nadal sie z nim kumpluje i nadal sobie pomagamy....jak mówią:"na przyjaciól trzeba ciężko pracować" ;-)
Wersja do druku
nadal sie z nim kumpluje i nadal sobie pomagamy....jak mówią:"na przyjaciól trzeba ciężko pracować" ;-)
Fakt - czasy się zmieniły... Sam pamiętam, jak ok. 1986 r. koledzy motocykliści sobie pomagali, nawet z paliwem, które na kartki było... Ew. zwrot kosztów, najczęściej "w naturze".
Obecnie czytam (i jestem członkiem) forum motocyklowo-podróźniczego i... ludzie jeżdżą po "Dalekich Stanach" (Kirgi-, Kazach- itd, Afgani- [nawet] -Stan). I wychodzi, że - im trudniejsze warunki życia w danym rejonie, tym większa chęć (traktowana jako konieczność raczej) do pomocy potrzebującemu.
Znak czasów - czy tylko "u nas nie trzeba, bo już mamy..... Assistance, pewnie On też ma" ?
Sam parę razy doświadczyłem sytuacji, gdy - bez pomocy Dobrych Ludzi, byłaby Kicha :-( .
Niech chęci pomocy potrzebującym trwają dalej !
zbieram te Wasze okruchy i karmię się nimi nieśmiało i zebrała się we mnie odwaga by i moim okruchem podzielić się z Wami:
mój Starszy Brat jezdził w Bieszczady i opowiadał jak to Fajnie i jak Fajnie i ... tak cały czas. Zachciałem i ja w te Bieszczady , ale akurat moją drużyną harcerską jakoś nikt z chorągwi nie interesował się tak bardzo, by zaproponować nam wyjazd w Bieszczady pomimo corocznych wyjazdów do Suchych Rzek. Ale udało mi się załapać na wyjazd, moja Dziewczyna z usteckiej drużyny jechała z kilkoma druhnami na zaproszenie Super Druhny z Krakowa właśnie do Suchych Rzek,pojechałem i ja . Pamiętam dokładnie dzień wyjazdu, ja miałem dojechać ze Szczecina do Słupska i tam dosiąść się do dziewczyn- łatwizna, niestety akurat tego dnia była coroczna zmiana rozkładu jazdy PKP i mój pociąg odjechał 20 min wcześniej... o zgrozo, niby ok 230km ale następny bezpośredni pociąg miałem za 5h(czyli za póżno) . Jechałem naokoło z przesiadkami ale zdążyłem w Słupsku dosiąść się.
Póżniej nudna jazda z Krakowa autokarem i jesteśmy... klękajcie narody- jak dziś pamiętam widok: z tyłu most a przed nami wznosi się Połonina Wetlińska,z lewej fascynujący garb Hnatowe Berdo a z prawej Hulskie(zastanawiałem się wtedy co to jest???), piękności myślałem sobie a jak cieszyłem się na zdobywanie tych wszystkich dopiero co poznanych Gór, ja już wtedy a nawet zaraz bardzo chętnie wystartowałbym na wędrówkę ale niestety nie wszystkim tak się spieszyło.
Budowaliśmy obóz... nuuuuda
Budowaliśmy pionierkę....nuuuda
Chodziliśmy na nudne apele....nuda,nuda, nuda
nuda przez cały czas a JA CHCIAŁEM W BIESZCZADY nie chciałem tam tylko być , chciałem Je zobaczyć i pochodzić po nich
Pewnego dnia przed śniadaniem zamieszanie na podobozie(czas ok. pobudki, przed śniadaniem) , ktoś coś gada ,warta kogoś szuka- mnie szukali, Brat przyszedł mnie odwiedzić!!! Ależ to była sensacja na podobozie a ja to już chciałem się pakować i uciekać z Bratem, ale niestety Dziewczyna zrobiła smutną minę i zostałem, a brat wrócił do swoich po obiedzie
I takie to były moje Bieszczady nudne na 100% nic nie widziałem, nigdzie nie byłem poza kilkoma spacerami na plac zrywkowy na Hulskie gdzie stała jakaś chata , co do istnienia której bardzo się dziwiłem, bo wyglądała jak szopa a był i niby kominek i poddasze, a raczej antresola, nasza Super Druhna z Krakowa niewiele na ten temat wiedziała. Oj ale jeden raz zabrali nas w Góry, kazali się ubrać, buty zasznurować i pooosziiiiśmy na Smerek, niby fajnie ale mgła była od samego rana do samego wieczora, nic nie widziałem ale i tak podobało mi się; te chmury sunące po po połoninie, to strome podejście na przełęcz Orłowicza, szkoda, że tylko tyle mam wspomnień z Suchych Rzek. Oj zapomniałbym, mam jeszcze super wspomnienie z tamtego czasu,kąpaliśmy się w potoku, niby nic, ale po prawej stronie mostu stojąc przodem do połoniny woda wypłukała w dnie głęboki dół na ok.1,5m, taki mini basenik. Kąpałem się tam i do dzisiaj pamiętam tysiące zimnych szpilek , które kłuły w ciało a za chwilę zimno odchodziło i przychodził dziwny błogi stan, wręcz ukojenie.
