Wolfganga ma Duńczyk, chyba ten sam model co i Twój.
Nie zauważyłem, żeby miał z nim problemy.
Ale najlepiej jak sam się wypowie.
Wersja do druku
Wolfganga ma Duńczyk, chyba ten sam model co i Twój.
Nie zauważyłem, żeby miał z nim problemy.
Ale najlepiej jak sam się wypowie.
nikt się nie kwapi aby zacząć, więc muszę ja
(nie licząc Diabła, który już zaczął http://forum.bieszczady.info.pl/show...?t=4817&page=3 ale on przecierał nam szlaki już tydzień przed naszym przyjazdem).
Szybkie pakowanie i długie pożegnanie i już pędzę do Kielc.
W drodze tel. od Czapy, pociąg ma małe opóźnienie.
Na dworcu czekam troszkę, ale po 20min. pojawia się w drzwiach dworcowych ONA.
Uściski, powitania :-) i pakujemy się do cytrnki.
Jest około 22. Ruszamy dalej, na południe!!!
Śnieg czeka. (no i Diabeł w Komańczy)
Podróż trochę się dłuży, po 2 jesteśmy pod schroniskiem.
Diabeł wychodzi nam na przeciw (pewnie po to piwo co mamy ze sobą:-) )
Na powitanie po peciku (Czapa nie pali, jeszcze się nie nauczyła), potem po piwku (piwko jednak lubi:-) ) i jeszcze po peciku i spać.
Kto nie przeżył pobudki ala Diabeł nie wie co to pobudka :evil:
Około 6 zbiórka, kolejno odlicz, i po peciku.
Jest nas troje: Czapa, Diabeł i ja.
Ela i Duńczyk mają dołączyć w Cisnej za dwa dni.
Przepakowujemy plecaki, zbędne rzeczy wędrują do bagażnika.
W schronisku dowiadujemy się, że jakaś para również zamierza podążać naszym śladem do Cisnej za jakieś dwa dni. Niestety nie spotykamy ich.
Więc jeszcze tylko poranna kawa Diabła i startujemy.
Przygoda czeka!!!
Po drodze rozważamy dwie opcje: drogą do Duszatyna czy szlakiem?
W końcu to "Czerwona droga" więc wybór jest jednoznaczny.
Przy zejściu do lasu wyciągam swój ciężki sprzęt.
Jeszcze po peciku i zanurzamy się w śniegu.
a nie mieliśmy aby promować zdrowego stylu życia:-)a te pety faktycznie smakowały:-)
Ostatni rzut oka na drogę i ro ruszamy naszym czerwonym.
Śnieg sypki, puch, tak więc moje rakiety za dużo nie pomagają, pomimo 140kg nośności.
Zapadam się do pół łydki, ale za to Czapa z Diabłem do kolan.
Szlak nieprzetarty absolutnie, nikt przed nami nie próbował tędy spacerować.
W lesie sporo tropów zwierzyny i śniegu coraz więcej.
Spotykamy ludzkie ślady, kluczą dziwnie wokół całkowicie poza szlakiem, jakby jakiś myśliwy, albo Jabol nie mógł się zdecydować, w którą stronę ma iść :-)
Niezłym tempem docieramy ponownie do drogi przed Duszatynem.
Jeszcze chwila i pijemy kawkę pod zamkniętym barem.
Humory dopisują, pogoda również.
Po peciku i ruszamy dalej.
Z Duszatyna dalej drogą w kierunku jeziorek.
Droga dobrze przetarta, trwa zrywka po ubiegłorocznych śniegołomach.
Praktycznie do samego dolnego jeziorka docieramy drogą w towarzystwie bieszczadzkiego monstra.
Raz tylko próbujemy zejść na szlak, ale śniegu jest tak dużo, poza tym pod śniegiem ukrywają się powalone drzewa, które bardzo skutecznie spowalniają marsz (jak bardzo, przekonamy się już za godzin kilka)
Idziemy więc drogą i tak docieramy do pierwszego jeziorka.
I tu zaczyna się przedsmak tego, co nas czeka przez kolejne dni.
cdn...
Przy dolnym jeziorku byliśmy około południa, może troszkę później.
Więc stwierdziliśmy, że raczej spokojnie przed zmrokiem powinniśmy osiągnąć nasz pierwszy cel, czyli przełęcz Żebrak.
Tym bardziej, że czekała tam na nas ukryta whisky :-)
Oj jak bardzo się przeliczyliśmy.
Górne jeziorko osiągnięte zostało po ok godzinie. Bardzo ciężkiej godzinie.
Na brzegu korzystając z okazji pecik, który poprawił bardzo "samopoczucie".
Popatrzyliśmy na drugi brzeg, gdzie koło symbolicznej mogiły leśnika szlak odbija od brzegu prosto na zbocze Chryszczatej.
Pierwsza myśl, skracamy drogę, idziemy przez jeziorko.
Jednak rezygnujemy z tego pomysłu i z mozołem zaczynamy okrążać zgodnie ze szlakiem.
Idę w rakietach torując szlak towarzyszom. Staram się iść brzegiem, lód wydaje się wytrzymywać moje obciążenie. Nie ma tu tyle śniegołomów co wyżej, tylko śniegu sporo.
Na samym końcu jeziorka, gdzie wpada do niego strumień i szlak ostro schodzi w dół przechodząc przez osuwisko, wiedziony pokusą skrócenia nieco drogi idę prosto po tafli trzymając się jak najbliżej wystających ze śniegu krzaków. W rakietach idzie mi się nieźle. Śnieg jest tu na tyle zleżały, że zapadam się niewiele.
Gdy docieram ponownie na brzeg słyszę wołanie za sobą.
To Czapa postanowiła spełnić swoje marzenie i co prawda nie udało jej się umyć włosów, ale za to jedną stopę tak:-)
Szła ostatnia i niestety lód nie wytrzymał.
Śniegu i powalonych drzew jest tyle, że okrążenie jeziorka zajmuje nam kolejną godzinę.
Dalej jest już tylko gorzej.
Początek podejścia na Chryszczatą, to istna wspinaczka po powalonych drzewach przysypanych śniegiem, w którym zapadamy się co rusz prawie po pas.
