Aneks do zdjęcia, czyli krótka historia pewnych butów.

buty.jpg

Moje pierwsze górskie buty kupiłem w sklepie Jedności Łowieckiej w mieście onegdaj wojewódzkim. Właściwie to trudno powiedzieć, że butki te były górskie - skórzane traperki za kostkę, z usztywnionym (chyba metalowym) czubkiem i dziwną falowaną podeszwą. Ale wyglądały bojowo i profesjonalnie. Przymierzyłem je i od razu poczułem się jak prawdziwy góral.

Zostałem szczęśliwym posiadaczem rzeczonych wczesnym latem 1989 roku, jako że szykowałem się na jesienny wyjazd w Riłę. Żeby kupić trapery pracowałem cały miesiąc w magazynach Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Handlu Wewnętrznego. Bogiem a prawdą, nie harowałem zbyt ciężko, bo w kraju był kryzys, więc magazyny nie miały co magazynować. Ale PRL-owski system gospodarczego myślenia nadal miał się świetnie, więc puste hale nie przeszkadzały dyrekcji WPHW zatrudniać latem pracowników sezonowych delegowanych przez Ochotnicze Hufce Pracy. Gdy te nisko wykwalifikowane robole wyzbierały już wszystkie pety z terenu zakładu i powyrywały trawę spomiędzy trylinki, miały fajrant i mogły się opalać na stertach pustych palet. Byle za zakładem, a nie od frontu, żeby się nie rzucać w oczy.

Wypłata za ten miesiąc harówki wystarczyła na zakup przydziałowych dewiz (bułgarskich lewów), zakup wspomnianych butów i dwóch par grubych skarpet. Skarpety rozsypały się po pierwszym założeniu, jeszcze w trakcie "docierania" traperek na nizinach, podobnie jak sznurowadła do butów, które zastąpił niezniszczalny sznurek do namiotów. Same traperki przetrwały dzielnie z 10 lat katowania ich na szlakach, a jedyną odniesioną raną w tym czasie była lekko odklejona podeszwa, którą mistrz szewski przykleił lepiej niż w fabryce. Traperki sprawdziły się w każdym terenie i przy każdej aurze, o czym może świadczyć poniższe zdjęcie (Karkonosze'92).

P8270001.jpg

Trzewiki z Jedności Łowieckiej pociągnęłyby pewnie dłużej, bo z zewnątrz nic im nie dolegało, jednak kompletnie wytarł się w nich bieżnik. Już jako nowy nie miał oszałamiającej przyczepności za sprawą dość niezwykłej rzeźby - było to coś w rodzaju falującej kratki - ale z czasem podeszwa stała się niemal idealnie płaska i groziła kontuzją nawet po drodze do warzywniaka za rogiem. Gdy w końcu przypadkowo wdepnąłem w jakąś tajemniczą substancję ropopochodną, która wżarła się w skórę obrzydliwymi plamami, buty przestały się nadawać do jakiegokolwiek użytku. I odeszły razem z XX wiekiem do obuwniczego świata równoległego, w którym do dziś błyszczą i pachną dopiero co wyprawioną skórą.

A już wkrótce niewiarygodna historia kurtki puchowej, która każdą wrażliwą jednostką porządnie wstrząśnie...