W owym czasie Brać Harcerska zbierała się w Wołosatem na koncerty harcerskie, nasz obóz również tam się wybierał w całości: na pieszo przez połoniny(Hurraaa, myślałem sobie, będzie wędrówka), lecz niestety dałem się wówczas namówić na zdobywanie różnych sprawności harcerskich i jako "kwatermistrz praktykant" musiałem dopilnować załadunku plecaków na stara, jechać z tymi plecakami na pace do Wołosatego i tam z grupą zołnierzy rozbić NSy dla wszystkich ... i tyle widziałem.
I znowu pokazywano mi nowe szczyty, pokazano Tarnicę, a ja musiałem układać grafik wart..., żal, czułem wielki żąl.
Nie pamiętam kto i jak zaproponował wyjście na Tarnicę, padały nazwy wówczas obco brzmiące Halicz,Rozsypaniec(które brzmią w głowie do dzisiaj), ale pamiętam jak szliśmy, we mgl
No nie! Tak w pół słowa przerwać?! I to w decydującym momencie!
..mhm, coś zjadło część moich okruszków,postaram się dokończyć
(...)ale pamiętam jak szliśmy,we mgle i deszczu,który złapał nas po drodze,do okrycia mieliśmy tylko jedną pałatkę. Ale to nic,podobało mi się,było pięknie,woda ze zródełka gdzieś pod Tarnicą smakowała jak eliksir i takie ostre podejście na sam szczyt, a póżniej powrót stromo w dół przez las, który sobie nazwałem bajkowym. Wróciliśmy cali mokrzy,zmęczeni i głodni a ja byłem przeszczęśliwy i pokazywałem wszystkim gdzie byłem. To było piękne przeżycie,miałem za sobą jako harcerz już sporo wędrówek po pomorzu ale szczególnie zapamiętałem tamtą na Tarnicę.
I takie to były moje Bieszczady, były tuż,tuż a nieosiągalne. Wracałem z mocnym postanowieniem, że jeszcze tu wrócę. Od kogoś usłyszałem i pózniej sam powtarzałem, że "w Bieszczady jedzie się tylko raz a pózniej to już tylko się wraca".
Jakoś tak nie wiem kiedy zleciało ponad 25 lat i nie wróciłem, a żal pozostał, ogień tęsknoty tlił się jednak cały czas podgrzewając chęć wyjazdu i oto jedziemy z Bratem, wracamy w Bieszczady. Plecaki już prawie spakowane, jeszcze tylko pięć dni i zamiast karmić się okruchami wspomnień będziemy zajadać grube pajdy...
Moja trwająca do dziś bieszczadzka przygoda zaczęła się dość późno, bo dopiero w 1990. Znaczy wcześniej coś tam pamiętam jakąś Solinę czy przejazd wielką obwodnicą z rodzicami ale nic ponadto.
W pamiętnym 1990 trafiłem z drużyną i kilkoma innymi na obóz w Ustrzykach Górnych. Pięknie położone miejsce, na patelni w zakolu rzeki zaraz za mostkiem po prawej wjeżdżając od strony Lutowisk.
Podróż autobusem marki "ogórek" z przyczepą ochrzczoną przez nas jako "korniszon" już była emocjonująca. Do "ogórka" jeszcze wrócę.