Mijają kolejne dwie godziny a do szczytu jeszcze daleka droga.
Dają znać o sobie zmęczenie i nieprzespane noce.
Diabeł wysuwa się na szpicę, ja z Czapą ledwie dyszmy.
Na dzisiaj wystarczy. Dalej nie ma sensu.
Rozbijamy się wprost na szlaku w miarę równym terenie.
Przygotowujemy platformy pod namioty, w międzyczasie topiąc śnieg na herbatkę.
Pomimo zmęczenia humory nam dopisują.
Planujemy następny dzień.
Wstać przed wschodem i na śniadanie zmierzyć się z Chryszczatą.
Potem to już górą Działu więc na pewno będzie lżej.
Następny nocleg to pewnie za Wołosaniem, a może i w samej Cisnej.
Przecież w poniedziałek w Cisnej dołącza Ela z Duńczykiem.
Tak więc parzymy herbatkę, szybka liofilizowana kolacja, smakuje rewelacyjnie zwłaszcza spaghetti przyprawione proszkiem z pochłaniacza tlenu, następnie po peciku, szybka toaleta i do śpiworków. (Czapa toalety nie zażywała, wszak nogi myła całkiem niedawno:-) )
Zasypiam błyskawicznie, nie pamiętam co mi się śniło, pewnie Chryszczata)
cdn...
Zganiasz na śnieg i powalone drzewa, że Was spowalniają a z tego co piszesz to zdecydowanie winne są "peciki":lol:
i łyskacz :) Fajnie się czyta - lekkie pióro, jakieś spotkania ze zwierzaczkami? No i co z tym butem/nogą zamoczonym - przeca to idzie się odmrozić, chyba że woda nie doszła do środka, tylko but posmakował wody?
P.
Dzień drugi wyprawy, niedziela.
W nocy trochę dosypało śniegu.
Nie mamy termometru (błąd), ale w nocy było chyba znośnie, co prawda Czapa i Diabeł mają pozamarzały buty (o dziwo moje nie zamarzły???). Wydaje nam się, że temperatura spadła niedużo poniżej -10st.C., może do -15.
Wstajemy wcześnie, jest jeszcze ciemno.
Toaleta, śniadanko i po peciku i już jesteśmy gotowi na zmierzenie się z Chryszczatą.
Po końcówce dnia poprzedniego nabawiłem się małej kontuzji.
W dziwny sposób przeciążyłem kolano, chyba od wyjmowania rakiety spod śniegu.
Bolało jak diabli tylko przy podnoszeniu nogi.
Dopracowana później technika marszu w rakietach pozwoliła mi uniknąć bólu. Gorzej było w namiocie, gdy trzeba było uginać kolana.
Ale do rzeczy.
Wyruszyliśmy dalej po godz.7.
Im bliżej wierzchołka Chryszczatej tym mniej śniegołomów, śniegu jednak ciągle mnóstwo.
Szliśmy wzdłuż osuwiska, starając trzymać się oznakowań na drzewach.
Nie zawsze się to jednak udawało.
Na początku prowadził Diabeł, później ja przejąłem inicjatywę.
Sen dobrze mi zrobił i nawet kontuzja kolana nie dokuczała.
Czułem się na siłach wypić piwo wieczorem w Cisnej.
Brnęliśmy więc tak przez zaspy i śniegołomy już dość długo, a wierzchołka wciąż nie było widać.
Dopiero ok. godz. 11 pojawiają się znajome gęste choinki zwiastujące, że jesteśmy tuż tuż :-)
Na cmentarzu się co prawda nie pali papierosów, ale nie mogliśmy się powstrzymać.
Po peciku i uskrzydleni wpadamy pod wieżę.
Wreszcie Chryszczata!!!
Dawno tu nie byłem. Są ławki i stolik, dobre miejsce na biwak.
W warunkach bezśnieżnych, nawet z dużym obciążeniem dotarcie z górnego jeziorka na Chryszczatą nie zajmuje więcej niż godzinę.
Nam to podejście zajęło od wczorajszego dnia ok 6h!!!
Natura weryfikuje wszystko.
Ale nadal jesteśmy dobrej myśli i mamy jeszcze nadzieję na nocleg bliżej Cisnej.
Pamiątkowe fotki i trzeba ruszać.
Na wierzchołkach śnieg przewiany i zmrożony. To dobrze zwiastuje na pozostałą część trasy.
Dalej Działem, torujemy na zmianę z Diabłem.
Czapa idzie ostatnia, coś jest nie tak, ale że to "Zosia-Samosia", to się nie przyznaje i o pomoc nie prosi :-)
I tak po godzinie marszu zostaję sam na szpicy, a przewaga nad towarzyszami zaczyna się powiększać.
Trasa nieco lepsza, mniej powalonych drzew, ale śniegu coraz więcej.
Rakiety się przydały, a tak długo zwlekałem z ich zakupem.
Pomimo tego, że się zapadam do połowy łydki, mogę poruszać się w miarę sprawnie.
Pogoda jest ładna i mroźna. Temperatura w granicach -15 st.C.
Idę na szpicy torując szlak. Moja przewaga nad resztą grupy wzrasta.
Na początku jesteśmy w zasięgu wzroku, później głosu, ale gdy robiąc 15min. przerwy nie widzę ani nie słyszę moich kompanów postanawiam zrobić postój na popas.
Zaczął wiać przenikliwy, mroźny wiatr. Wyszukuję miejsce w dolince za dwoma pokaźnymi bukami, zdejmuje plecak i rakiety.
Osłonięty pniami postanawiam coś zjeść na szybko.
Nasz szybko w menu mam tylko chleb razowy i zamarznięte pasztety.
Nie chce mi się gotować więc ciepłem swoich palców nabieram pasztet jak widelcem.
Smakuje rewelacyjnie. Jest zamarznięty.
Gdy kończę opakowanie nadchodzi reszta grupy, a moje palce zaczynają boleć i szczypać.
Trzeba je szybko ogrzać.
Zapomniałem niestety zabrać termosu (nigdy tego błędu więcej nie popełnię) więc jestem zdany na zapasy płynów moich przyjaciół.
Odpoczywamy jeszcze chwilkę, inhalujemy z Diabłem płucka i wyruszamy.
