W porządku - uzbrajam się ;) Na przyjemny ciąg dalszy warto czekać.
Wersja do druku
Ciekawe, jakie było zdanie Stałego Bywalca na temat kota,bo to przecież kociarz(jak ja).Trza było go zabrać...Fajna ekskursja .
Piękny opis Krywego-gratulacje.... i dalej,dalej Piskalu.Lubisz jak Cię tak wszyscy proszą,co?
"Trza było go zabrać... Fajna ekskursja. "
Tak też sobie ktoś kiedyś pomyślał i... pozbyłam się mojej Tekli :evil: A wycieczka była fajna, co nawet kot stwierdził, jak widać na załączonym przez Andrzeja 627 filmie.
Już się nie gniewaj za to Tyskie, tylko pisz.....
pozdrawiam
Rozdział VII
Z udawaną przykrością stwierdzam, że żmije wyhodowałem na swoim dużym brzuchu. Począwszy od naszego pana Prezydenta, na Basi, szefowej ośrodka skończywszy. Pozapraszałem ich na swoje kolacje no i gdy przyszła pierwsza dogrywka drugiej części ósmego KIMB-u, kogo desygnowano do pieczenia karkówek? No właśnie.
Tak naprawdę, to bardzo lubię czasami pokucharzyć jak mam dla kogo. Manio grał na gitarze, Wojtek 1121 polewał wódkę, inni pili piwo i się bawili, a ja walczyłem po ciemku z karkówkami, bo ogień z ogniska tylko oślepiał. Dopiero później Basia przyszła z jakąś latarką.
Ale na razie jedziemy w czwórkę- Andrzej 621, Wojtek Myśliwiec, Jurko i ja do Wetliny po Magdę, żonę Andrzeja. Nie mogłem odpuścić okazji, żeby Wojtek spojrzał na połoniny z przełęczy wyżnej. My przy okazji robimy zakupy i namawiamy Andrzeja na podróż do Cisnej do Rysia Szocińskiego i na obowiązkowy Leżajsk do Siekierezady. Jurko odłączył sie w Wetlinie i przez przełęcz Orłowicza wrócił do Sękowca. Magdy początkowo się „bałem”. W tym sensie, że nie wiedziałem jak się zachować, zwłaszcza że Magda na wstępie powiedziała, że gór nie lubi, bo Andrzej przegonił ją po Pirenajach i ma dość. Nawet butów do chodzenia po górach na wszelki wypadek nie wzięła. Skończyły się rubaszne żarty a pozostała zwyczajowa uprzejmość. Dystans nas dzielący stopniał bardzo szybko, myślę, że w Siekierezadzie, gdzie Magda zamówiła placki ziemniaczane, jej ulubioną potrawę. Również moją ulubioną, i moje popisowe danie. Zanim dojechaliśmy do Sękowca już wszyscy byliśmy na „TY”. O Magdzie nie będę zresztą tutaj się rozpisywał, z wyjątkiem suchej faktografii, nie wiem, czy życzyła by sobie tego. Lub Andrzej. Odsyłam raczej do jej postu (http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php?t=5340&page=4). Gdy żegnaliśmy się przed ich wyjazdem do Francji serdeczność między nami aż prawie można było dotknąć. Ale nie wyprzedzajmy faktów.
Z Cisnej pojechaliśmy do Majdnu na stację, tam spędziliśmy trochę czasu, gdybyśmy trafili na kolejkę, to opisywałbym też przejażczkę kolejką bieszczadzką. Niestety spóźniliśmy się. W drodze powrotnej zajechaliśmy jeszcze do galerii prowadzonej przez Mirka Nadolnego, który szefował kiedyś w Cieniu PRL-u w Dołżycy. Mirka niestety nie spotkałem. Dowiedziałem się za to, że w Cieniu PRL-u funkcjonuje teraz tylko noclegownia. Szkoda tego miejsca. Wielka szkoda.
Wetlina, Cisna, to czemu nie Ustrzyki Górne? Czasu mieliśmy dosyć. Pojechaliśmy zatem prosto do Zajazdu pod Caryńską. Tam spotkanie z Sebastianem, a także z Tarniną, Maniem i jego gitarą, którzy wybierali się na KIMB. Andrzej postawił nam obiad (dla Magdy placki !) i wpadł na pomysł, żeby udać się jeszcze do Wołosatego na przejażdżkę bryczką. Na miejscu okazało się, że konie są już zajeżdżone i dzisiaj nic z tego. Myślę, że to panowie powożący bardziej chcieli się już urwać z pracy. Tak czy inaczej wróciliśmy do ZpC. Ponowne spotkanie z Tarniną i Maniem, upewniłem się, że będą nocować w domku nr 1, muszę więc zrobić porządek na piętrze, bo to tej pory tak to wyglądało, że ja spałem na jednym łóżku a na pozostałych dwóch mój plecak i moje rzeczy.
Strasznie „szarpany” jest ten dzisiejszy rozdział, ale tego dnia rzucało nas z miejsca na miejsce. Wymyśliłem, żeby zajechać jeszcze do Smolnika pod cerkiew, jedną z najpiękniejszych, a jak do Smolnika, to również pod cerkiew w Chmielu. I tak marudząc do Sękowca dojechaliśmy równo z Tarniną i Maniem (a tam, na piętrze bałagan! ). Zaofiarowałem swoją pomoc przy przenoszeniu rzeczy Maniowych z naciskiem na gitarę. Tarnina wtedy stwierdziła, że Manio prędzej ją by oddał, niż gitarę. „Dobra”- ja na to- „biorę, co dają”. Na to z kolei zaprotestowała Tarnina.
