czwartek.
Dzień wybitnie towarzyski. Ewa umówiła się na cały dzień do znajomych w Natura Park. To właściciele, bardzo sympatyczni i pracowici ludzie. Cały wysiłek wkładają by ich ośrodek dobrze funkcjonował.
Miła niespodzianka przy wyjeździe z Bystrego, mijamy… Zbyszek czy to… Ewa czy to była… na bank to ona, tylko co ona tu robi? Zawracamy sprawdzić. No tak, teraz już wiemy na pewno, to Róża z Baraku. Dobrą chwilę rozmawiamy i umawiamy się, że wpadniemy do nich w sobotę.
Teraz już kierunek Natura Park. Wracamy do Bystrego po zachodzie słońca.
CDN
06 lipca 2018 piątek
W planach jest dojechać do Kołonic, zaparkować tam samochód i iść czarnym szlakiem aż do miejsca gdzie odbija ścieżką w prawo. Dalej chciałem iść drogą, odbić w prawo, przeciąć szlak czarny i dojść do drogi która wije się wzdłuż strumienia Zenowaty. Dalej w dół aż do samochodu.
Strasznie dawno mnie tu nie było, ponad 20 lat, widać ogromne zmiany w zabudowaniach. Z jednego z nich wyjeżdża do nas chłopiec na rowerze. Popisuje się przed nami, kręci ósemki i kółka, cieszy się z pokazów. Podziwiam jego jazdę, lecz bardziej jestem zaintrygowany tym w jaki sposób on kieruje tym rowerem. Zamiast kierownicy rowerowej ma samochodową. Czegoś takiego nigdy nie widziałem i chyba nigdy bym nie wpadł na taki pomysł. Zapewne inwencja twórcza lub potrzeba chwili. Jakiś czas rozmawiam z tym fajnym chłopcem i ruszamy dalej.
Mijamy już zarastający wypał z pustymi retortami, ale są oznaki, że został opuszczony tylko na jakiś czas.
Czarny szlak odchodzi w prawo a my idziemy dalej drogą, która mocno kręci, odbijamy w mniejszą drogę i dochodzimy do miejsca gdzie się niestety kończy. Stoi woda, trawy na wysokość 2 metrów. Ewa stwierdza, że nie będziemy się przebijać. Pies też nie jest zbyt chętny. Postanawiamy wracać. Gdy jesteśmy na wysokości wzgórza 745m, jedzie naprzeciw nas motor… jak nic jakaś stara WFM-ka z dwoma młodymi chłopakami i masą bagaży… plecaki, namiot, torby, torebeczki. Minęli nas a ja pomyślałem sobie, że skręcą wyżej w lewo i pojadą dalej w dół do Jabłonek. Jednak za chwilę widzimy, że wracają. Z 300 metrów przed nami zatrzymują się i sporym wysiłkiem jeden z nich schodzi z motoru, idzie w bok, coś podnosi, znowu pakuje się z mozołem na motor i dość szybko wyprzedzają nas.
Gdy odjechali, zaczynamy rozmawiać co tam takiego znaleźli na tej drodze? Wtedy dopiero spostrzegłem brak Oregona i urwaną szlufkę do której był przymocowany.
Postanawiam wracać aż do miejsca gdzie zawróciliśmy. Szukam po poboczach drogi, nie ma.
Straciłem Oregona. Ewa pyta się… a jest ci on potrzebny? Po chwili olśnienie i spokój… no nie!
Oregon miał wpisane moje imię, nazwisko i numer telefonu. Albo sobie gdzieś dalej leży, albo już raduje kogoś, komu jest bardziej potrzebny.
Tyle tego dnia.
W sobotę nigdzie nie chodzimy, tylko jazda samochodem. Jednak na ten dzień czekam, bo jedziemy zobaczyć pewne wydarzenie, które zawsze gdzieś mi uciekało.
CDN
Załącznik 48591 Załącznik 48592 Załącznik 48593
-
10 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
07 lipca 2018 sobota
Zaraz po śniadaniu pakujemy się z psem i jedziemy Na XVII Powojenne Targi Końskie w Lutowiskach
https://www.lutowiska.pl/zapowiedzi/...skie-lutowiska
Ustawiliśmy się w dobrym miejscu i cieszyliśmy oczy piękną paradą pięknych koni. Finał parady był na miejscowym stadionie. Piękne i niezapomniane przeżycie. Wreszcie mogłem to zobaczyć. Muszę przyznać, że Chili też z ciekawością patrzył jak blisko przechodziły taaaakie wysokie dla niego zwierzęta. Musiał się też oswoić z końskim zapachem.
A jak już o moim psie to gdy byliśmy na stadionie, gdzie było więcej ludzi niż na paradzie wzdłóż głównej ulicy Lutowisk, podbiegł do nas chłopiec z szeroko otwartymi oczami i pyta… proszę państwa, czy ten pies to Manchester Terrier? -Odpowiadamy, że tak. -Ja też mam takiego, tylko nasz jest chudszy. -Odpowiadam, że poprzedni właściciele go wykastrowali a po tym pieski rozrastają się.- Przepraszam, że podszedłem, ale mamy też takiego 3 lata i pierwszy raz dopiero udało nam się zobaczyć drugiego i to w dodatku w Bieszczadach. -Nam się do tej pory też nie udało.
Wracając do tego co na stadionie, to teraz odbywały się pokazy jazy na koniach. Wielkie brawa zdobyli jeźdźcy i konie ze Straży Granicznej.
Wielkie brawa dla Lutowisk, że reaktywowało te Targi, które stały się ważnym wydarzeniem kulturalnym w Bieszczadach.
Poniżej kilka zdjęć z tego wydarzenia.
CDN
Załącznik 48594 Załącznik 48595 Załącznik 48596 Załącznik 48597 Załącznik 48598 Załącznik 48599 Załącznik 48600 Załącznik 48601
-
3 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
Recon
04 lipca 2018 roku środa
W środku tygodnia robimy sobie spokojny spacerek z ORW Bystre wzdłuż Rabiańskiego Potoku i Hoczewki po ścieżce przyrodniczej. Robimy dłuższy obchód po bardzo ładnym terenie rekreacyjnym z wiatą, skręcamy też do kapliczki przy źródełku. Koło „Chatki studenckiej” skręcamy w lewo i dalej aż gdzieś w okolicach Sukowate postanawiamy spokojnie wracać. (...)
Hej, cosik strasznie kręcisz i wywijasz po tym Ballantine`sie :mrgreen: Nijak nie mogę sobie poukładać, że wzdłuż Hoczewki dotarliście do Sukowatego i to jeszcze skręcając przy chatce w lewo :) Coś mi się widzi, że chodzi o inny potok, choć też na literę "H" :) I wiadomo, że lewa strona to ta: jak się leży na brzuchu to od ściany :wink:
Cytat:
Zamieszczone przez
Recon
Strona prowadzona przez jakiegoś ukraińskiego nacjonalistę, źródłami są przeważnie wypowiedzi jakiś upowców, którzy widzieli to czy tamto, ale tu ciekawostka - żaden z nich w okresie gdy przebywali w szeregach upa nie widział mordów i tortur na ludności polskiej.