Ponownie zajmuję miejsce torującego i ponownie moja przewaga nad resztą szybko się powiększa.
To chyba ten zamarznięty pasztet dał mi takiego kopa, o inhalacji nie wspominając :-)
Opanowanie techniki poruszania się na rakietach i zmęczenie Czapy i Diabła, też się do tego przyczyniło.
Moja przewaga wzrasta dramatycznie. Nie świadom tego posuwam się dalej.
Dzisiaj już się z przyjaciółmi nie zobaczę...
cdn...
To prawda zapadamy się w dobrych miejscach tylko do kolan a w złych-brry do pasa.Czapa -Zosia-Samosia zaczyna zostawać w tyle więc żeby jej nie zgubic mam co chwila odpoczynek przymusowy.Dośc szybko zaczyna się robić ciemno i w pewnym momencie włosy stają mi dęba gdy słyszę-Piotruś poczekaj na mnie-Czapa mnie dogania i nieswoim głosem prosi o odpoczynek-jest żle.Zakładamy czołówki i dalej naprzód.Stwierdzamy zgodnie że jeśli to jeszcze nie jest Żebrak to najwyższy czas rozbić namiot i odpocząć.Tak też czynimy.O zmęczeniu Czapy niech świadczy fakt że kiedy zdjęła pledcak zatoczyła się jak pijana a odcinek kilku zaledwie metrów zajął Jej dłuższą chwilę.Pierwszą menażkę wytopionege śniegu wypijamy kilkoma łykami i pijemy dalej teraz już coś gotowanego.Udaje nam sie złapać zasięg i skontaktować co prawda tylko sms z Piotrem i powiadomić że z nami wszystko OK.Po kolacji robi nam się miło ciepło więc spać-szybko nam się to udaje.Tego dnia szliśmy ok 12 godzin a przemieżony odcinaek był tak znikomy że szkoda gadać-ale tak juz zimą bywa
Popełniłem duży błąd odłączając się tak bardzo od grupy.
Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że stało się to nieświadomie.
Jeszcze przez 2h. słyszałem ich głosy, a przynajmniej tak mi się wydawało :-)
Teraz wydaje się to wesołe, ale dla mnie wówczas nie było zbytnio do śmiechu.
Nie miałem żadnej wody, a pić się chciało tak bardzo.
Rozpuszczałem śnieg między zębami a ustami i tak gasiłem pragnienie.
Nie chciałem bezpośrednio połykać śniegu, aby się dodatkowo nie wychładzać.
Jedyny minus tak pozyskanej wody, to odmrożona dolna warga od wewnątrz.
Idę więc sobie dalej, zmagając się ze śniegiem samotny jak palec.
W innych warunkach samotne wędrowanie bieszczadzkie mi nie przeszkadza, ale teraz, zima, czuje się dziwnie.
Nie jest to strach, bo swój domek mam na plecach, ale wyczuwam dziwny niepokój.
To chyba magia tego miejsca i legenda o trzech potworach zaklętych w skałę na Chryszczatej :-)
Schodząc w kierunku przełęczy napotykam coraz więcej nawianego śniegu i zwalonych buków również przebywa.
Niektóre z nich są tak duże, że muszę je obchodzić wokół.
Marsz w rakietach w sypkim śniegu ma tą zaletę, że pomimo zapadania (płytszego niż przy ich braku) wokół buta tworzy się przestrzeń wolna od śniegu. Noga się tak nie wychładza.
Problemem i to dość dużym jest cofnięcie się
.
Początkowo robię dłuższe przerwy z nadzieją, że reszta grupy w końcu mnie dogoni. Jednak po godzinie 14 zrezygnowałem z czekania.
Próbuje dzwonić, ale w ciągu dnia mamy telefony wyłączone (oszczędzanie baterii) więc nie udaje mi się dowiedzieć, gdzie jest Czapa z Diabłem.
Nie mogłem również w 100% zlokalizować dokładnie mojego położenia, a samemu wolałem nocować na przełęczy.
Wracać się nie miałem siły, poza tym liczyłem, że jednak spotkamy się wszyscy wieczorem na Żebraku.
Brnę po kolana, byle do przodu. co kilkaset metrów rysując różne znaki na śniegu.
Myślę sobie, że jak się w końcu dodzwonię, to przynajmniej będę wiedział jak duża odległość nas dzieli.
I tak rysując wchodzę na zwalonego buka przykrytego śniegiem.
A że były to dwa buki, jeden za drugim, to oba czubki rakiety utknęły mi szczelinie i już walę w zaspę nawianego śniegu głową w dół.
I tak sobie leżę. Ruszyć się nie mogę.
Obie nogi zaklinowane pomiędzy pniami, gdzieś w górze.
Głowa pod śniegiem, dla odmiany gdzieś w dole.
Plecak skutecznie dociskał mnie do ziemi przesuwając się na głowę.
Jedna ręka zaklinowała mi się razem z kijkiem zgięta pod brzuchem.
Na szczęście druga ręka wraz z kijkiem leżała sobie z boku.
Szkoda, że nikogo nie było ze mną bo fajną fotkę bym miał :-)
Nogi w rakietach wystające z zaspy.
Śnieg wciska mi się do ust. Próbuje wstać. Nie mogę.
Trzeba się więc obrócić na plecy, ale nowe plecak położenie plecaka sprawia że mój nowy środek ciężkości jest na wysokości pach.
Ruszam głową na boki, aby złapać więcej powietrza.
Walczę chwilę o uwolnienie drugiej ręki spod brzucha, kijek trochę przeszkadza, ale w końcu udaje się, uff.
Teraz mam dwie ręce wolne, obie z kijkami.
Próbuje się podeprzeć na dłoniach, ale zapadają się głębiej w śniegu.
Leżę bezsilny przyciśnięty plecakiem, rakiety skutecznie klinują się w pniach.
Głowę trzymam w bok i spokojnie oddycham pod plecakiem.
Próbuję ponownie odwrócić się na plecy a chociaż na bok.
Za pomocą kijka odpycham się kilka razy, drugą ręką próbuje ciągnąć za plecak w przeciwnym kierunku.
W końcu udaje mi się przekręcić. Leżę teraz na boku. Czyli jestem uratowany.
