1 maja 2016 rok
Tytuł „O niedawnym wypadzie w Bieszczady” ma się nijak do czasu obecnego, bo wszak to co opiszę przecież było w maju… parafrazując Rodowiczkę, powinno być… to było w maju, właśnie w maju, Recon otarł z pyłu twarz, znów zaśpiewał w polu ptak, hej… w Bieszczady jazda, w Bieszczady wracać czas”. Nie za rześko to zabrzmiało?![]()
Maj wszak był w środku wiosny a dziś to mamy koniec lata a bardziej realnie patrząc to już początek jesieni. Rozważania czy to koniec lata czy jednak początek jesieni złamię innym tekstem „już szron na głowie już nie to zdrowie a w sercu ciągle maj”. Tylko… na pisanie(!) jakaś taka niemoc, no nijak zacząć, bo ciągle coś… a pisząc to namacalnie jeszcze sprawdzę swoją pamięć.
Początek maja był zaklepany, spanko też, rozważanie czyim samochodem (za jednym i za Michała przegłosowano dzień przed wyjazdem) przyklepane i plan też był. Punkt pierwszy przewidywał wyjazd o 7 rano i do pokonania było cirka 3,5 setki kilometrów. Z przystankami wychodziło 7,5 godziny. Zaplanowałem jazdę bocznymi drogami by jechać innymi nieznanymi dotąd, co jak się później okazało dało sporo plusów w postaci odmiennych widoków, prawie pustych dróg, natknięcia się na lokalne święta w mijanych miejscowościach, obserwacji na lokalne przygotowania do pochodów pierwszomajowych i ich formowanie, podziwiania zwierząt też ptaków leśnych i domowych oraz jednego małego zabłądzenia… ot z rozpędu zamiast skręcić w lewo to pojechało się prosto a tam koniec drogi i w oddali jakaś super droga za nasypem, czyli konieczny 2 kilometrowy powrót.
Wyjechaliśmy 7.10, pogoda marzenie, dopiero za Odrzykoniem wypadamy na Krosno i dalej już ta sama trasa co zawsze. Kiedy po krótkim postoju przy McD wyjeżdżaliśmy z Sanoka, zadzwonił mój brat z pytaniem „gdzie jesteśmy?” bo on minął Szczawne a by chciał się z nami spotkać. Ot taki przypadek, brat wyjeżdża a my odwrotnie. Daje się namówić na Szelców i tam spotykamy się na kawie i ciachach. Brat po tej pierwszej wizycie u Szelców, w mojej skali, awansował już na Bieszczadnika. Jeszcze pyk na wieczną pamiątkę i rozjeżdżamy się w odwrotnych kierunkach.
Nasza ekipa do celu ma jeszcze około 25 km a to jak z bata strzelił i już już tam prawie jesteśmy. Oooo już Hoczewka, ooo po lewej pomnik WOP-istów (ja go tak nazywam chociaż powinienem nazwę rozszerzyć), oo zaraz tabliczka „Bystre”, za zakrętem zwolnij bo trzeba ostro w prawo na mostek.
Witam się w recepcji ORW Bystre, odbieram kluczyk, uzgadniam szczegóły, płacę z góry za pobyt i w pół do 3 PM otwieramy drzwi drewnianego domku. Dzielimy się pokojami, oglądamy wnętrze, rozpakowujemy się, coś w locie na przekąskę. Ku mojej rozpaczy cała trójka kładzie się nawet na drzemkę. Ja w tym czasie wywieszam flagę Polski, coś czytam i zerkam ciągle na zegarek. Po 16 już nie wytrzymuję i robię raban, że czas najwyższy wstawać. Uff i tak ruszamy na pierwszy spacer. Jest za kilkanaście minut 17.
