O.K. Chyba nie razi...
Paskudne zimno w Poznaniu jest, więc może troszkę Was rozgrzeję.
Naszym celem jest szczyt – nazwijmy go Ślusarnia. Szlak poprzez łąki wiedzie nas pod górę. W pewnym momencie gubię znaki, ale się tym nie martwimy, bo i tak trzeba cały czas iść do góry. Martwi nas zupełnie coś innego. Przede wszystkim martwi nas całkowity brak kondycji. Co kilka kroków przystajemy i sapiemy. Wydaje nam się, ze nasze sapanie słychać w całej okolicy. Oprócz tego zmartwienia jest jeszcze jeden mały problem, o który chyba jeszcze nikt na tym forum nie pisał w swojej relacji. Tym małym problemem są małe owady, które chyba z całego Beskidu Niskiego się do nas zleciały. Są naprawdę wkurzające… Sapiące postoje są okazją do popatrzenia za siebie, a wierzcie mi, że jest, na co popatrzeć. Im wyżej tym ładniej. W końcu dochodzimy do granicy lasu i tutaj bez trudu znajdujemy pąsowe znaki. Pośród drzew jest jeszcze bardziej gorąco i duszno niż na łąkach, ale nie ma owadów. Nie wiadomo, co jest lepsze? Przechodząc pod zwalonymi drzewami i omijając inne w końcu wychodzimy na grzbiet Ślusarni. Tutaj już łagodnie droga to wznosi się to opada. W końcu dochodzimy do miejsca, gdzie na szczycie Ślusarni, jacyś ślusarze postawili dosyć wysoka konstrukcję metalową. Pod samą konstrukcją usiedliśmy na trawie i podziwialiśmy przepiękny widok. Później znudziło nam się siedzenie, to się położyliśmy. Na górze trochę wiało i nie było tych paskudnych owadów. Stamtąd zadzwoniłem do Lucyny, z którą umówiłem się na bliżej nieokreślony dzień na spotkanie. Do spotkania nie doszło, za co przepraszam Cię Lucyno. Po solidnym wypoczynku zebraliśmy się w sobie i postanowiliśmy wracać do samochodu. Drogi powrotnej nie będę opisywał. Powiem tylko, ze nie musieliśmy się oglądać za siebie żeby mieć cudowne widoki przed oczami…



Odpowiedz z cytatem