Powoli rozpinam paski i zsuwam plecak.
Z trudem uwalniam nogi z rakiet i wstaję.
Jestem cały w śniegu, wystraszony, jest mi zimno.
Oj jak bardzo żałowałem odłączenia się od grupy.
Siadam jednak na plecaku, pecik na pewno poprawi mi nastój.
Znowu próbuje bezskutecznie nawiązać kontakt telefoniczny z grupą.
Zbieram swoje zabawki, zakładam rakiety i nieoglądająca się za siebie ruszam w kierunku przełęczy.
Zaczyna się ściemniać, albo za nastepnym wzgórzem będzie przełęcz, albo rozbijam się gdzie popadnie.
Jestem bardzo zmęczony i chce mi się pic.
Za wzgórzem niestety przełęczy nie było, za następnym też, ani za następnym.
Jeszcze ponad godzina marszu i jestem na przełęczy. A miała być Cisna, no chociaż Wołosań. :-)
Jestem tak zmęczony, że nie mam ochoty na poszukiwanie ukrytego łiskacza, poza tym samemu jakoś tak głupio.
Jest dobrze po 16.
Na przełęczy widać ślady kół, droga była niedawno odśnieżana.
Szybko kopie platformę pod namiot przy podejściu szlaku na Wołosań.
Mam stąd dobry punkt obserwacyjny na druga stronę szlaku.
Rozkładam zabawki, topie śnieg, pierwszą menażkę (dzięki Karolinko) wypijam jak tylko śnieg się roztopił.
Później cztery herbaty jedna po drugiej i do śpiwora.
Włączam telefon, SMS od Piotra.
"Jesteśmy daleko, jeszcze idziemy, ale chyba będziemy nocować, Czapa ma kontuzję"
Zaczynam się martwić, Czapa nigdy nie narzeka, jeśli powiedziała, że ją coś boli, to musi być juz niedobrze.
Próbuje dzwonić, wreszcie około godz. 18 udaje się, dowiaduję się że kolano Czapy nie wygląda dobrze, ale ciągle idą.
Znaleźli jakąś drogę i będą próbować schodzić w kierunku Woli Michowej, jak się nie uda to biwakują na Dziale.
Czapa chce, żeby kolano obejrzał lekarz. Diabeł prosi, abym spróbował wypatrzeć ich czołówki w lesie.
Wychodzę z namiotu, nic nie widać, zaczyna wiać i pada śnieg.
Tragedia!!!
Dzwonię do Eli, informuję ją o naszym położeniu.
Miała być jutro rano w Cisnej, a my dopiero w połowie drogi.
Trzeba szybko weryfikować plany.
cdn...
Dzień 3, poniedziałek
Noc była długa.
Na przełęczy wiało jak cholera, drzewa trzeszczały, śnieg sypał.
Obudziłem się o północy i nie mogłem zasnąć.
Rozmyślałem o tym co dalej.
Wstępnie postanawiam schodzić do Jabłonek, stamtąd mam większe prawdopodobieństwo dostania się jakimś pojazdem do Cisnej.
Jeżeli Czapa i Diabeł schodzili wcześniej do Woli Michowej, to pewnie nad ranem już tam będą.
Jednak ostateczną decyzję pozostawiam do rana.
Obudziło mnie przenikliwe zimno, w dwie osoby jednak się lepiej śpi, jest zdecydowanie cieplej i można się pokopać :-)
Była chyba godzina 7. Próba dodzwonienia do Diabła nie powiodła się.
Gotuję śniadanie, sprawdzam drogę z przełęczy na obie strony.
Do Woli Michowej odśnieżona niczym aleja Marszałkowska, do Smolnika i do Jabłonek tylko dwie głębokie koleiny, ciężko się po nich idzie, dwie nogi się nie mieszczą.
Pakuję się szybko i jeszcze raz dzwonię do Diabła.
Ponownie nic.
Decyduję się na zejście do Woli Michowej, jest wcześnie może dogonię resztę.
Droga wije się po zboczach Działu, wszystko dookoła jest białe.
Jest cudownie :-) Zima jak marzenie.
Na ostrym łuku po lewo widzę chatkę za drzewami. Drzwi nadal nie ma (info. dla Jabola)
Nie widać, aby ktoś tam ostatnio zaglądał, nie ma żadnych śladów, a śniegu po pas.
Chatka szybko zostaje w tyle. Gnam do przodu szukając śladów na każdej napotkanej stokówce schodzącej z Wysokiego Działu.
Bez powodzenia. Wokół jedynie mnóstwo wilczych tropów.
Jakaś wataha podążała przede mną, czasami doszukuje się śladów pięciu osobników.
Poprzedniego dnia gdy docierałem samotnie do przełęczy również trafiałem na wilcze tropy, w zasadzie przez całą drogę, ale nigdy nie udało mi się wypatrzeć żadnego wilka.
Chociaż zachowywałem się wyjątkowo cicho na postojach, pewnie za bardzo mnie było czuć :-)
Po drodze do Michowej mijam jeszcze parę zabudowań pracowników leśnych oraz kilka stokówek schodzących z Działu, którymi mogli potencjalnie schodzić moi przyjaciele.
Niestety na żadnej nie odnajduję ich śladów.
Prawie przed sama wsią telefon.
Dzwoni Diabeł.
Wczoraj schodzili do Woli, ale postanowili jednak wrócić na szlak i będą szli na przełęcz a potem do Woli Michowej.
Czapa ma opuchnięte kolano, ale może iść. Nastroje ogólnie niezłe.
Ok, myślę sobie, zejdę do wsi, zostawię swoje zabawki i wyjdę im na przeciw.
Pomogę Czapie nieść plecak.
Informuję towarzyszy o swoich planach.
Odpowiedź Czapy jest oczywista: Absolutnie nie!!! :-)
OK, czyli nie jest jeszcze tak źle.
Do sklepu w Woli docieram błyskawicznie.
Już po 1,5h od startu z przełęczy siedzę na parapecie i delektuję się pecikiem.
Mam trochę czasu, więc przerwa na piwko i małą integrację z miejscową ludnością :-)
Wchodzę do sklepu i na dzień dobry dostaję grzane piwo z pieca.
Stawia Zdzicho (ten bez nogi).