Pierwsze kroki kierujemy do leśniczówki celem zapłacenia „kary” za onegdaj kilkukrotnie zadeptany las a i też za ten co teraz podepczemy. Niestety rezydenta z małżonką nie ma i nie będzie do końca naszego pobytu. Porozmawialiśmy sobie za to dość długo z panią teściową leśniczego, która opowiedziała o swoich przetworach wystawionych na sprzedaż, o pobycie w Bieszczadach i takie tam jeszcze własne historie a i nasze (właściwie to moje) też zostały w to wplecione. Ja prosiłem przekazać leśniczemu spec nalewkę zrobioną własnoręcznie, za co w rewanżu otrzymałem spec sok z pewnego tajemnego owocu bieszczadzkiego, ma przynosić moc
Ruszamy dalej. Po drodze mijają nas dwa stylowe wozy zaprzężone w konie z wycieczką. Zauważam zmiany, ostatnio poczynione, w otoczeniu drogi. Po lewej stronie drogi (później też i po prawej) wije się wśród drzew ścieżka dydaktyczna z całą masą infrastruktury. Perełką ścieżki jest pole biwakowe z oczkami wodnymi, zadaszoną sporą altaną, miejscami na ognisko, ławeczkami a dalej jest też parking…
To dla mnie nowości bo reszta jest mi znana, ekipie trzeba pokazać co kryje ta okolica, jedna z najładniejszych dla mnie w Bieszczadach. Teraz idziemy zobaczyć kamieniołom „Gruby”, później wchodzimy na Kamienną Górę z Rezerwatem Gołoborze. Przed rezerwatem następuje zmiana pogody, zaczyna padać deszcz, żadne tam oberwanie chmury acz mocno nas moczący i rozmiękczający późniejszą ścieżkę do kapliczki Synarewo. Dzielnie towarzyszy nam Kola i umiejętnie omija błoto na swojej drodze, chociaż momentami macha ogonem by ją przenieść lub wnieść, co nastąpiło tuż pod kapliczką. Kola niestety, już później, podczas powrotu sygnalizuje, że zdrowie i kondycja mija u niej bezpowrotnie.
Zachmurzone niebo, siąpiący deszcz i godzina… sporo już po 19 nakazywała zwiększenie wysiłku by jeszcze za dnia wejść na zbocze Kamiennej i popatrzeć z góry na kamieniołom „Drobny” oraz rezerwat 34 sosny. Wszak zachód słońca w górach przebiega inaczej niż na jakiejś równinie. Decydujemy by Ewa z Kolą zostały na drodze i czekały na nas a ja z Agą i Michałem wchodzimy wyznaczonym szlakiem w stronę krzyża komandosa. Mnie w pewnym momencie podkusiło by odbić w lewo ze szlaku na starą drogę zrywkową, którą doszliśmy aż do wzgórza Hrunek. Tutaj robimy nawrót, ale skrótem i tym sposobem całkiem niechcący znaleźliśmy się na „balkonie” nad kamieniołomem, skąd mamy na niego piękny widok. Jest on z tego miejsca lepszy niż z końca mini szlaku, gdzie znajdują się ławeczki. Na dole zaplecze techniczne kamieniołomu, z komina chatki leci dym. Nie rozmawiamy zbyt cicho dzięki temu pies stróżujący nas już zauważył i doniośle ujada, za chwilę wygląda też i stróż patrząc w górę kogo tam licho przyniosło… czas na nas.
Robi się ciemno gdy schodzimy w dół. Kola nasz powrót objawia nieskrywaną radość merdającym ogonem, Ewa też ucieszona… „bo jakoś wam tak dłużej zeszło”. No to wracamy do domku! Jak na pierwszy dzień to mamy wszyscy dość.
Sięgam po zrobione wtedy notatki… przeszliśmy 9,64 km w 3h28m z czego ruch 1h 52m a postój 1h36m, powrót do domku o 20.15.
W domku każdy łapie się za jakąś robotę, Michał, jako były harcerz, oczywiście bierze się za rozpalenie kominka. Drewna „na wyposażeniu” mamy pod dostatkiem przed gankiem. Dziewczyny i ja robimy obiadokolację, wystawiam coś mocniejszego na opicie pierwszego dnia. Tak sobie właśnie siedzimy do północy, w cieple i świetle bijącym z kominka. Kola schnie przy ogniu po kąpieli, my obserwujemy czy temperatura wody podniosła się na tyle by ktoś mógł się wykąpać… kominek ma kurtynę wodną a to ogrzewa wodę do zbiornika, dzięki czemu mamy ciepła wodę do mycia.
DSC00417.jpgDSC00399.jpgDSC00400.jpgDSC00401.jpgDSC00403.jpgDSC00404.jpgDSC00407.jpgDSC00412.jpgDSC00414.jpg
cdn
PS
Dzięki za ponad 100000 odsłon tego wątku i prawie 12000 wejść na mój profil :)


Odpowiedz z cytatem