Warunki polowe na miejscu też wspominam ciepło
- poczynając od kuchni polowej z etatem palacza, którego jedynym obowiązkiem było jej uruchomienie codziennie rano (co dla mieszczuchów nie było takie proste);
- subtelnie w pewnym oddaleniu położonych sławojek;
- sąsiadujących z obozem lokalsów w postaci gniazda żmij. Jako, że było koło bramy wejściowej, po pewnym czasie na nikim z obozowiczów nie robiły już wrażenia, a wręcz przeciwnie na odwiedzających;
- zaopatrzenie w wodę, a mianowicie jej noszenie w wiadrach ze źródła w Parku na drugim brzegu. Przejście było po wąskim mostku, a że, jak wspomniałem, były lokalne żmije i lubiły się wygrzewać na kamyczkach, parę razy skończyło się kąpielą niosącego wodę (żmija leżała akurat na zejściu z kładki).
Wspominam zakupy w sklepie w Ustrzykach, gdzie trzeba było zamawiać ile chlebów chcemy na następny dzień; ba, nie tylko chlebów, owoce kupowaliśmy na sztuki, chodziło się z kilkoma plecakami i przynosiło to wszystko. Po jakieś poważniejsze zakupy (i po kasę do banku) delegacja jeździła do Sanoka PKSem.
Pierwsze wyjścia w góry to była Caryńska, pamiętam też Tarnicę i Bukowe Berdo. No i Rawkę. Długie podejście od Ustrzyk.
Wracając z obozu kierowca nie mógł się zadziwić czemu "ogórek" nie chce wyjechać pod górki. No nic dziwnego, skoro w "korniszonku" (który służył na terenie obozu jako magazyn) wieźliśmy z powrotem chyba z tonę drewna (legalnie zakupionego do palenia pod kuchnią).
Parę zdjęć tu https://goo.gl/photos/d6zh9h6M36HSYMzz7
Po powrocie jakoś tak szybko doszedłem z kolegą do wniosku, ze wakacje sie jeszcze nie kończą i warto by było się wybrać ponownie. No i się wybraliśmy we dwóch chyba 2 tygodnie później, mając w planie "zrobienie" trasy Wołosate-gniazdo Tarnicy, nastepnie przez połoniny, Smerek, Okrąglik do Cisnej.
Oczywiście z całym prowiantem, namiotem, kocherkiem (chyba na benzynę). Plecaki ważyły ponad 15kg. Ale plecaki już ze stelażem rurkowym.
Obie połoniny podczas burzy mózgów przeszliśmy w jeden dzień, trochę dnia brakło i po ciemku schodziliśmy ze Smereka. I przez rzeczkę także. I rozbijaliśmy namiot. Rano okazało się, że spaliśmy kolo oczyszczalni ścieków w Smereku. Ale nawet nie śmierdziało (a może nam to nie przeszkadzało).
Dochodząc do Cisnej (po drodze pierwsza w życiu kontrola dokumentów przez WOP pod Okrąglikiem) mieliśmy już serdecznie dość i wróciliśmy dzień wcześniej niż to było w planie. Oficjalnym powodem był brak cukru do herbaty ;-)
Potem bywały też obozy wędrowne, rajdy itp. Ale ten pierwszy będzie zawsze pierwszy.
Od tego czasu już tylko wracam.
w tym sklepie też miałem przygodę...braliśmy jakiś prowiant na wędrówkę( zamnówiony dzień wcześniej- a jakże) i kolega poprosił o rachunek. Pani szczęsliwa nie była ale wyjeła kwit i zapytała na kogo ma wypisać. Kolega mówi: "9 amarantowa drużyna"....
-Jaka?- Pani się zaniepokoiła.
-Dziewiąta.
- Jak to napisać?
-No..normalnie..cyferką, arabską..
To było far far away przed ISIS I tym podobnymi ale Pani kierowniczka nie zdzierżyła i pognałą nas w świat przeklinając pod nosem, że arabskiego to ona się uczyć nie będzie ;-)
I było bez rachunku....
Aneks do zdjęcia, czyli krótka historia pewnych butów.
Załącznik 43467
Moje pierwsze górskie buty kupiłem w sklepie Jedności Łowieckiej w mieście onegdaj wojewódzkim. Właściwie to trudno powiedzieć, że butki te były górskie - skórzane traperki za kostkę, z usztywnionym (chyba metalowym) czubkiem i dziwną falowaną podeszwą. Ale wyglądały bojowo i profesjonalnie. Przymierzyłem je i od razu poczułem się jak prawdziwy góral.