Nie pozostaję dłużny, stawiam następne.
Zdzicho złapał smaka i już 6 pustych butelek stoi na ladzie.
W między czasie telefonuję Czapa że są już na przełęczy i będą schodzić do Woli.
Już południe, późno. Ale dzisiaj i tak tylko drogą do Cisnej.
Daleko nie jest jakieś 15km, może uda się stopa złapać, ale ruch dzisiaj bardzo marny.
Zdzicho słysząc nasze rozmowy telefoniczne postanawia organizować pomoc GOPR dla moich przyjaciół.
Na bufecie pojawia się 0,5l czegoś mocniejszego.
Muszę się szybko ewakuować ze sklepu, bo zaraz pomoc GOPR będzie potrzebna dla mnie.
Dzwonie do Eli z informacją o naszym położeniu. Będzie czekać na nas w Cisnej po południu.
Dzwonię do Kija (Wagabunda) z pytaniem o jakąś ciepłą strawę normalnego pochodzenia.
Zaprasza serdecznie do Kiry.
A więc żegnam się ze Zdzichem i już po chwili jem gorącą kwaśnicę w Kirze.
Jest rewelacyjna!!!
Dzwoni Jabol z pytaniem jak nam idzie, opisuję mu nasz dotychczasowe zmagania ze śniegiem, dostaję w zamian kilka wskazówek na dalszą trasę, dowiaduję się o pożarze schroniska w Smolniku :-(
Dopijam herbatkę i postanawiam jednak wyjść na przeciw Czapie i Diabłowi.
Zostawiam sprzęt w Kirze i spotykam moich towarzyszy kilkaset metrów przed wsią na drodze z przełęczy.
Czapa wygląda dobrze, gorzej jej kolano.
Diabeł marzy o browarku.
Idziemy do sklepu.
W sklepie "goprowców" przybyło i wódeczka na ladzie widzę już się kończy.
Rozmawiamy chwilę z "goprowcami", Zdzicho stary kawaler chce całować Czapę, Diabeł przedstawia sie jako ojciec Czapy.
Śmiechu było co niemiara.
Nam jednak czas w drogę, w Cisnej czeka Ela.
Po drodze wpadamy jeszcze do Kiry na coś gorącego.
Diabeł potwierdza walory smakowe tutejszej kwaśnicy.
Czapa nie może zmęczyć swojej ogórkowej:-)
Żegnamy obsługę Kiry i wychodzimy na stopa.
Długo nikt nie chce stanąć.
Idziemy tak drogą, nuda jak cholera, robimy zdjęcia.
Chyba wielkość naszych plecaków przeraża potencjalnych chętnych na podwiezienie do Cisnej.
W końcu nasza główna autostopowiczka Czapa zabiera się za łapanie stopa.
Pierwsza próba i od razu rekord skoczni:-) (leć Adaś leć!!!)
Ładujemy się do Vectry Szczepana (chyba z Cisnej) pozdrawiamy go i dziękujemy raz jeszcze.
Czapa do przodu, my z Diabłem i plecakami ledwo mieścimy się do tyłu.
Przywaleni sprzętem docieramy do Cisnej.
Ela czeka w Trolu.
Wchodzimy uradowani, powitania uściski, browarek i pecik (Ela niestety też się jeszcze nie nauczyła palić, co zrobić, trudno :-( )
Ustalamy nocleg, decyzja zapada, że jednak w Goprówce.
Poza tym kolano Czapy trzeba poddać diagnozie bardziej profesjonalnej niż nasza.
Idziemy więc na kwaterę.
Jest ciepło miło i przyjemnie, można się wykąpać.
Czapa opiera się przed oględzinami kolana bardzo długo.
Chyba obawiała się diagnozy. Kolano napuchło dość mocno. Mogła zebrać się woda.
Jednak o przerwaniu wyprawy nawet nie chce słyszeć :-)
W końcu ulega namową.
Idzie do ratowników.
Diagnoza jest jednoznaczna: Przeżyje!!! :-)
Ale jeżeli do rana kolano spuchnie bardziej, to nie ma mowy o dalszej wędrówce.
Dostaje maść z prywatnych zborów cisniańskiego GOPR.
Tak więc trzeba opić pomyślną diagnozę no i czas się trochę zintegrować.
Wszak jesteśmy w Cisnej i Siekierkę trzeba zaliczyć.
Idziemy na grzane wino.
Diabeł dzwoni do Duńczyka. To nasz ostatni 5 uczestnik. Jedzie do nas prosto z Danii.
Ma być w Cisnej nad ranem. Po drodze zahaczy jeszcze o Komańczę. W schronisku czeka jego jedzenie na wyprawę i inne pierdoły.
Ustalamy, że musimy odpuścić sobie również odcinek Jasło - Smerek.
Teren podobny do wcześniejszego, zapewne śniegu będzie równie dużo a i śniegołomów na zejściu do Smereka w listopadzie było mnóstwo.
Przejście tego odcinka zajęło by nam pewnie ok. 4 dni. Tyle czasu nie mamy, a po cichu liczymy na jakąś małą inwersję na połoninach.
Postanawiamy, że podjedziemy PKS-em za Kalnicę i wyprawę rozpoczniemy dalej od Smerka.
Wracamy do Goprówki, szybki prysznic i spać.
Śpi się niewygodnie, jest stanowczo za ciepło.
Takie mieszane noclegi namiot/kwatera nie są chyba dobrym rozwiązaniem.
Noc mija szybko, pobudka zafundowana przez Diabła jest niczym scena z przesłuchania gestapo w filmach wojennych.
Od razu lampą po oczach w ciemnym pomieszczeniu.
Rano dociera Duńczyk.
Dociera to mało powiedziane.
Jak dojechać zimą, samochodem osobowym z Komańczy do Cisnej stokówkami, zahaczając prawie o Roztoki Górne, wie tylko On i jego nawigacja.
cdn...
oj tam gestapo od razu-delikatny byłem jak NKWD:-)
Rano to pojęcie względne, tam nasze rano bywało przed 4:00 i o takiej właśnie godzinie pojawił sie Duńczyk:)
Dodam jeszcze tylko apropo tych pobudek... Jeżeli kiedykolwiek zamierzacie się wybrać z Diabłem w góry to moja naprawdę serdeczna rada: NIE POZWÓLCIE MU ROBIĆ POBUDEK!!!
