A może z tymi komórkami masz tak jak z monetami wrzucanymi do fontany aby tam wrócić.
Wersja do druku
A może z tymi komórkami masz tak jak z monetami wrzucanymi do fontany aby tam wrócić.
Ale ja je znajduję i zabieram.
Właśnie w tym celu to napisałem:-D
To była bardzo tajemnicza sprawa jak wykopali szkielet bez głowy.
Fajnie piszesz bertrandzie,"wędrując" z Tobą nie raz mapę wyciągam, ale w niektórych miejscach wędrówki Twojej znam;) "wszystkie dziury w drodze" i tam gdzie prażony ser jedliście to też...Bieriozka ;)
(Bardzo smaczna jest również szynka w prażonym serze, polecam następnym razem)
Pozdrawiam
ps. kiedy zawitasz w moje strony , dawno nie "wypiliśmy piwka" razem.
może przy okazji i ja się dowiem co to za mogiły ?
Z pewną "dozą nieśmiałości";) ,co by bartrandowi nie zaśmiecać,zamieszczam link:
http://www.beskid-niski.pl/index.php...rze/zyndranowa
To może gdzieś się w pobliżu pojawię, cobyś poradził. Wtorek, środa w stolicy jestem.
pozdrawiam
Jedziemy, ale jeszcze nie do Komańczy. Ponieważ nogi nas bolą wybrałem wariant zwiedzania samochodowego. Po przejechaniu niewielu kilometrów skręciłem w prawo. Przejechałem przez dawne miasteczko naprawdę przepięknych budynkach drewnianych. I znowu przyrzekam sobie, że musimy tutaj przyjechać na trochę dłużej. A może uda się to zrobić jeszcze podczas tego pobytu?. Droga wyprowadza nas na południe poprzez malownicze łąki. Ale jest ona coraz gorsza. Dojeżdżamy do wioski. Chyba dużą jej część wykupił ktoś zasobny w kasę. Duży teren jest ogrodzony. Kiedy dojechałem do drewnianego mostu Renatka pomyślała, ze to kres naszej podróży, a ja miałem nadzieję, że to dopiero połowa. Chyba miałem rację. Postanowiłem jechać tak daleko jak droga pozwoli, albo kiedy Ojczyzna się skończy. Docieramy do miejsca po dawnej wiosce. Jest nawet miejsce po cerkwi z tablicą informacyjną. Po drugiej stronie drogi jest cmentarz. Stary zaniedbany cmentarz z przepięknym nowym nagrobkiem. Robi on na mnie duże wrażenie. Połaziłem trochę po tym cmentarzu pośród traw. W końcu wróciłem do Srebrnej strzały. Kiedy minąłem cmentarz dojrzałem po prawej stronie w oddali okazały budynek. Może ktoś z bywalców w tamtych stronach powie nam, co to tam jest? Po drodze mijamy ludzi jadących na koniach. Widok wspaniały. I w końcu udało się… Ojczyzna się skończyła. Nawet droga jakaś lepsza chyba po tamtej stronie jest… Chwila odpoczynku i wracamy pośród łąk z zachodzącym słońcem po lewej stronie. Już po ciemku docieramy do Komańczy… I tak oto kończy się 3 dzień wakacji niekoniecznie spędzony w Bieszczadzie.