Zresztą niedaleka przyszłość miała pokazać, że nie miała racji. Nie z tym, że zaprotestowała, tylko z gitarą...;)
Cdn. rozdziału VII nastąpi.
Witaj Gawędziarzu!
Mam do ciebie jedno pytanie. Musisz sie cofnąć kilka dni w swojej opowieści. Chodzi mi o Hulskie. Też tam próbowałem dojść we wrześniu. Przekroczyłem San, podszedłem do ruin młyna i poszedłem ścieżką w stronę Hulskiego mając potok po prawej stronie. Doszedłem do prowizorycznego płotu z napisem, że .... Zawróciłem i po tej stronie Sanu dzedłem do Sękowca. W którym miejscy skręciłeś w stronę Rylego?
Pozdrawiam
Bertrandzie, nie dochodziliśmy do wsi Hulskie. Ścieżka, którą szliśmy idzie od Zatwarnicy za potokiem wzdłuż Sanu, potem skręca w lewo takim ostrym łukiemi i schodzi w dół, już równolegle do potoku (potok po prawej ręce) i po obniżeniu się od tej ścieżki odbija ścieżka w prawo, świeżo oznakowana, znaki niebieskie. Przechodzisz przez potok i walisz prosto w górę w kierunku Rylego. Bez tych znaków pewnie bym na nią nie trafił, ledwie widoczna. Dwa lata temu szedłem w odwrotnym kierunku a ten teren, co wiesz, nie był jeszcze ogrodzony.
Dziękuję. Może na początku września tych znaków nie było, a może miałem bielmo na oczach :-)
Pozdrawiam
Mogło ich nie być, ta scieżka była w trakcie wytyczania i nam też w pewnym momencie znaki się skończyły.
Wsio poniatno
W innym wątku pokazałem trasę naszej wycieczki na tle najnowszej mapy Wydawnictwa ExpressMap.
Płonie już ognisko gdy przychodzimy o 19 do barku. Najpierw słowo wstępne wygłoszone przez pana Prezydenta Kazimierza Wielkiego, potem autoprezentacja, wszystko do obejrzenia na filmikach niezawodnego Andrzeja 627, który podczas nagrywania świecił nam po oczach jak na jakimś przesłuchaniu. Mów kim jesteś! Zakup piwa i karkówki. Ja jak wyżej- krzątam się przy ogniu. W Sękowcu jest grill w kształcie żurawia, ciężki jak cholera, ale jak się go ustawi na odpowiedniej wysokości to ma się spokój. Szczegóły KIMBu zapoda Stały Bywalec, który wszystko skrzętnie notuje. Manio gra na gitarze, zabawa się rozkręca. Nawet Magda zaczyna śpiewać przy ognisku, zaczyna rozumieć, że brać bieszczadzka jest miła, serdeczna i przyjaźnie nastawiona. Poznaję Sir Bazyla, który przyjechał z córeczką, niestety nie na długo. Jutro opuszczą nas też Gosia i Jurko, który skorzysta z okazji, że SB odwozi żonę do Ustrzyk Dolnych na autobus do Warszawy. Tak więc pojadą razem. Impreza z czasem przenosi się do barku, opuszczają nas kolejni KIMBowicze, SB z żoną, jutro wczesny wyjazd, Andrzej z Magdą, która na tę jedną noc przenosi się do namiotu, Jurko. Upoważniam go , żeby mnie obudził na pożegnanie. Rano jak przez mgłę pamiętam, że budził mnie. Przed Jurkiem idą Manio z Tarniną. Proszę Mania, żeby zostawił gitarę. Zgodził się wbrew temu co mówiła Tarnina. Ale ja to nie Manio, trochę pobrzdąkałem, ale graniem tego nazwać nie można. Okazało się, że Jurko też gra na gitarze. Tak siedzimy miło do czwartej nad ranem.
Wcześniej jeszcze obiecuję placki ziemniaczane dla Magdy i Tarniny, ale jak się obudziliśmy nie było już ani Magdy, ani Tarniny, ani Mania ani gitary. Lecz nie było to nasze ostatnie spotkanie podczas tego pobytu. Tak, spotkałem się jeszcze i z Magdą i z Tarniną, i z Maniem i z gitarą. I z kilkoma innymi osobami. Tylko w rezultacie nie zrobiłem tych placków. Zrobię w przyszłym roku.
Placków może nie zrobiłeś,ale za to rankiem obudził mnie zapach smażonych kań dobiegający z kuchni. Śniadanie podane do łóżka "palce lizać". Dzięki jeszcze raz Piskalku. A co do maniowej gitary to pamiętam co odpowiedziałeś jak powiedziałam,że Maniuś to mnie prędzej odda niż gitarę :) Oj fajnie było, a kań by się jeszcze pojadło, mniam...
Tak, ale kanie były tydzień później. O tym jeszcze będzie. Co do placków, to masz obiecane.
Cieszę się, że chyba skończyłeś prace remontowe, bo do pisania się zabrałeś ;) Pozdrawiam
Rozdział VIII
Niedziela po Kimbowa, 20 września, półmetek. Opuścił nas Jurko, zostałem li tylko z Wojtkiem Myśliwcem. No tak, ale w bliskim sąsiedztwie są jeszcze Wojtek 1121, Andrzej 627, Stały Bywalec i nasz kolacyjny kapelan, czyli Ojciec Prowadzący. Nudno nie będzie. Nie było.