Cdn.:
Po drastycznych pobudkach itp. postanawiamy podjechać PKSem do Kalnicy i stamtąd ruszyć dalej czerwonym szlakiem, wysyłamy więc Duńczyka na przystanek aby zobaczył co i jak:) No i zobaczył... Po 7 mamy autobus, więc szybkie śniadanko, pakowanko, ja poleciałam podziękować za maść i lecimy na przystanek. A tam... no tak Duńczyk nigdy PKSami nie jeździł, więc wybrał dla nas opcje wakacyjną :P a do tego czasu to chyba wolelibyśmy już nie czekać na tym przystanku:) Czyli mamy jeszcze godzinę do realnego transportu i od razu pada stwierdzenie Panów "po peciku?" tak więc udajemy sie do sklepu na zakupy, peciki... (jezu jak oni mnie terroryzowali tymi pecikami). Czas szybko zleciał więc się ładujemy do (uwaga- niespóźnionego:)) PKSa, tam oczywiście min ludzi zerkających na nasze plecaki nie da się opisać, ale już sie chyba przyzwyczailiśmy.
Dojechaliśmy (miły kierowca wyrzucił nas przy samym szlaku). No to chłopkami po tradycyjnym peci.... grrr... I ruszamy:)
Ja asekuracyjnie ze względu na swoje kolano ruszyłam na przód, zaraz za mną ruszył Diabeł, potem z daleka widziałam Elę z Duńczykiem i zamykał Piotr. Początek całkiem ok, śniegu nie mam po pas:P
Ela wysuwa się na prowadzenie, ktoś musi przecierać szlak dlatego tak sie zmienialiśmy, ale trzeba przyznać, że ta trasa w okresie ferii była całkiem uczęszczana i choć nie spotkaliśmy tam nikogo to sladów było całkiem sporo.
Duńczyk padnięty po podróży widać, że nie zawsze biegnie do przodu.
Przerwa- Panowie-peciki, Panie- potrzeby fizjologiczne, czekolada, herbatka i pniemy się wyżej.
Pogoda nie jest najgorsza, jest pochmurnie,ale widzimy siebie praktycznie cały czas, dosyć ciepło, po rozmowach ekipy wnioskujemy, że ok -5 stopni. Niepokoją nas tylko ciemne chmury idące w naszą stronę. Jednak dzięki 100 % pozytywnemu myśleniu całego naszego zespołu stwierdzamy- przejdą obok:P
I w końcu ok 11 wychodzimy z lasu, przed nami wyłania się on... Biało- skalisty, wyglądający trochę lawinowo, ale zachęcająco- SMEREK.
Nasza ekipa troszczyła się o mnie zawodowo, co chwilę pytali jak kolano, na miejscach bardziej zawianych przecierali szlak także trzeba przyznać, że wspieraliśmy się wzajemnie ( z reszta potem sami zobaczycie przy dalszych relacjach).
Podjeście pod Smerek było bardzo wyczerpujące, stroma ściana, w wielu miejscach pod pięknych ale kurcze zdradliwym puchem białego śniegu wystawały oblodzone kamienie. Nasze plecaki z każdym metrem ważyły coraz więcej. Wtedy myślę sobie: a jednak w Bieszczadach czasem raki by się przydały...
Docieramy na szczyt jest po 12. Wieje, jak to przeważnie na Smerku.
Czekolada, herbatka i po krótkich sesjach fotograficznych schodzimy na Przełęcz.
Zejście idzie już gładko, trzeba uważać tylko na lód.
Widzimy po Duńczyku, że opada z sił. Wiemy, że musimy dojść do zmroku do Chatki, tam zrobimy dłuższą przerwę i przemyślimy sprawę noclegu. Na początku wychodząc mieliśmy te optymistyczne i realistyczne wersje. Sądziliśmy nauczeni doświadczeniem z poprzednich dni, że nocować będziemy musieli na Przełęczy. Chyba jednak będzie dobrze, jedno wiemy wchodząc już na Połoninę Chatka jest pierwszym miejscem gdzie możemy stanąć na dłużej.
Ubieramy gogle, łapawice i stajemy twarzą w twarz z bardzo silnym wiatrem i coraz bardziej ponurymi widokami.
Przetarte- jedno dobre myślimy chyba wszyscy. Tym razem na zdjęcia z Połonin nie ma co liczyć:(
Szlak wydaje sie dłuższy niż zwykle, a przecież każde z nas tak dobrze go zna.
Duńczyk jest wyczerpany, ustalamy, że idzie cały czas w pierwszej trójce.
Tak więc ja z Piotrem zamykaliśmy nasz skład reszta z przodu.
Widzimy podjeście pod Osadzki Wierch... jejku jak tam wieje. Śnieg uderza o krawędź szczytu i ulatuje w powietrze.
Ostatnie zejście- strome, dalej lód trzyma, coraz ciemniej już ok 16 a my dalej idziemy.
Nasz szyk się zmienia. Piotr na prowadzeniu. Diabeł z Duńczykiem na końcu. Widoczność beznadziejna. Sama na podejściu do Chatki zauważyłam ją dopiero jakieś 25 m przed sobą.
Wchodzimy.
5 bigosów i herbaty- prośba do Lutka i Dorotki.
Po chwili docierają nasi przyjaciele. Wykończeni. Każdemu ewidentnie wiatr dał popalić. Krótka narada zespołu- nocujemy w Chatce.
"W schronisku po sezonie"- wiecie jak to jest jak juz dostaliśmy wrzątek, herbatki, obiadki itd i poszła w ruch whisky prosto z Dani:) Kolejna integracja z właścicielami i nie tylko. Obok też impreza (tzn tam chyba byla impreza, bo u nas to były pogaduchy przy "pełniejszej szklance":)). W schronisku spaliśmy z ekipą narciarzy.
Po jakimś czasie dociera do nas Dorotka, opowiadająca o problemach ze swoimi kotami... Dałam jej podpowiedź, żeby pogadała z Diabłem bo przecież on jest weterynarzem (ubaw po pachy:)- potem chciał mnie za to zabić). Musiał sie wybronić jakoś, ale stanęło na udzielaniu rad:)
Po opowieściach zimowo- historyczno- schroniskowych kładziemy się spać...