Dzień 4
Dzień odpoczynku. Co prawda wstajemy dosyć wcześnie, ale planów nie mamy. Bolą nas mięśnie i bolą nas kości. Znaczy się starość chyba daje znać o sobie… Postanowiłem połazić trochę po cmentarzach, na których nigdy jeszcze nie byłem. Na pierwszy ogień idzie cmentarz w Komańczy. Tylko, że nie ten, na którym już byłem, a ten koło przejazdu kolejowego. Ten na górce. Po wejściu na teren cmentarza zrozumiałem komaniecką prawidłowość. Na tym cmentarzu są pochowani ludzie, którzy za życia byli wyznania rzymsko-katolickiego. Prawie wszystkie, a może nawet wszystkie nagrobki są opisane alfabetem łacińskim. Cmentarz, jak cmentarz, ale rzuciło mi się coś w oczy. Na cmentarzu tym znajduje się kwatera, na której chowane są siostry z pobliskiego Zakonu Nazaretanek. Kwatera ta była podczas mojej wizyty bardzo zaniedbana. Myślałem, że siostrzyczki bardziej dbają o groby swoich zmarłych. Niestety nie… Jakoś mnie to zasmuciło. Połaziłemcmentarzu położonym na dosyć stromym zboczu i wróciłem do auta. Cieszyłem się, że nie byłem na tym cmentarzu zimową porą, bo o złamanie kończyny chyba tam łatwo. Następny przystanek Osławica. Stary cmentarz ze zniszczonymi nagrobkami. Cmentarz, jakie lubię w tamtych stronach. Trochę mi brakuje na nim drzew. Chyba rzadko ktoś na niego zagląda. Trzecia nekropolia w tym dniu to nowy cmentarz w Nowym Łupkowie. Nowy i tyle.. No chyba, że jest tam pochowany młody człowiek, któremu koledzy pomogli przenieść się na tamtą stronę. Najładniejszy cmentarz był jednak jeszcze przede mną. Podjechaliśmy do Maniowa i tam na górce znalazłem piękny cmentarz. Piękna nekropolia pośród starych drzew. Tam dopiero mogłem sobie podumać. I to nie dumałem o bardzo starych czasach, jak mi się to zdarza czynić np. w Beniowej. Tu zadumałem się o czasach nam bliższych o latach 40 ubiegłego stulecia. Jakie musiało w tamtych czasach opanować ludzi szaleństwo, że mordowano cztero letnie dzieci…Następnie nie udało mi się odnaleźć cmentarza w Szczerbanówce.
Powróciliśmy do Komańczy i czekaliśmy na syna. Miał nas odwiedzić, pożegnać się, bo wracał do domu no i zostawić aparat fotograficzny. Do tej pory zdjęcia robiłem telefonem. Leżąc na leżakach, pijąc piwko snuliśmy plany na następne dni. Wszak wakacje dopiero się rozpoczęły
Usadowiłem się obok leżaczka, wystawiłem brodę do słońca, kawa obok, i czekam na dalszy ciąg. Miłe letnie wspomnienia
Długi
A polecam Ci wizytę na cmentarzu po zmroku
Też to lubię, ale w Bieszczadzie zdarza mi sie żadko
Pozdrawiam
Wspaniały leżaczek, Bertrandzie! I do tego z dobrym wyposażeniem ;)
To prezent od Barnaby. Myślę, że jeszcze jakieś zdjęcie w tej gawędzie się znajdzie....
A czy to "wyposażenie" leżaka to nie Żywiec czasami?
Jednak. Cóż, zmartwiłeś mnie, ale nie bardzo ;) Pozdrawiam i pisz dalej.
Proszę bardzo!
Dzień 5
Piękny dzień. Słońce grzeje od samego rana. Takiego dnia nie wypada zmarnować. Można leżeć, można pływać, można chodzić, ale zmarnować nie można. Szybko szykuję śniadanie, które równie szybko zjadamy, pakuję jakieś picie, coś do zjedzenia i wyjeżdżamy z Komańczy. Jedziemy drogą w dół, ale na północ. W pewnym momencie skręcam bardziej tak na zachód. Zatrzymujemy się przy drodze, żeby sfotografować olbrzymi koper, który tam rósł. Jeżeli taki wielki koper tam rośnie, to strach pomyśleć, jakie wielkie ogórki muszą tam z tym koprem kisić…Chwila zastanowienia, czy nie skręcić w polną drogę w prawo na cmentarz, ale zostawiam go na bliżej nieokreślone później. Jadę do miejscowości, której nazwa nie wiedzieć, dlaczego kojarzy mi się ze Śląskiem. Tam spoglądamy tym razem z dołu na stok góry, który oglądaliśmy drugiego dnia z góry. /Myślę, ze się połapiecie w tym językowym łamańcu/. Podjeżdżam jeszcze kawałek i zostawiam auto w cieniu drzew i pod opieka staruszki, która w ich cieniu odpoczywała sobie. Dalej pieszo. Spokojnie najpierw szutrowa droga, a potem polna prowadzi nas do miejsca, gdzie kiedyś była wieś. To pierwszy cel naszej wędrówki. Wieś - nazwijmy ją Wędrowców - jest pięknie położona w dolinie, a nawet dwóch dolinach pośród malowniczych wzgórz. Po drodze mijamy pasiekę. Pasieka ta jest współczesna. Na rozstaju dróg skręcamy w lewo, przez potok. Za chwile widzimy postument od przydrożnego krzyża, który kiedyś tu stał. Dalej po lewej stronie jest miejsce po cerkwi i stary cmentarz. Nagrobków na nim niewiele jest, ale przy jednym z nich stoją znicze. Znaczy się ktoś tu przychodzi. Kiedy ja chaszczuję Renatka chowa się przed słońcem w cieniu pobliskich drzew. Ja podchodzę trochę wyżej i z łąki obserwuję cel naszej dzisiejszej wycieczki. Prezentuje się okazale. Żeby się tam dostać musimy wrócić w stronę samochodu. Wracamy, więc tą samą drogą, którą tu przyszliśmy. W pewnym momencie dochodzimy do szlaku. Teraz znakowanym szlakiem pójdziemy pod górę....