Pierwszą po przebudzeniu rzeczą jaka mi się rzuciła w oczy to brak gitary. Nieodzowny znak, że moje piętro jest już wolne. Po odstąpieniu pięterka Tarninie i Maniowi przeniosłem się na dół, na łóżko tuż przy lodówce. Śmieli się ze mnie, że w razie czego będę miał blisko. Ale już wcześniej umówiliśmy się, że pójdziemy do kościółka, nie było więc mowy o żadnym, choćby najmniejszym piwie. Zresztą nie było tak źle. Cóż, w górach jest wszystko co kocham, w tym jest brak kaca. To ciekawe-jest coś czego nie ma. Zresztą z tym kacem to nie jest do końca tak. On jest, tylko przebiega w znacznie łagodniejszej formie.
Poszliśmy zatem do kościółka w Zatwarnicy. W pierwszym rozdziale napisałem, że Radio Maryja jest mi bliskie, ale tylko geograficznie. I to jest coś, czego nie mógł zrozumieć Ojciec Prowadzący, że ja jako katolik, ba- katolik z Torunia, który nosi nazwisko zaczynające się na Pis (czyli nolens volens muszę być Prawy i Sprawiedliwy) nie słucham tego Radia. Ano nie słucham. Przypomina mi się rysunek Andrzeja Mleczki, na którym pod drogowskazem siedzi Chrystus frasobliwy, a na drogowskazie są dwa przeciwne kierunki: Łagiewniki i Toruń. A mnie chyba jednak bliżej do Łagiewnik.
Trochę piszę nie na temat, ale była to wyjątkowo leniwa niedziela. Po mszy zauważyliśmy, że gro ludzi skręca w małą ścieżynkę przy kościele. Widzieliśmy ją, gdy wracaliśmy z Krywego, ale mogła być to ścieżka do prywatnej posesji biegnąca po prywatnej łące. Dzisiaj zeszliśmy z innymi tą ścieżką, i rzeczywiście okazała się skrótem. Do sklepu mieliśmy już blisko. W sklepie też długo nie siedzieliśmy, a po powrocie zobaczyliśmy jak Ula krząta się po barku, sprzątała po KIMBie. Zostałem u niej i pogadaliśmy sobie od serce. O czym? Nieważne. Miała dziewczyna dzień do zwierzeń i chciała się wygadać.
Nie zdążyłem dojść do domku, gdy zgarnął mnie Wojtek 1121. Przyjechali znajomi z Sanoka i rozpoczęła się impreza integracyjna przed domkiem Wojtka. Wojtek niedzielę spędził na wożeniu Magdy i Andrzeja po dzikich rejonach Bieszczadów, chociaż nie na tyle dzikich, żeby nie można było wjechać samochodem terenowym.
Gdy zrobiło się ciemno przenieśliśmy się do domku nr 1. Tam kategorycznie oświadczyłem, że nie robię żadnej kolacji, jak leniwa niedziela, to leniwa niedziela. Kuchnia jest za tymi drzwiami, a lodówka w tamtym kącie. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy.
Prawda, że prawdziwa leniwa niedziela? Aż prawie nie ma o czym pisać.
Napiszę zatem o jeleniach. I tak jednego, śmiertelnego w skutkach (powiało grozą)wydarzenia nie umiem precyzyjnie umieścić w chronologii. Zanim nam jeleń niczym koń wyskoczy wbiegł na 10 metrów przed samochód, zanim zepsuliśmy niechcący jedno polowanie, delektowałem się rykowiskiem. Miłosne pieśni byków robią duże wrażenie, zwłaszcza, kiedy wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi. Pewnej ciepłej nocy przespałem się nawet na balkonie, długo nasłuchując zakochanych byków, którzy ryczą na swoją zgubę, wtedy bowiem zaczyna się okres polowań. Dwa lata temu udało mi się zidentyfikować siedem byków nawołujących się to z bliższej, to z dalszej odległości. W tym roku tylko pięć, chyba, że jednym z tych odgłosów był myśliwski wabik.
Innej nocy byczek podszedł bardzo blisko ośrodka, na kilka, kilkanaście metrów. Jak urzeczony wsłuchiwałem się w jego pieśń. Aż w pewnej chwili padł strzał, jeden, śmiertelny. Trzeba wam wiedzieć, że mąż właścicielki ośrodka jest leśniczym i organizuje polowania. Ma w tym okresie swoich gości. Tej nocy poszli na pewny strzał, nieplanowany. Cóż kolejny jeleń do rejestru odstrzałów. A tych jest pewna liczba, której nie wolno przekroczyć. No i mieli odstrzał, bez błądzenia po chaszczach, bez czekania, nawet portek nie musieli tak naprawdę zakładać. Gdyby byk nie podszedł tak blisko żył by. No, nie wiadomo jak długo.
W końcu dni każdego rogacza są policzone;).
A tuż przed kościółkiem odezwała się...toruńska bieszczadniczka,która musiała poczekać na relację w wędrówek.Przez ten czas znalazłam jednego grzybka(do barszczu?),który i tak sie w końcu zgubił.Przepraszam za wtręt,ale...tak było przecież!