Cdn
Dzięki za relacje... w dobie betonowego więzienia to jak balsam dla duszy... pisać pisać... za tydzień się przejdę po okolicy i mi już spieszno żeby się w nastrój wprawiać... :D
Córcia -za tą minę na następnym spotkaniu napoję Cię surowym jajkiem a pobudkę ogłoszę wiadrem lodowatej wody:-)
No to ładna wyrypa.
świetnie się czyta, tym bardziej że mam własne odniesienia, bo w tym samym czasie samotnie walczyłem się z Trohańcem. Śniegu nie brakowało.
do opisu Czapy dorzucam kilka fotek z pierwszego etapu tego dnia, czyli zdobycia Smereka.
Krótki opis uzupełniający relacji Czapy (z mojego punktu widzenia)
Warunki śniegowe na trasie były o wiele lepsze niż w poprzednich dniach.
Przede wszystkim szlak był przetarty przynajmniej w lesie.
Na odkrytych przestrzeniach było już gorzej, ale było coś widać i nie trzeba tracić czasu na zastanawianie się nad wyborem drogi.
Początek dnia był dla mnie bardzo ciężki. Nie lubię dużych odprężeń na trasie, później ciężko mi się zebrać do kupy i wejść w swój rytm marszu.
Do Smereka pogoda była ogólnie rzecz ujmując przejrzysta.
Już na samym szczycie zrobiło się mocno pochmurnie, gdy dotarliśmy do Orłowicza zaczęło porządnie wiać i spadła nam troszkę widoczność.
Na początku Duńczyk trzymał się dobrze, jego niewyspane noce i zmęczenie dały znać o sobie za przełęczą.
Co innego Ela.
To kobieta na baterie. Nie widziałem co rano jadła, ale ciężko za nią było nadążyć.
Może dlatego, że jak mówi Diabeł "to nie człowiek, to miejscowa" :-)
Od przełęczy śniegu nam przybyło, na początku szedłem bez rakiet, ale w końcu założyłem swoje dopalacze i udało mi się zmienić Elę na prowadzeniu.
Podejście pod schronisko było wyczerpujące.
Marzyliśmy z Czapą o rozbiciu namiotu niedaleko chatki, ale nie było takiej opcji (może następnym razem).
Gdy już wszyscy poszli spać postanowiłem udać się na ostatniego tego pięknego wieczora pecika.
Stojąc tak w drzwiach schroniska zauważyłem na wprost przede mną trzy czołówki, była już prawie północ. Światełka wyraźnie poruszały się w moją stronę.
Stałem tak dobre 20min. Światła raz zapalały się, raz gasły raz jedno raz drugie.
Myślę sobie, nic tylko ktoś tak jak my próbuje się zimą, tylko wyszedł za późno i ma teraz problemy.
Wracam po kogoś, aby potwierdził że nie mam przewidzeń.
Ela wraca ze mną przed schronisko.
Wypatrujemy świateł, niestety nic nie widać.
Mgła sie przerzedza i widzimy światła, ale samochodów jadących w dole drogą.
Jestem na 100% pewien że widziałem jednak światła czołówek i były wyraźnie na wysokości szlaku, a nie na dole.
Wychodzimy kawałek na szlak.
Jednak nic nie widać, tylko samochody w dole.
Sam już nie jestem pewien.
Wracamy do schroniska, Elę obarczam odpowiedzialnością, jeżeli jednak ktoś tam był i idę spać.
Widok samochodów na drodze na dole, zwiastuje poprawienie pogody na jutro :-)
cdn...
jeszcze kilka fotek z tego dnia.
Smerek, przełęcz i połonina
a schron był oświetlony jakoś na zewnątrz? mogłeś pomóc i poświecić Twoją czołówką - to mogłoby pomóc wędrowcom, rozwiałbyś wątpliwości. A dlaczego nie było opcji namiotowej przy schronie? Zakaz ze względu na BdPN? P.
świeciłem w opcji 90m, mrygałem dawałem różne znaki.
Jednak chyba zmyliły mnie samochody na drodze.
Nie słyszałem później, aby kogoś szukano lub znaleziono.
Schronisko, a raczej wiatka Goprowców jest oświetlana od tamtej strony do ok. godz 22
Co do spania, to zakaz BdPN
Dzień 5.
Wstaję wcześniej, jest mi gorąco.
Idę zobaczyć czy to już.
Pogoda super wszystko widać.
To jeszcze nie już, ale widać już poświatę.
Wschód lada moment.
Dopalam pecika i wracam po aparat.
Ela idzie również.
Sesja trwa, dołącza Czapa i Duńczyk.
Wschód przepiękny. Widoczność idealna.Tylko ciągle wieje.
Chmury powoli ustępują. Rozwidnia się
Z prawej we mgle majaczą Tatry.
Z lewej to chyba Pikuj i masyw Karpat Ukraińskich i prawie cała Ukraina.
Solina za plecami, Caryńska, Tarnica i Rawki na wyciągnięcie ręki.
Dzisiaj się będziemy opalać.
cdn...
przepiękny ten wschód mieliście ! Bajer :)
Wschód słońca nad sraczem (5) ....to jest hicior.
tak a wokół sracza czuć zapach PRL-u :)
Taxusie,
Moim skromnym zdaniem gówno tak samo śmierdzi w każdym ustroju;)
A wschód słońca niezły...bez względu nad czym on tam jest;)
Zajebiście piptsze teras niebieski szlak nanas czeka pozdrowienia duńczyk
Pszepraszam potsze
taxus10 napisał :
Nie zgodzę się z tym.Cytat:
tak a wokół sracza czuć zapach PRL-u :)
Przy tej temperaturze nie czuć zapachu, !!!!
cd opowieści
Po sesji jemy śniadanko, pakujemy się i dalej w drogę.
Słońce wschodzi nam coraz wyżej zwiastując ładną pogodę.
Szczelnie zapinamy ubranka, idąc granią połoniny wiatr ciągle przypomina nam kto dzisiaj tu rządzi.
Poza górną granicą lasu słońce przejmuje inicjatywę na resztę dzisiejszego dnia.