Zostałem szczęśliwym posiadaczem rzeczonych wczesnym latem 1989 roku, jako że szykowałem się na jesienny wyjazd w Riłę. Żeby kupić trapery pracowałem cały miesiąc w magazynach Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Handlu Wewnętrznego. Bogiem a prawdą, nie harowałem zbyt ciężko, bo w kraju był kryzys, więc magazyny nie miały co magazynować. Ale PRL-owski system gospodarczego myślenia nadal miał się świetnie, więc puste hale nie przeszkadzały dyrekcji WPHW zatrudniać latem pracowników sezonowych delegowanych przez Ochotnicze Hufce Pracy. Gdy te nisko wykwalifikowane robole wyzbierały już wszystkie pety z terenu zakładu i powyrywały trawę spomiędzy trylinki, miały fajrant i mogły się opalać na stertach pustych palet. Byle za zakładem, a nie od frontu, żeby się nie rzucać w oczy.
Wypłata za ten miesiąc harówki wystarczyła na zakup przydziałowych dewiz (bułgarskich lewów), zakup wspomnianych butów i dwóch par grubych skarpet. Skarpety rozsypały się po pierwszym założeniu, jeszcze w trakcie "docierania" traperek na nizinach, podobnie jak sznurowadła do butów, które zastąpił niezniszczalny sznurek do namiotów. Same traperki przetrwały dzielnie z 10 lat katowania ich na szlakach, a jedyną odniesioną raną w tym czasie była lekko odklejona podeszwa, którą mistrz szewski przykleił lepiej niż w fabryce. Traperki sprawdziły się w każdym terenie i przy każdej aurze, o czym może świadczyć poniższe zdjęcie (Karkonosze'92).
Załącznik 43468
Trzewiki z Jedności Łowieckiej pociągnęłyby pewnie dłużej, bo z zewnątrz nic im nie dolegało, jednak kompletnie wytarł się w nich bieżnik. Już jako nowy nie miał oszałamiającej przyczepności za sprawą dość niezwykłej rzeźby - było to coś w rodzaju falującej kratki - ale z czasem podeszwa stała się niemal idealnie płaska i groziła kontuzją nawet po drodze do warzywniaka za rogiem. Gdy w końcu przypadkowo wdepnąłem w jakąś tajemniczą substancję ropopochodną, która wżarła się w skórę obrzydliwymi plamami, buty przestały się nadawać do jakiegokolwiek użytku. I odeszły razem z XX wiekiem do obuwniczego świata równoległego, w którym do dziś błyszczą i pachną dopiero co wyprawioną skórą.
A już wkrótce niewiarygodna historia kurtki puchowej, która każdą wrażliwą jednostką porządnie wstrząśnie...
https://www.youtube.com/watch?v=FAnSVnw-SSY
Może taki wstęp ?
Jako jednostka wrażliwa, jestem w pełni gotowa na turbulencje podczas czytania o marcowej kurtce puchowej i już się nie mogę doczekać:-D
Czytam sobie te Wasze opowieści i uciekam myślami daleko... Proza życia jest nieugięta, tak jak u każdego. Nakruszę jednak i ja...
Mój pierwszy wyjazd w Bieszczady to rok 1993. Zachęcony przez kolegów i koleżanki z licealnej klasy udałem się wraz z nimi na zebranie lokalnego SKBP, czyli Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich. Tamże dowiedzieliśmy się o planach organizacji rajdu. Rajdu w Bieszczady. Termin: przedłużona majówka, czyli okolice 1-3 maja.
Tam też dane mi było zaznajomić się z sentencjami, które do dziś pozostały mi w głowie, czyli: "Prawdziwy turysta z mydła nie korzysta", "...macie do wyboru albo ładnie pachnieć albo nosić lżejszy plecak", tudzież kultowe już dla mnie i moich przyjaciół określenie, którego używamy w różnych sytuacjach: "...bo to są w końcu góry". Wtedy oczywiście odnosiło się do Bieszczadów i było ripostą na lekceważące określenia niedoszłych adeptów turystyki górskiej.