Ech, Andrzeju. Gdyby nie twoje filmy to brak byłby ilustracji do relacji. Ja robiłem zdjęcia tylko telefonem, a od Wojtka jeszcze nie dostałem zdjęć. Może po całej relacji zrobie małe fotograficzne post scriptum. Jak się nauczę wstawiać zdjęcia na forum.
Rozdział IX
To był chyba najfajniejszy dzień podczas całego pobytu. W każdym razie najbardziej zwariowany i o największej frekwencji. Andrzej 627, Wojtek 1121, Wojtek Myśliwiec, Stały Bywalec, Ojciec Prowadzący, ja. No i Lucyna. Lucynę poznałem dwa dni wcześniej, gdy byliśmy w Cisnej, przyjechała z jakąś wycieczką, długo nie mogliśmy więc rozmawiać, Andrzej przedstawił mnie i Wojtka, i to w zasadzie wszystko. Teraz SB umówił się z nią w Stuposianach, dokąd miała przyjechać autobusem i tam przesiąść się w jeden z naszych dwóch karawanów. Już na powitanie SB zarządził wojskową zbiórkę, ustawił nas w szeregu i zakomenderował: kolejno odlicz! Raz! Dwa! Trzy! Cztery! Pełna!- zakończył Wojtek 1121 wręczając Lucynie pełną flaszkę ukraińskiego pięciogwiazdkowego koniaku.
Cóż, tak naprawdę to tak nie było, koniak był wręczony dopiero w Mucznem, ale tak mi pasowało literacko. Zresztą scena powitania została utrwalona dla potomnych przez naszego naczelnego dokumentalistę (http://www.youtube.com/watch?v=iVwDnsas6Pw&feature=PlayList&p=7ECF9BE9828 8DDAF&index=5 ).
Pojechaliśmy do Mucznego, tam narada bojowa, wyciąganie wszystkich map i gps’ów. Plan zakładał odnalezienie miejsca po leśniczówce Brenzberg, a najpierw ścieżki do niej prowadzącej, która na jednej mapie była przed krzyżem (przy drodze do Tarnawy), na innej zaś za krzyżem. Nie doszliśmy do konsensusu więc zadecydował SB- tędy! I już po kilku pierwszych krokach zgubiliśmy się. Weszliśmy w jakieś chaszczory po pierś, (a u Lucyny nawet po piersi;)), potem idziemy w górę a po ścieżce ani śladu. Owszem, czasami pojawiało się coś co przypominało ścieżkę, to znów niespodziewanie się kończyło. Dwa gps’y, mapy, wykwalifikowany przewodnik. Humor jednak nas nie opuszczał, a nawet się rozwijał, wiedzieliśmy, że i tak dojdziemy do położonej po drugiej stronie stokówki, po prostu nie można zabłądzić. Przypadkowo okazało się, że żadna sieć telefoniczna nie ma tam zasięgu. No, prawie żadna, Jedna ma- sieć ojca dyrektora. A Ojciec Prowadzący triumfował.
W końcu, już przy grzbiecie Jeleniowatego poszedłem z SB w kierunku niewielkiej polanki w poszukiwaniu ścieżki, zatoczyliśmy koło i wróciliśmy do czekającej na nas ekipy. Później, już w domku, przyszedł do nas Andrzej z laptopem i wszystkimi mapami, nałożył ślad z gps’u i po analizie doszliśmy do wniosku, że ta polanka, na którą zapuściłem się z SB, to prawdopodobnie ta , gdzie stała leśniczówka Brenzberg. Andrzeju, mógłbyś umieścić tutaj mapkę z trasą, jaką przemierzyliśmy tego dnia?
Ruszyliśmy dalej, przebijając się przez krzaczory, gałęzie, jeżyny i licho wie co jeszcze, aż dotarliśmy do starej drogi zrywkowej. I tu się zaczęło. Najpierw świeży trop misia, wyraźnie odciśnięty w błotnistej glebie, a to trop wilka, to kupa misia, to kupa wilka, to kupa innych kup. I tropów. Absolutna dzicz, której dawno nie nawiedził człowiek. Gdyby nawiedził, nie znaleźlibyśmy z Lucyną tylu rydzów, wielkich i robaczywych, zdrowych na szczęście też sporo, było z czego wybierać. Lub takie potężne i zdrowe jak rydz (ha, ha !) prawdziwki. Żarty, śmiechy, wspaniała atmosfera, cóż, nie jestem Hrabalem, nie umiem tego opisać. Lucyna, tak kontrowersyjna kiedyś na forum, okazała się wspaniałym kompanem do pochodzenia. Już wtedy, wiedząc, że będę pisać tę relację, postanowiłem sobie, że nie dotknę tutaj sprawy braku Lucyny na naszym forum, nie dotknę sprawy „zielonego” forum. Dowiedziałem się dlaczego Lucyny tutaj już nie ma, dowiedziałem się dlaczego powstała drugie forum, dowiedziałem się kilku innych rzeczy. Dowiedziałem się i wiem. I niewiele mnie to obchodzi. Nie to w końcu jest tematem moich wspomnień.
W końcu doszliśmy do stokówki po drugiej stronie Jeleniowatego, krótka narada, idziemy do Dźwiniacza, czy od razu do Dydiowej. Z braku odpowiedniego zapasu czasu wygrała opcja druga. Podążyliśmy więc stokówką, po drodze całe rydzowe polanki. Tym dla mnie cenniejsze, że w moich stronach rydzów jest bardzo mało. Lucyna odstąpiła mi trochę swoich, ja zaś obiecałem, że będę dla niej zbierał kanie. Na Krywem znalazłem taką ilość, że na kilka dni mi wystarczy.