/Jeżeli Was razi przekręcanie/zmienianie przeze mnie nazw geograficznych, to proszę o uwagi. może przestanę to robić?/
O.K. Chyba nie razi...
Paskudne zimno w Poznaniu jest, więc może troszkę Was rozgrzeję.
Naszym celem jest szczyt – nazwijmy go Ślusarnia. Szlak poprzez łąki wiedzie nas pod górę. W pewnym momencie gubię znaki, ale się tym nie martwimy, bo i tak trzeba cały czas iść do góry. Martwi nas zupełnie coś innego. Przede wszystkim martwi nas całkowity brak kondycji. Co kilka kroków przystajemy i sapiemy. Wydaje nam się, ze nasze sapanie słychać w całej okolicy. Oprócz tego zmartwienia jest jeszcze jeden mały problem, o który chyba jeszcze nikt na tym forum nie pisał w swojej relacji. Tym małym problemem są małe owady, które chyba z całego Beskidu Niskiego się do nas zleciały. Są naprawdę wkurzające… Sapiące postoje są okazją do popatrzenia za siebie, a wierzcie mi, że jest, na co popatrzeć. Im wyżej tym ładniej. W końcu dochodzimy do granicy lasu i tutaj bez trudu znajdujemy pąsowe znaki. Pośród drzew jest jeszcze bardziej gorąco i duszno niż na łąkach, ale nie ma owadów. Nie wiadomo, co jest lepsze? Przechodząc pod zwalonymi drzewami i omijając inne w końcu wychodzimy na grzbiet Ślusarni. Tutaj już łagodnie droga to wznosi się to opada. W końcu dochodzimy do miejsca, gdzie na szczycie Ślusarni, jacyś ślusarze postawili dosyć wysoka konstrukcję metalową. Pod samą konstrukcją usiedliśmy na trawie i podziwialiśmy przepiękny widok. Później znudziło nam się siedzenie, to się położyliśmy. Na górze trochę wiało i nie było tych paskudnych owadów. Stamtąd zadzwoniłem do Lucyny, z którą umówiłem się na bliżej nieokreślony dzień na spotkanie. Do spotkania nie doszło, za co przepraszam Cię Lucyno. Po solidnym wypoczynku zebraliśmy się w sobie i postanowiliśmy wracać do samochodu. Drogi powrotnej nie będę opisywał. Powiem tylko, ze nie musieliśmy się oglądać za siebie żeby mieć cudowne widoki przed oczami…
Przyjemnie spędzić czas w zieleniach czując zapach łąki kiedy na parapecie tyle śniegu a na ulicach zaspy!
Dlatego nie zapraszałem Was do ogniska zaraz po powrocie z Bieszczadu.
Pozdrawiam
W tym przypadku premedytacja godna pochwały. Ciasto też najlepiej smakuje jak się już kończy!
Moje ciasto skończy się chyba na Wielkanoc...
Pozdrawiam
W każdej dobrej "Ślusarni" jest "Tokarnia":-D
Tak żeby przypomnieć ,że mamy piękna zimę i trochę "ochłodzić", pozwolę sobie dla kontrastu zamieścić fot (Machoneya- te lepsze:mrgreen: i moje) -
"Ślusarnia" ta sama zimą.
PS.Bertrandzie bardzo podoba mi się Twoje pisanie,czytam nie raz po 3 razy..... żeby "iść" z Tobą i do tego wiedzieć gdzie :) super.
Zamieszczone zimowe zdjęcia były zrobione pół roku (inwersja)przed Waszym przybyciem tam.
Brrrr. Zimno...
Dziękuję za uzupełnienie relacji o zdjęcia z całkiem innej pory roku.
Pozdrawiam
Heh
Do jakiejś tam nocy to ja chyba odpuszczę sobie wszelkie fora.
Miej litość - zimno jest wszczędzie, gdy nie jesteśmy w Bieszczadzach.
Jestem bardzo ciekaw (jak małe dziecko - ale to przypadłość dotykająca staruszków takich jak ja) - jak Ci się podupcyły terminy. I jak i kiedy Ci się zrewanżować :mrgreen:
Se czekam
Pozdrawiam
Kiedy dotarliśmy do auta, to się dopiero wkurzyłem. Byłem przekonany, że mam w nim jakiś browar, ale się myliłem. Zły jak sto pięćdziesiąt wsiadłem za kierownicę i skierowałem konie mechaniczne w stronę miejscowości, co jej nazwa nadal ze Śląskiem mi się kojarzy. Na Śląsku, to sklep z piwem byłby otwarty, a na tym zad… w tej miejscowości nie. Sklep zamknięty. Marząc o zimnym piwie skręciłem w prawo w stronę, z której tu przyjechaliśmy. Po kilku kilometrach skręciliśmy w lewo. Przejechaliśmy przez miejscowość o dumnej nazwie Futerkowe i dojechaliśmy do innej miejscowości na pograniczu B.N. i Bieszczadu. Wyobraźcie sobie, ze jest to takie pogranicze, że autorzy przewodników „Rewasza” nie wiedzieli, w którym przewodniku ją umieścić Skończyło się na tym, że nie umieścili jej ani w Przewodniku Beskid Niski, ani w Przewodniku Bieszczady. Ot, niezdecydowanie. A cerkiew nowiuteńka sobie stoi przy drodze. Obok niej cmentarz, ze starymi, jak i nowymi grobami. Dziwne wrażenie zrobiła na mnie kwatera z grobami małych dzieci…
Chwilę pospacerowałem po cmentarzu i ruszyłem na poszukiwanie piwa. W tej mieścinie sklepu nie znalazłem. Następna miejscowość Suche. Wbrew nazwie można się w niej napić. Pobliski sklep zaopatrzony jest dobrze w różne gatunki piwa. Nawet Piskal by się uraczył. Po uzupełnieniu płynów w organizmach prowadzi Renatka. Podjeżdżam pod pobliską cerkiew. Nowa, murowana ona jest. Niestety furtka, w niektórych regionach Polski uliczką nazywana jest zamknięta. Za płotem młody człowiek kosi trawę. Kosi, ale hałaśliwym urządzeniem mechanicznym. Na mój krzyk, aż przysiadł z wrażenia. Okazało się, że jest księdzem. Bardzo serdecznie zaprosił nas do wnętrza cerkwi. Opowiedział trochę o jej historii. Okazuje się, ze budowla jest całkiem nowa, ale ikonostas jest z innej świątyni. Następnie wzdłuż Sławnej rzeki pojechaliśmy dalej w dół jej biegu. Na początku następnej miejscowości zwanej Mroczkowem przez Sławną rzekę przerzucona jest prześliczna kładka. Trudno oprzeć się pokusie przejścia na drugą stronę po tym wahającym się na prawo i lewo moście. Nie jest to londyński Tower Bridge, ale mówię Wam, ze wolę tę kładkę od tego wielkiego. Renatka miała opory, żeby na niego wejść. Ona lubi stąpać po solidnym twardym gruncie. Dalej Srebrna Strzała zawiozła nas pod cerkiew greckokatolicką z 1837 roku i na cmentarz Mroczkowski. Cerkiew teraz jest prawosławna. Niewiele osób wie, iż jeszcze przed 1884 roku w miejscowości tej wydobywano ropę naftową. Miejscowy cmentarz tez jest ciekawy. Obok starych grobów są całkiem nowe. Po tym krótkim postoju pojechaliśmy szybko w stronę granic, gdzie skręciliśmy w prawo. Po