A więc z głowami pełnymi teorii stawiliśmy się na Dworcu Centralnym w Warszawie odpowiednio wcześniej, aby o godz. 20.00 załadować się do pociągu o wdzięcznej, ale wtedy niewiele nam mówiącej nazwie "Wetlina". Pociąg leniwie wtoczył się na peron a my zajęliśmy miejsca w przedziale wagonu 2 klasy. Jak się okazało owa leniwość cechowała całą naszą podróż, bo na stację docelową w Zagórzu dotarliśmy równo po 12 godzinach jazdy... Już wtedy dawała się we znaki charakterystyczna woń skarpetek z ośmiu par nóg, z których zawczasu ściągnęliśmy nasze traperki.
Potem już tylko rozklekotany bus do Wetliny i byliśmy na miejscu. C.D.N
Będzie ten ciąg dalszy??;)
Na początku lat osiemdziesiątych wyruszaliśmy z chłopakami ze studiów w Bieszczady pociągiem z Lublina. Wyjazd z Lublina ok 10-tej by w Ustrzykach Dolnych być ok 18-tej. Trasa wiodła wtedy też przez tereny byłego ZSRR. Z Ustrzyk do Polany PKS-em, potem z 6 km z buta i wymarzony Chrewt /cypel tam gdzie była stanica harcerska/ .
Załącznik 43968Załącznik 43967
A tak wygląda to miejsce w 2012r .Na zielonej łące stały namioty, schodziło się wprost do wody , ktrórej dziś jak na lekarstwo, bajorko ostało się........
Jako się rzekło :)
Trwa przedświąteczna gorączka, więc to idealny moment, żeby zaszyć się ze szklanką i laptopem w kącie domu, by zebrać myśli i wspomnienia.
Nie muszę chyba nikomu mówić (ani też przypominać), jak mrocznym przedmiotem pożądania była ćwierć wieku temu puchowa kurtka. Odzież zarezerwowana dla himalaistów i innych zawodowych hardkorów stałą się na początku lat 90 dostępna dla wszystkich, a przynajmniej dla wszystkich tych, którzy dysponowali odpowiednią gotówką. Niestety, przez dłuższy czas takową nie dysponowałem, dopóki nie przepracowałem całego września 1990 roku w pierwszej w Poznaniu budzie z kebabem, która stanęła radośnie bez żadnych zezwoleń na Starym Rynku. Paszę miałem darmową, więc całe honorarium za ten miesiąc mogłem przeznaczyć na wymarzony cel odzieżowy. To znaczy byłem w stanie sfinansować za pensję jakieś pół kurtki, ale na drugie pół dorzucili rodzice w ramach prezentu gwiazdkowego.
Astronomiczna cena wynikała m.in. z faktu, że takiej kurtki nie można było wówczas po prostu kupić, można było jedynie zamówić, by uszyto ją na miarę. W Poznaniu zajmowała się tym firma produkująca kołdry puchowe. Przez ćwierć wieku nosiłem w sobie fiszkę z informacją, że firma mieściła się przy ul. Gołębiej, niedaleko Starego Rynku. Przed chwilą z ciekawości wpisałem odpowiedni zestaw słów w Google'a i ze wzruszeniem skonstatowałem, że przedsiębiorstwo o tym profilu nadal mieści się pod tym adresem.
Załącznik 44024
Określenie "kurtka na miarę" nie oznaczało jednak, że ktoś tu z kogoś brał miarę. Po prostu produkt występował w dwóch wersjach: dużej i małej. Mistrz krawiecki, zanim przyjął zamówienie, obrzucał klienta krytycznym spojrzeniem i bezdyskusyjnie wyrokował: duża albo mała. W moim przypadku oczywiście duża. Ale odzież była faktycznie robiona na zamówienie, więc trzeba było swoje odczekać. Kurtka występowała oczywiście w jednym, jedynie słusznym kolorze - czarnym, za to od wewnątrz była szara. Krawiec zapewniał, że materiał z zewnątrz był impregnowany i faktycznie, przez jakiś czas był. Poza tym - co za ekstrawagancja! - kurtka miała odpinany kaptur, sznurki ze stoperami i wewnętrzną kieszeń. Do końca nie było wiadomo, jakiego rodzaju pierza użyto do jej produkcji, ale gdy parę lat później zaczęło wyłazić, rzeczywiście wyglądało jak pierze. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że pierza nie żałowano - nawet ja, wówczas młody i szczupły, od początku wyglądałem w kurtce jak ludzik Michelina.
Chrzest bojowy "puchatek" przeszedł - jakżeby inaczej - w Bieszczadach. Wyprawa ta jest warta odnotowania także z dwóch innych \względów: był to mój jedyny zimowy wyjazd w Biesy, a zarazem najkrótszy pobyt w tej magicznej krainie. Pojechałem sam, na pełnym spontanie, w przerwie po sesji zimowej. Na nizinach była już wiosna, ale bieszczadzkie chałupy były okazały się zasypane śniegiem po kalenice. Pamiętam moje bezbrzeżne zdumienie, gdy wysiadając z autobusu pod dworcem w Ustrzykach Dolnych zrobiłem krok i... wpadłem po kolana w śnieg. Ale się nie poddawałem. Jakimś zupełnym fartem złapałem stopa w stronę interioru i w środku nocy wylądowałem w jakby wymarłych Ustrzykach Górnych. Przesiedziałem do rana pod jakąś wiatą, a ze świtem próbowałem wyjść gdzieś w góry. Okazało się jednak, że nikt nie odśnieżył szlaków, więc nie było szans, żeby bez zimowego sprzętu (a takowego - oprócz kurtki i butów - nie miałem) oddalić się choćby na 5 metrów od bieszczadzkiej pętli. Cały dzień próbowałem straceńczo wbić się na jakiś szlak, ale bez powodzenia. Już nie pamiętam, jak dotarłem wieczorem do Wetliny, skąd jakiś cudem od razu przesiadłem się w autobus do Rzeszowa, a dalej w pociąg powrotny do Poznania. Byłem wykończony - głodny, zmęczony, niewyspany... - ale nie zmarznięty, więc można uznać, że "puchatek" zdał egzamin. Jednak od tej pory konsekwentnie (choć pewnie niesłusznie) omijam Bieszczady zimą.
Kurtka spisywała się dzielnie przez kolejne kilkanaście lat i przetrwała wiele zimowych ataków (głównie na knajpy), a poległa głównie ze względów estetycznych. Zeszła z niej impregnacja, a próby jej przywrócenia spełzły na niczym za sprawą jakichś absurdalnych właściwości materiału, które się po latach ujawniły - materia dumnie nie przyjmowała żadnych obcych impregnatów. Jedynym skutkiem tych zabiegów oraz chemicznego czyszczenia "puchatka" było pojawienie się na materiale plam i zacieków. Dla urozmaicenia metalowe zatrzaski (na patce zasłaniającej zamek i przy kapturze) zaczęły radośnie rdzewieć. Ponadto, jako było już napisane, przez pozbawiony zabezpieczenia materiał garściami zaczęło wyłazić pierze. Bolesną prawdę wypierałem, ile się da, ale wreszcie do mnie dotarło: na nizinach kurtka stała się obrzydliwa, a w górach bezużyteczna. Byłem w rozterce. Nie miałem pojęcia, co zrobić z tak zdekapitalizowaną sztuką odzieży, z którą byłem - jak by nie patrzeć - silnie związany emocjonalnie. Ostatecznie, z bólem serca, wrzuciłem kurtkę do pojemnika PCK. Do tego samego pojemnika wrzuciłem niegdyś (prawie nieużywane, ale uszkodzone) górskie buty, które potem zobaczyłem na stopach miejscowego żula. Pociesza mnie zatem myśl, że i kurtka dostała jakieś drugie życie.
Wesołych, białych Świąt! :-)
Ależ historia!
Wesołych i białych, w nagrodę za taką historię możesz sobie wybrać jedną choinkę :wink:
http://podkarpacia.pl/forum/2017/wesolych.jpg
Tegoroczne, prawie bieszczadzkie (bo beskidzkoniskie)!
Zainspirowany wigilijną opowieścią w/g Marcowego postanowiłem przypomnieć sobie pierwszy zimowy wypad w Bieszczady.
To było dawno temu, może nawet bardzo dawno.
Padło hasło i razem z kumplem ruszyliśmy na podbój krainy wilków, (które jak wiadomo w zimie stają się głodniejsze)
Za punkt startu wybrane zostały Lutowiska, a to z racji takiej że w tej miejscowości proboszczował znajomy ksiądz. Znajomość polegała na tym że ja go znałem ale on już niekoniecznie.
Logistyka była prosta. Piętrusem kolejowym z Rzeszowa do Przemyśla a tam łapaliśmy międzynarodowy pociąg relacji Warszawa - Zagórz.
Międzynarodowy ??? z jednego miejsca w Polsce do drugiego też w Polsce ??