Wreszcie czas na odpoczynek, siadamy na poboczu. Ja dobieram się do grzybów, chcę je przejrzeć i oczyścić, Lucyna zaś dobiera się do koniaku. No tak, ale nawet tak zdegenerowane jednostki jak my nie będą piły z gwinta. Wojtek 1121 wpada na pomysł, bierze małą plastikową butelkę od wody, obcina szyjkę z zakrętką i mamy kieliszek. W sam raz do takiego trunku. A już na pewno do takich okoliczności. I takiego towarzystwa. Lucyna zachowuje go jako relikwię a pewnie i pamiątkę spotkania. Wszyscy świetnie się bawimy.
Dalszy plan był taki, że dochodzimy do ścieżki, która ma nas zaprowadzić skrótem do Didiowej. Jak zwykle nikt nie wie gdzie ona jest. Dobrze, że mamy ze sobą dwa gps’y , licencjonowanego przewodnika bieszczadzkiego i przewodnika w osobie Stałego Bywalca, który „ na nosa” wie którędy iść. Dzięki temu dochodzimy do właściwej ścieżki. Schodzimy z drogi stokowej, zaczyna się błoto, gałęzie. Lucyna znajduje dwie kanie. To ja je miałem znaleźć, ale szedłem za nią. Znowu trafiamy na tropy misia, jeszcze wyraźniej odciśnięte niż tamte. Potem ścieżka zakręca, zaczyna wspinać się do góry i znowu trafiamy... na drogę stokową. Na drogę stokową, z której zeszliśmy trochę wcześniej.
Wróciliśmy do stokówki na wysokości paśnika myśliwskiego. Sterta buraków, jakaś szopka, pewnie z sianem i dużo tropów, a po drugiej stronie ambona. Miło czyta się opowiadania myśliwskie dajmy na to takiego Janusza Meissnera, o tym jak to drzewiej się polowało, o nieraz kilkudniowym podchodzeniu zwierza, o ich zwyczajach, o myśliwskim kodeksie honorowym. Ale wybaczcie. Jeśli ktoś podjeżdża samochodem prawie na miejsce, gdzie jest podłożone zwierzęce żarło, gdzie przy flaszce wódki nie pozostaje nic innego jak tylko czekać, a potem bierze fuzję z noktowizorem i strzela? Gdzie w tym wszystkim romantyzm, który towarzyszył dawnemu obrzędowi, rytuałowi polowań? Wychodzi na to, że kłusownictwo staje się bardziej szlachetne o tyle, że daje zwierzęciu pewną szansę, wyrównuje proporcje pomiędzy obiema stronami.
Ad rem. Nie znaleźliśmy, rzecz jasna, tej skrótowej ścieżki, doszliśmy aż do mostu na potoku Muczny. A potem do samej drogi idącej do Didiowej. Tam dopiero spotkaliśmy pierwszych ludzi, nie licząc drwali, ale to też bliżej cywilizacji. Ojciec Prowadzący zaczął objadać się kaliną, Lucyna na niego krzyczała, ale widać czuwał nad nim wszechmocny ojciec dyrektor, bo nic mu się nie stało. Albo to była zbawcza moc koniaku. Rysiu, poniżej cytat specjalnie dla Ciebie:
Roślina trująca: Lekko trująca jest kora i liście, owoce tylko w dużej ilości[3]. Powodują mdłości, wymioty, zaburzenia świadomości i rytmu serca, duszności, pojawienie się krwi w moczu w wyniku uszkodzenia nerek oraz zapalenie narządów układu pokarmowego[3]. Według innych autorów owoce kaliny zawierają trujące saponiny, na które wrażliwe są bydło, konie i dzieci. Objawami zatrucia u dzieci są wymioty, zawroty głowy, zaburzenia mowy, utrata przytomności, w skrajnych przypadkach nawet śmierć[4]. Owoce bardzo rzadko zjadane są przez ptaki. Z powodu zawartości trującej wiburniny nie są surowcem leczniczym. Natomiast pozbawiona tej trującej substancji jest kora[5] Wg niektórych autorów owoce po przetworzeniu w formie dżemów, konfitur, kompotów, zwłaszcza po przegotowaniu - nadają się do spożycia[6]. (http://pl.wikipedia.org/wiki/Kalina_koralowa )
Cali i zdrowi doszliśmy do Didiowej, do tego magicznego przygranicznego miejsca z widokiem na Ukrainę, jej góry z zagubioną wśród nich małą cerkiewką. Krótki odpoczynek przy chatce, wpisy do zeszytu, potem wycieczka do domku myśliwskiego. I zejście nad San, nad samą granicę. Lucyna się zbuntowała, nie szła z nami, czekała na nas przy polance koło której musieliśmy wracać. Znalazła kilka kań, kilka znalazłem ja, była więc usatysfakcjonowana. Słyszymy helikopter. Lucyna twierdzi, że to ratowniczy. Czyżby po Ojca Prowadzącego? Ale to był chyba śmigłowiec straży granicznej. Czyżby po nas?
Pod piękną, samotną brzózką, jak z rysunków Jana Marcina Szancera robimy jeszcze jeden koniaczkowy postój, który ratuje być może życie Ojcu Prowadzącemu, ach ten koniak. Na taką ilość osób wychodzi po naparstku. Ruszamy w drogę, I po ruszeniu w drogę, po drodze, na drodze panowie dogaduję się co do pewnej sprawy.
Wreszcie dochodzimy do szosy i tam się rozstajemy. Stały Bywalec i Andrzej idą do Mucznego po samochody, my zostajemy przy wypale. Tam razem z gospodarzem wypijamy resztę koniaku. W tej jakże bieszczadzkiej scenerii pięciogwiazdkowy koniak smakuje wyśmienicie. Porcje jak dla skrzatów, więc Wojtek 1121 znowu wpada na genialny pomysł. W nieprzebranych czeluściach swojego plecaka znajduje jeden ze swoich geocache’owych skarbów- małpkę spirytusu. Rozrabia z wodą i mamy jeszcze odrobinę poezji w płynie. Atmosfera jest serdeczna. Przyjeżdżają panowie, musimy jeszcze jechać do Lutowisk odwieźć Lucynę na autobus i po zaopatrzenie. Jutro mam imieniny, szykuje się znowu zakrapiana kolacja. Cholera, chyba rację miał Recon1- nieźle zmoczony ten pamiętnik.
Lucyna spóźnia się na autobus, więc ekipa Stałego Bywalca odwozi ją do Ustrzyk Dolnych. Ale wcześniej realizują swój niecny plan, który obgadywali po drodze z Didiowej. Panowie umówili się, że za zakupione przeze mnie wiktuały na jutrzejszą kolację zapłacą oni. Ot tak, w ramach prezentu. Publiczne wam za to dzięki.
Wracamy do Sękowca. Nie mogę się powstrzymać, żeby na kolację nie zrobić mojej dzisiejszej zdobyczy- rydzów.
To był wspaniały dzień. Tak do głębi bieszczadzki. Uwielbiam to..
Albo Ci atrament wysechł, albo inne płyny... ;)
Pozdrawiam
Klawiatura mi wyschła. Jutro postaram się cóś napisać.
Rozdział X
Po wczorajszej ambitnej trasie dzisiaj postanowiłem zostać w domu i przygotować domek do wieczornej imieninowej kolacji. Panowie, tj. SB, dwaj Wojtkowie i Ojciec Prowadzący poszli do Hulskiego a mnie nawiedził Andrzej i namówił na wyjście. Opierałem się krótko, tylko na czas umycia naczyń i poszliśmy na spacer nad wodospad Szepit na Hylatym. Po drodze zakupiliśmy piwko, które schłodziliśmy w naturalnej lodówce.
Przypomina mi to zeszłoroczny pobyt w Karkonoszach, kiedy w schronisku pod Łabskim Szczytem zakupiliśmy piwo, niezbyt zimne, które mieliśmy spożyć w Śnieżnych Kotłach. Wysforowałem się nieco do przodu, znalazłem stosowne miejsce z płynącym strumieniem, i schłodziłem piwo ku ucieszę moich zmęczonych kolegów.
Posiedzieliśmy nad wodospadem planując jutrzejszą wycieczkę. Padło na dawną wieś Ruskie, z desantem na drugą stronę Sanu, gdzie Andrzej mógł by sprawdzić buty, które kupił specjalnie po to. Aby przejść San. W pewnym momencie podjechał samochód na krakowskiej rejestracji. Para z samochodu speszyła się mocno na nasz widok, podobno szukali parkingu a dojechali na miejsce.
- To co- zażartowałem do Andrzeja- wyciągamy legitymacje?
Ale trudno, żeby się przestraszyli, wyglądaliśmy zdecydowanie na turystów- plecaki, rozłożone mapy i piwo. Zrobili kilka zdjęć i pojechali. Może się czepiam, nie jestem kierowcą, ale gdy widzę biały znak z czerwoną obwódką, to uważam, że nie należy wjeżdżać, nawet jak nie widziałem parkingu. Może jeszcze z parkingowym albo parkomatem?
Umówiliśmy się co do jutrzejszego dnia, Andrzej powbijał te wszystkie punkty do gps’u, i udaliśmy się w drogę powrotną, zatrzymując się na chwilę koło sklepu. No i wtedy nadeszła ekipa z Hulskiego. W dodatku z dwiema ładnymi dziewczynami, Eweliną i Irminą, które zgarnęli po drodze. Wesoło się zrobiło. Za sugestią Stałego Bywalca zaprosiłem je na wieczór deklarując, że odprowadzimy je z powrotem. Nie wierzyłem zresztą, że przyjdą
. Wojtek 1121, gdy się dowiedział , że zamierzam robić kotleciki bieszczadzko- piskalskie wg tego przepisu: http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php?t=5125&page=4 kupił mi w prezencie dwa kilo kiełbasy, żeby w razie czego miał co jeść. Stały Bywalec opowiadał o kocie, wszyscy żartowali, co chwilę pojawiało się piwo i zrobiła się naprawdę bardzo sympatyczna impreza. Znowu zmarudziliśmy pod kultową wiatą, a tu widmo spóźnienia się z kolacją coraz nachalniej zagląda mi w oczy. Ale od czego ma się kolegów, zawsze mogę liczyć na pomoc mojego współtowarzysza. No i kiedy wróciliśmy do domku Wojtek Myśliwiec pierwsze co zrobił, to zamknął się w łazience, zaczął się kąpać, golić, perfumować i ogólnie upiększać. Czyżby dla mnie? Oj, chyba nie, tylko dla kogo;)? Zostałem więc z kolacją sam.