prawej minęliśmy zamek Gubrynowicza, którego zdjęcie zimowe zamieścił niedawno trzykropkiinicwiecej. Niedaleko klasztoru, co go już prawie nie ma skręciłem w lewo i dojechałem do głównej drogi. Teraz w prawo i poprzez serpentyny pojechałem do Miasta Marzeń. Na jego przedmieściach wypiliśmy pyszną kawę i zjedliśmy po kawałku ciasta. Wiedzieliśmy, że za kilka dni ciasto z tej samej wytwórni będziemy jeść na Polu Biwakowym pod jeziorkami. Posileni pojechałem na Wieżę. Tam według Leśniczego ma rosnąć dzika róża. Renatka jej szuka, żeby zrobić z niej nalewkę. Niestety na Wieży nie znaleźliśmy krzaków róży, ale widoki z niej jak zwykle przepiękne. Postanowiliśmy wracać do Komańczy. Obrałem drogę przez Jabłko. Obawiałem się dziurawej drogi, a tu niespodzianka, nowy asfalt. Powrotnej drogi opisywać nie będę, bo i po co. Ponieważ słoneczko jeszcze się nie schowało jeszcze przed Komańczą skręciłem w prawo i dojechałem do starej cerkwi. Tam dowiedziałem się, kiedy ona będzie otwarta i odjechałem do Komańczy. I tak skończył się następny dzień…
I jeszcze kilka fotek z tego dnia.
Nie pomnę, czy był Czarny Specjał ale wiele innych gatunków tam było....
Jest tak zimno, że muszę troche dorzucić do ognia....
Dzień 6
Dzień spokojny. Po śniadaniu prowadzę konie mechaniczne w kierunku miejscowości, w której pada deszcz. Tak przynajmniej twierdziła kiedyś Krystyna Prońko. Daleko nie jadę jednak. Kiedy minęliśmy znak wskazujący kierunek do granicy zwolniłem i po pewnym czasie skręciłem na betonową drogę. Też w kierunku granicy. Dojechałem do szlabanu i okrągłego znaku. Tam zostawiłem auto i poszliśmy najpierw po płytach, a potem po szutrze. Wypatrywałem miejsca po starym cmentarzu wojennym, ale „czas zatarł ślad”. Po chwili prawie bezszelestnie z naprzeciwka nadjechał mężczyzna na stalowym rumaku. Chwile pogadaliśmy o grzybach, których on tu nie znalazł, a powinny być i ruszyliśmy w przeciwne strony. Po drodze minąłem bieszczadzkie monstrum, potem w głębi krzaczorów paśnik. I tak nie śpiesząc się doszliśmy do końca drogi. Kiedy Renatka odpoczywała siedząc na zwalonych pniach ja sobie trochę pochaszczowałem tu i tam. W końcu wróciliśmy tą samą droga do Srebrnej Strzały. Po drodze obserwowaliśmy załadunek drewna na duży samochód. Tak jakoś przypomniałem sobie „Bazę ludzi z mgły”. Ponieważ wiedziałem od Barda Bieszczadu, że nadeszła do niego przesyłka dla mnie od Marcowego pojechałem ją odebrać. Po drodze jeszcze przystanki: coby zobaczyć ciekawy most, coby zobaczyć budowę kościoła, coby odnaleźć miejsce po cerkwi, którego nie odnalazłem kilka dni temu. Teraz poszedłem tam jak po sznurku. Odebrałem formowe koszulki, pogadaliśmy chwilę i postanowiliśmy wracać. Wracać, żeby leniuchować. Pojechaliśmy leniuchować niedaleko innego formowego leniuszka. Pojechaliśmy leniuchować do wsi Przełęcz nad Sławną rzekę. Tam rozłożyliśmy leżaki w rzece i robiliśmy nic. W przerwach tego robienia nic piliśmy piwko. Nawet ogniska mi się nie chciało rozpalić. Totalne lenistwo studzone od dołu zimną wodą, a od góry zimnym browarem. Lubimy to robić…. W końcu pojechaliśmy zjeść coś ciepłego do schroniska, co kiedyś kapeluszowym było. Jeszcze tylko wizyta przy odbudowywanej cerkwi i koniec pięęęknego dnia…
Bertrandzie, ta wieś nie nazywa się Przełęcz! Ona nawet nie leży na przełęczy.
Fakt, na tablicy dworca kolejowego była kiedyś tablica z nazwą Przełęcz. Ale to złe czasy minionego okresu
Pozdrawiam serdecznie
Długi
Przecież wiem. Ta rzeka też nie nazywa się Sławna. Tak tylko piszę, żeby Czytelnikom tej gawędy zadać troche trudu przy próbie wedrowki ze mną. Ona kiedyś Przełęcz się nazywała.
Pozdrawiam uwaznego Czytelnika
Dzień 7
Święto, a nawet dwa Święta! Oba ważne. Najpierw będzie o tym kościelnym. Dzisiaj jest Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny zwane potocznie Matki Boskiej Zielnej. W dniu dzisiejszym święto to obchodzą Prawosławni i Grekokatolicy. Znaczy się cerkwie powinny być otwarte. Już się cieszymy z tego, że usłyszymy piękne pieśni śpiewane w cerkwi. Kiedyś całą Mszę stałem obok cerkwi w Kulasznem i słuchałem…. Po śniadaniu jedziemy na północ i po kilkunastu kilometrach skręcamy w lewo w stronę starej wsi. Tam jest piękna drewniana cerkiew. Okazuje się, ze dzisiaj nabożeństwa w niej nie ma. Szkoda. W pewnym momencie do cerkwi podchodzi młoda dziewczyna /jeszcze ładniejsza niż sama cerkiew/ i wyobraźcie sobie otwiera kluczem świątynię. Ona pracuje przy odnawianiu cerkwi. Nie wiem, na czym te prace polegają dokładnie, bo się nie pytałem. Zapytałem, czy możemy wejść do środka? Nie widziała przeszkód, więc skorzystałem i porobiłem kilka fotek. Następnie pojechaliśmy jeszcze dalej na północ do cerkwi z zielonym dachem. Stojące na dole pod cerkwią samochody świadczyły o tym, ze jest albo będzie nabożeństwo w cerkwi. Jakiejś kobiecie zadzwonił telefon i wyszła z cerkwi. Powiedziała, że Msza Św. Będzie trwała jeszcze około 1,5 godziny. Posłuchaliśmy pieśni, pochodziliśmy po cmentarzu i popatrzeliśmy w kierunku doliny, w której kilka dni temu byliśmy z Barnabą. Na cmentarzu znajduje się całkiem nowa tablica pamiątkowa….Nie czekaliśmy na zakończenie nabożeństwa, więc nie mamy zdjęć ze środka cerkwi. Pojechaliśmy w stronę Komańczy i dużo przed nią skręciliśmy w lewo /ciągle dzisiaj w lewo skręcam/. Przepiękna drewniana cerkiew jest zamknięta, tak jak ta pierwsza. Mamy w planach jeszcze cos innego niż odwiedzanie cerkwi. Dzisiaj jedziemy do wsi znanej z kilku rzeczy. Po pierwszej z oscypków i bundzu, po drugie dobył się tu KIMB, po trzecie jest tu ładna cerkiew i można tak wymieniać dalej. Kiedy skręciłem /oczywiście w lewo/ z drogi głównej przetarłem oczy ze zdziwienia. Droga ma nowiutki asfalt. Znaczy się straciła swój urok, ale poprawiła znacznie życie mieszkańcom wsi. Chciałem wejść na górę po prawej stronie drogi. Wiedziałem, ze jest tam coś godnego zobaczenia, ale nie znałem drogi, chociaż joorg kiedyś tam osobówką dojechał. Zostawiłem, więc Srebrną Strzałę gdzieś w środku wsi i prosto na tak zwaną krechę. Mozolnie pięliśmy się pod górę. Jest stromo, ale się nie dajemy, pniemy pod górę. Renatka dzielnie po cichu, jak duch jakiś trzyma się z tyłu…