Też się dziwiliśmy i z zaciekawieniem, a niejako przestrachem obserwowaliśmy dziwne poczynania żołnierzy w odmiennych mundurach.
Była to moja pierwsza w życiu podróż poza granice kraju, wiec wszystko było interesujące, zarówno to co przesuwało się za oknem jak i wewnątrz wagonu.
Gdy pociąg na powrót wrócił do ojczyzny i żołnierze opuścili go na granicy, cały skład zatrzymał się na pierwszy odpoczynek na stacji w Krościenku.
Aby zostawić sobie pamiątkę po tych niebywałych przeżyciach postanowiłem zrobić zdjęcie. Poprosiłem kolegę o wystawienie głowy przez okno przedziału
a ja wyskoczyłem na zewnątrz i z peronu zrobiłem fotkę z użyciem lampy błyskowej ( bo ta porą już się ściemniało)
Ten błysk wywołał emocje u jednego z kolejarzy i gdy pociąg ruszył zablokował przedział, powiadamiając wcześniej Wojska Ochrony Pogranicza że zatrzymał szpiegów.
Na stacji w Ustrzykach Dolnych czekał już na peronie gazik z patrolem wojskowych.
Przekazanie szpiegów odbyło się sprawnie i zostaliśmy zawiezieni na stażnicę, gdzie poddano drobiazgowemu i długiemu przesłuchaniu wraz ze spisaniem stosownego protokołu.
Wtedy dowiedziałem się, że swoim działanie naruszyłem obronność Układu Warszawskiego poprzez wykonywanie zdjęcia na stacji granicznej i grożą nam bardzo surowe konsekwencje.
W końcu nas wypuszczono z czego cieszyliśmy się ale połowicznie, bo po dotarciu na miejscowy dworzec autobusowy okazało się że wszystko już odjechało
Pozostał ostatni ok 21-szej jadący do Czarnej. Wykorzystaliśmy tą szansę i nim zeszła godzina byliśmy bliżej celu.
Z czarnej do Lutowisk tylko jedna górka. Księżyc ładnie świecił, mrozik przypominał że jest luty i trzeba mieć buty.
Ruszyliśmy więc z kopyta w mocnym tempie urozmaicając sobie drogę opowieściami o głodnych wilkach, już o północy byliśmy u celu.
Pukanie i stukanie do drzwi plebani nie przyniosło żadnego odzewu. Cisza.
Obok stał mały budyneczek z gankiem. Ganek był otwarty więc tam zrobiliśmy kwaterę i zakładając na ubranie śpiwór próbowaliśmy spać.
Ganek chronił przed wiatrem ,ale nie przed mrozem, który jak potem dowiedzieliśmy się postanowił zejść poniżej 20-stu
Już o 5-tej rano biegaliśmy wzdłuż przystanku PKS-u wypuszczając imponujące kłęby pary.
Wkrótce nadjechał autobus do Górnych i zabrał nas w pierwszą zimową podróż
(ale nie była to ostatnia zimowa eskapada po Bieszczadach)
...nosi mnie jak małe dziecko przed rozpakowaniem choinkowych prezentów- szykuję się na wyjazd w Bieszczady!! Każdy kto zawirusowany tym samym , to rozumie o co chodzi, ale jak wytłumaczyć podwyższone ciśnienie współdomownikom? dla nich to tylko wyjazd, z którego przywożę mnóstwo "takich samych zdjęć" i zabłocone buty . Nie ma z kim pogadać, z kim omówić szczegóły, nikt nie rozumie o czym mówię i mam wrażenie,że za moimi plecami pukają się ze współczuciem w czoło. I tak dla tego właśnie tutaj dzielę się emocjami
wiele lat nosiłem się z zamiarem wyjazdu w Bieszczady,ale wreszcie zatrybił system-dwa razy w roku spędzam siedem dni w górach,następny wyjazd już za parę dni a ja jak dziecko cieszę się i już prawie spakowany plecak czeka w pokoju na honorowym miejscu jak najważniejszy gość.
Listopad- wiadomo dzień krótki, ale plan dostosowany, żeby tylko prognozy pogody się sprawdziły, chociaż podobno nie ma złej pogody tylko ludzie są czasem nieodpowiednio ubrani.
To tak tylko chciałem podzielić się emocjami, pozdrawiam