Jakoś się wyrobiłem, po prostu część ziemniaków zamiast pokroić w plasterki i usmażyć -ugotowałem. Zeszli się już wszyscy z wyjątkiem dziewczyn. Naprawdę byłem przekonany, że nie przyjdą i Wojtek będzie zawiedziony, aż tu telefon od Eweliny, że są pod barkiem. W dodatku przyjechały okazją. Wysłałem Wojtka na dół po dziewczyny a przeprowadził jeszcze Kazia, mieszkańca Zatwarnicy, który „przypadkowo” jechał do Sękowca na piwo, chociaż wcześniej tego nie robił. Przypuszczam, że słyszał jak się z nimi umawiamy, był wtedy w sklepie, a że mieszczka niedaleko zatwarnickiego hotelu, czekał na nie. Czy to z chęci dobrego uczynku, czy też z chęci wypicia darmowej wódki. Co więcej, kiedy dziewczyny stwierdziły, że muszą już iść, powierzyłem Andrzejowi, jako codziennemu kolacyjnemu gościowi obowiązki pani domu, i kiedy odprowadziliśmy z Wojtkiem dziewczyny Kaziu już na nas czekał swoim samochodem. Tak więc podróż powrotną mieliśmy szybką i wygodną.
Lecz kiedy wróciliśmy do domku prócz Andrzeja nikogo już nie było. Czyżby myśleli, że nie będzie nas do rana?
PS. Taki spokojny dzień, a tu proszę, najwięcej materiału filmowego.
http://www.youtube.com/watch?v=dNbGpxkzhK4&feature=PlayList&p=7ECF9BE9828 8DDAF&index=6
http://www.youtube.com/watch?v=QX_2nuiEhiE&feature=PlayList&p=7ECF9BE9828 8DDAF&index=7
http://www.youtube.com/watch?v=cIBGL4Qh4RU&feature=PlayList&p=7ECF9BE9828 8DDAF&index=8
http://www.youtube.com/watch?v=6u4mKq5TLGI&feature=PlayList&p=7ECF9BE9828 8DDAF&index=9
Kotleciki przepyszne, smakują jak mięsne, idealne na zagrychę do wszystkich trunków (poza, naturalnie, słodkimi).
Będę też nieco nieskromny i Cię lekko sprostuję: ową kiełbasę kupiliśmy z Wojtkiem na spółkę. I bynajmniej nie dla siebie, lecz z myślą o Tobie. Baliśmy się bowiem, że cała nasza szarańcza tak obeżre domek nr 1, że dla głównego gospodarza i zarazem kuchmajstra już nic jeść nie pozostanie.
:smile:
Proszę - Stały Bywalec wraca do świata żywych... i wkracza w sękowieckie opowieści. Czekamy na ciąg dalszy.
Jak napiszę to co napiszę, to wyjdzie na to, że mimo, iż Pikal napisał, to co napisał, to na złośliwca wyjdę ja, więc nie napiszę tego co napisać miałem :razz:
E tam, w końcu słowo się rzekło, więc całkiem bez złośliwości, a z dużą dozą sympatii: cały Andrzej! (i kurcze - mi się to podoba!).
A co do Piskala, to kotlecików ala'On nie jadłem, ale opowieść pożeram ze smakiem!
Czyli te buty a la yeti to Andrzeja były???
Yeti był przyłapany przez Wojtka na szlaku, a buty Andrzeja do obejrzenia tutaj http://www.youtube.com/watch?v=50gLi...8DDAF&index=10 . To już do następnego rozdziału nie bedę wstawiał linka.
Rozdział XI
Ruszamy na poszukiwanie dawnej wsi Ruskie. W pierwszym numerze „Bieszczadów” był artykuł jak tam dojść z podanymi namiarami gps, ale my szliśmy na żywioł, na dedukcję, na przełaj. Było to efektem wczorajszej narady i analizowania map nad wodospadem Szepit. Idziemy w czwórkę- Andrzej, Jurek i Wojtek, wieloletni koledzy Andrzeja, jeszcze ze szkoły oraz ja.
Koledzy po raz pierwszy w życiu idą wspólnie na szlak. Okazuje się, że Andrzej, to nie Andrzej, jak do tej pory błędnie przypuszczałem, a Rysiu. Taką miał ksywkę w szkole i tak siłą przyzwyczajenia zwracają się do niego Wojtek i Jurek. Idziemy wpierw stokówką w kierunku Nasicznego, mijamy scieżkę prowadzącą na Dwernik Kamień aż dochodzimy do punktu wskazanego przez gps. Tu powinna być ścieżka na dół do Sanu. Jest! Ledwie widoczna, w dodatku zasłonięta od strony drogi przez całe kubiki drewna. Cóż, wchodzimy na nią, z nadzieja, że doprowadzi nas do dawnej wsi. Przy ścieżce znajduję Phallusa impudicuc, czyli sromotnika bezwstydnego, pokazuję go kolegom, tłumacząc, co to za grzyb. Sesja zdjęciowa i idziemy dalej.
Idziemy wciąż w dół, robi się coraz bardziej dziko i niedostępnie, pojawiają się dzikie jabłonki, paśniki, tropów zwierzyny mnóstwo ,tropu misia niestety nie ma. W końcu dochodzimy do polanki, słychać szum potoku, według mapy idziemy w dobrym kierunku. Na polance zadrzewione miejsce, wśród drzew jakieś fragmenty podmurówki, czyżby to miejsce po cmentarzu, cerkwi? Na cmentarz to trochę za mały obszar, cerkiew pasuje, ale tak niewiele tego zostało, że nie ośmielam się zgadywać, tym bardziej wyrokować. Z mapy wynika, że to rzeczywiście może być miejsce po cerkwi. Niedaleko znowu zdziczałe jabłonie, częstujemy się jabłkami, wyjątkowo smacznymi. W końcu dochodzimy do miejsca, gdzie dwa strumienie łączą się w jeden, to tutaj musiała być wieś. Przechodzimy strumień i udajemy się do Sanu. Kilkanaście metrów od ścieżki widzimy jakąś chałupę, lecz bardzo intensywny zapach gnijącego mięsa odstrasza nas od bliższej penetracji miejsca. Teraz żałuję, nawet jakbym poszedł sam, to panowie i tak by musieli na mnie czekać. Wreszcie docieramy do Sanu.
Na przyszły rok rezerwuję tę trasę. Może wybierzemy warianty tras opisane w „Bieszczadach”. Bardzo lubię te miejsca w Bieszczadach, zresztą nie tylko w Bieszczadach, gdzie historia aż krzyczy.
Przeprawa przez San. No i zaczęło się. Czy w tym miejscu, czy może iść dalej, czy z drugiej strony rzeki to na pewno droga, czy przerwa między drzewami. Nie oglądając się za szkolnymi kolegami ruszam. Tak płytkiego Sanu jeszcze nie widziałem, 2/3 rzeki można przejść suchą nogą, ale całkiem się nie da. Niewiele myśląc zdejmuje buty, związuję je sznurowadłami, zakładam sobie na szyję i zanurzam nogi w wodzie. Desantuję się bez przygód, woda ciepła, aż miło wymoczyć przepocone syrki . Panowie wreszcie się ruszyli, nie od razu, Andrzej, przepraszam- Rysiu musi przecież to wszystko sfilmować. No i wypróbować buty zakupione specjalnie w tym celu. Nazwa produktu: Buty do przechodzenia przez San. W końcu wszyscy dotarli bezpiecznie na drugi brzeg. Chwila z kanapką i ruszamy do Chmiela. Tam kilka chwil z piwem u ustalanie dalszego planu działania. Piwo temu sprzyja. Ustalono co następuje:
primo-wracamy autobusem, co dla Andrzeja jest nie lada atrakcją. Nie jechał bowiem autobusem od lat, a w Bieszczadach nigdy. Wpadł w twórcze podniecenie, które go zaślepiło, obiecał był bowiem, że postawi nam bilety na tę niezwykłą podróż.
Secundo- zapraszam panów na prawdziwka znalezionego w poniedziałek na zboczu Jeleniowatego. Kawał z niego było prawdziwka. Dzwonię do Wojtka Myśliwca, który zrobił był sobie dzień odpoczynku, z prośbą, żeby obrał ziemniaki.
Po przyjściu na przystanek nastąpiło trzęsienie ziemi, a potem napięcie zaczęło rosnąć. Naopowiadałem Andrzejowi jak to kiedyś autobus , też w Chmielu przyjechał 10 minut przed czasem, gdy więc był minutę spóźniony Andrzej zaczął objawiać oznaki niepokoju. 5 minut- poddenerwowania, 10-paniki, 15-zniechęcenia i rozczarowania. Zwątpienie przeżerało całe Andrzejowe jestestwo. Aż żal było patrzeć, jak z przyjaciela pozostaje tylko smuga cienia. W końcu po 25 minutach, gdy już mieliśmy wrócić do sklepy autobus przyjechał. W Andrzeja wstąpił nowy duch, odmłodniał o 4o lat. A to wszystko do obejrzenia tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=fg-pg...8DDAF&index=11
Dojechaliśmy do Sękowca głodni, ale szczęśliwi, zwłaszcza Andrzej. I tam nastąpił ewangeliczny cud. No, może o nieco mniejszym kalibrze. Jednym grzybem najadło się pięciu dorosłych głodnych facetów. Prawdziwka pokroiłem w plastry wzdłuż kapelusza i korzenia. Mąka, jajko, bułka i na patelnię, tak jak kanie. Do tego świeże pieczywo i piwko .Dwa takie plastry z trudem mieściły się na dużej patelni. Jakby to było pięknie, gdybym zbierał tylko takie grzyby. Houwk!
Pozdrawia was średnio (na razie) stary grzyb spod Torunia.
PS. Mam nadzieję, że nie obrażasz się Andrzeju na te przyjacielskie przytyki, konieczne do wzbogacenia formy niniejszej opowieści. Pozdrawiam Cię serdecznie!
Piskal, bardzo fajnie to opisałeś i z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg. A gdyby tak w przyszłym roku zrobić sobie dłuższą pieszą wyprawę biegiem Sanu?
Co do Ruskiego, to chętnie bym zobaczył ten artykuł, o którym piszesz. Może ktoś mógłby go zeskanować i mi podesłać.
Tak dla przypomnienia mojej wędrówki w 2008 roku: http://forum.bieszczady.info.pl/show...?t=4803&page=5