Robi się "nieprzyjemnie" ciepło a wręcz gorąco.
Plaża w Sopocie na morzem normalnie :-), tylko piasek ma biały kolor.
Zdejmujemy kurtki i zbędne ocieplacze, zostajemy w polarach i bieliźnie.
Okulary p.słoneczne stają się niezbędne, słońce mocno razi odbijając się od śniegu.
Pogoda-marzenie.
Dojście do Berehów zajmuje nam dosłownie chwilę.
Na parkingu przy budce BdPN robimy dłuższą przerwę na przepak i dostosowanie ubioru.
Można się poopalać.
cdn...
No zaszalałeś tym stwierdzeniem:PCytat:
Plaża w Sopocie na morzem normalnie :smile:
cd.
Z Berehów ruszamy na Caryńską.
Podejście wymagające.
http://lh3.ggpht.com/_XY1Zsv4kH0c/S4...4/P1030099.JPG
Po nocy spędzonej w chatce idzie mi się ciężko.
Szlak przetarty, słonko przygrzewa nawet między drzewami.
Robimy coraz więcej krótszych i dłuższych postojów.
http://lh4.ggpht.com/_XY1Zsv4kH0c/S4...4/P1030105.JPG
No i mnóstwo zdjęć.
http://lh6.ggpht.com/_XY1Zsv4kH0c/S4...0/DSC02757.JPG
Pogoda super.
Widoczność idealna. Może nie taka jak przy inwersji, ale widać naprawdę wiele.
http://lh5.ggpht.com/_XY1Zsv4kH0c/S4...0/IMG_5134.JPG
Czas mamy dobry, do Ustrzyk niedaleko, więc i na dłuższe przerwy można sobie pozwolić.
Na odkrytych przestrzeniach sporo nawianego śniegu, idę w rakietach.
Przed granią, a właściwie na jej początku robimy dłuższy popasik z czekoladką i sesją foto.
http://lh3.ggpht.com/_XY1Zsv4kH0c/S4...4/P1030120.JPG
Później już tylko chwila i jesteśmy na szczycie Caryńskiej.
http://lh3.ggpht.com/_XY1Zsv4kH0c/S4...0/DSC02755.JPG
Grupa znacznie się rozciąga, wszyscy zawzięcie fotografują (prawie wszyscy:-) )
http://lh3.ggpht.com/_XY1Zsv4kH0c/S4...0/DSC02764.JPG
Dzisiaj spotykamy już więcej turystów na szlaku. Najwięcej ludzi wchodzi zielonym od Przełęczy Wyżniańskiej.
Niedaleko za skrzyżowaniem szlaku czerwonego z zielonym dogania nas "Stary". Tak chyba się wabi mieszkaniec Bacówki pod Małą Rawką.
http://lh3.ggpht.com/_XY1Zsv4kH0c/S4...0/DSC02770.JPG
Diabeł dzwoni do schroniska, że mamy ich pieska. Właściciele proszą o sprowadzenie go do Ustrzyk. Tam wieczorem umawiamy się na zwrot psa.
Dzień jest przepiękny, słonko mocno przygrzewa, śnieg razi oczy.
http://lh5.ggpht.com/_XY1Zsv4kH0c/S4...0/DSC02752.JPG
Późnym popołudniem docieramy do końca grani Caryńskiej i schodzimy do granicy lasu.
Śniegu przybywa, "Stary" toruje szlak.
http://lh5.ggpht.com/_XY1Zsv4kH0c/S4...0/DSC02761.JPG
Z połoniny stromo w dół, Czapa trenuje pupozjazdy przy okazji rzucając ekwipunkiem po lesie. Lubi sporty ekstremalne :-)
Na parkingu w Ustrzykach jesteśmy już po zmroku.
Czekamy chwilę na właścicieli psa.
Po szczęśliwym przekazaniu psiego wędrowca, Diabeł już trzyma swoją golonkę w garści.
W ZPC ponoć smakuje najlepiej :-)
http://lh3.ggpht.com/_XY1Zsv4kH0c/S4...4/P1030132.JPG
cdn...
Moje uzupełnienie ...
W niedzielę urywam się szybko z weselnych poprawin by spakować swoje manatki do wyprawy. Rozmawiam z Piotrkiem o ich sytuacji i zaczynam mieć ..... stresa. Do mojej głowy cały czas napływają myśli czy dam radę, nie dla kogoś ale dla siebie. Od jakiegoś dłuższego czasu chcę pojechać na jakąś dłuższą, ekstremalną wyprawę więc gdzie lepiej się nie sprawdzić jak nie u siebie??? Tym bardzie nie chce się rozczarować :? W poniedziałek popołudniu jadę do Cisnej i w Trollu czekam na resztę. Jestem strasznie ciekawa reszty ekipy - znałam tylko Piotra i Karolinę i wtedy jeszcze nie wiedziałam że z 9-osobowej ekipy została nas tylko piątka.
Noc w goprówce po weselichu była zdecydowanie za krótka a ta pobudka..... Bezcenne...
Po bardzo dobrze przespanej nocy szybko regeneruję się po weselichu :-) I w ogóle adrenalina wysoka, piękne widoczki (przynajmniej na początku) więc nogi same niosą. Ku wyjaśnieniu jadłam kaszkę dla niemowląt :-)))) Już raz w Rumuni w Paringu uratowała mi życie 8-) No i jestem miejscowa.
Przed zmrokiem docieramy do Chatki. Uwielbiam ten klimat. Dookoła jest nieprzyjemnie, hula wiatr, zacina śniegiem a w środku tak cieplutko i przyjaźnie. Bigos Dorci i whiskacz Duńczyka wszystkim poprawia humor.
Przed nocą Piotrek obarcza mnie odpowiedzialnością za światła czołówek gdzieś tam w oddali. Cholera ... stoimy pod chatką, wyostrzają mi się wszystkie zmysły ale nic nie widzę. Kurczę, może faktycznie ktoś tam potrzebuje pomocy, sama wiem, że nawet w dzień nie było łatwo. Więc jeszcze kilkakrotnie podchodze do okna i wypatruje i kładę się z nadzieją że tylko nam się wydawało ... I na szczęście, tylko nam się wydawało :grin: