-
10 załącznik(ów)
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Dojechałam do walącej się cerkwi pw. św. Paraksewy. Cerkiew zrębowa (na obłap), orientowana, zwieńczona trzema kopułami, które wyraźnie podreślają trójdzielność budowli (babiniec, nawa główna, prezbiterium). Widoczne ostatki oddzielające każdą część. Jednak w środku ruina.
Załącznik 35644
Widoczny babiniec:
Załącznik 35645 Załącznik 35646 Załącznik 35647
Jadąc główną drogą dojechałam do pięknego przystanka.
Załącznik 35648
W Polance Horynieckiej (w czasach kolonizacji józefińskiej zwana Deutschbach) natknęłam się na ciekawy krzyż wotywny. Krzyże dziękczynne często stawiali też prości chłopi, stąd błędy w pisowni. Pewnie nie wiedzieli też z jakiej choroby ozdrowieli, wiedzieli jednak, że była to wielka choroba!
Załącznik 35654
Zbliżało się już powoli ku wieczorowi. Trzeba było pomyśleć o miejscu biwaku. Udałam się w dróżkę prowadzącą ku kamieniołowi w Starym Bruśnie. Natknęłam się na piękną polankę a przy niej kolejny krzyż przydrożny.
Załącznik 35649
Jednak obecność turystycznych rowerów w okolicy spowodowała, że prędzej zaczęłam kręcić kółka. Kamienista ściezka wznosiła się cały czas ku górze a ja jechałam prędko nie zatrzymując się prawie wcale. Przeniosłam tylko rower przez szlaban, który zamykał drogę do kamieniołomu. Dalej znów pędziłam aż do samej góry. W końcu ku mym oczom otworzył się piękny widok na kamieniołom. Pomyślałam -"a więc to tu w Bruśnie wszystko się zaczęło". Celowo chciałam najpierw zobaczyć kamieniołom, jako źródło a potem dopiero cmentarz, będący efektem pracy.
Załącznik 35650 Załącznik 35651 Załącznik 35652
-
9 załącznik(ów)
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Sztuką jest rozbić namiot w kamieniołomie, gdyż wszędzie jest kamieniste podłoże, jednak udało mi się znaleźć trochę ziemi, w którą weszły śledzie.
Załącznik 35675
Piękne miejsce na biwak... Księżyc dochodził już do pełni, dlatego nocą było bardzo jasno. Światło odbijane przez księżyc doskonale odbijało się od jasnych kamienii dlatego nawet w środku nocy mogłabym przechadzać się i bez żadnej latarki zwiedzać kamieniołom. Jednak darowałam sobie tę przyjemność patrząc nań z namiotu. W środku nocy nie potrzebowałam też latarki, by cokolwiek znaleźć w namiocie. Było jasno. Może zbliżająca się pełnia powodowała, że całą noc ciężko było mi zasnąć.
Rano zjechałam tą samą ścieżką w kierunku Polanki Horynieckiej. W zasadzie od samego kamieniołomu do Polanki zupełnie nie kręciłam pedałami!
Dojechałam do sielankowej, pięjnej wsi. Rzadko można dziś już spotkać wieś, gdzie główna droga nie jest pokryta asfaltem. Gęsi wyszły mi na przywitanie, kurki gdakały, koguciki piały.
Załącznik 35676
W centrum wsi:
Załącznik 35677
Jadąc dalej wyjechałam poza wioskę na rozległe pola. Ujrzałam tak bliski memu sercu krzew -dojrzałą dziką różę. Tak dawno nie widziałam już owoców dzikiej róży! Zeszłej jesieni systematycznie charatałam sobie dłonie zrywając te wspaniałe owoce na przetwory. Nic nadto teraz, jak czekać na przymrozki.
Załącznik 35678 Załącznik 35679
Jadąc dalej wkroczyłam do krainy Starego Brusna.
Załącznik 35680
Po chwili znalazłam się w kulminacyjnym miejscu mojej wycieczki - na cmentarzu w Starym Bruśnie!
Załącznik 35681 Załącznik 35682
Charakterystyczny bruśnieński nagrobek:
Załącznik 35683
-
10 załącznik(ów)
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
-
7 załącznik(ów)
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Cytat:
Zamieszczone przez
Jimi
Dojechałam do walącej się cerkwi pw. św. Paraksewy. Cerkiew zrębowa (na obłap), orientowana, zwieńczona trzema kopułami, które wyraźnie podreślają trójdzielność budowli (babiniec, nawa główna, prezbiterium). Widoczne ostatki oddzielające każdą część. Jednak w środku ruina.
Załącznik 35644
(...)
Regionalne media cały dzisiejszy dzień trąbią, że cerkiew ta będzie ratowana.
Jeszcze w tym roku mają rozpocząć się prace. Inwestorem jest Muzeum Kresów z Lubaczowa.
Oby.
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
niestety Aniu...najśliczniejszy został parę lat temu po chamsku skradziony ..................
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Heniu, miejmy nadzieję. Tak, słyszałam o tym aniołku już dawno.
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Cytat:
Zamieszczone przez
don Enrico
Regionalne media cały dzisiejszy dzień trąbią, że cerkiew ta będzie ratowana.
Jeszcze w tym roku mają rozpocząć się prace. Inwestorem jest Muzeum Kresów z Lubaczowa.
IV 2014. Pan inwestor (S. Makara, Muzeum Kresów, z lewej) ustala z Naczelnym Cerkiewnikiem Polski pd-wsch. (J. Giemza z Muzeum-Zamku w Łańcucie, w środku) jak ma wyglądać cerkiew po odbudowie. Czy ma to być bryła budowli pierwotnej, czy też po którejś istotnej przebudowie. Materiałami pomocniczymi są szkice bryły cerkwi z różnych okresów jej istnienia, wykonane przez J. Mazura z Muzeum Kresów.
http://ciekawe.tematy.net/2014/img/_DSC5469NB.JPG
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
W tym samym dniu co Jimi byliśmy w tej cerkwi. Myślę, że trzeba ją zamknąć bo w środku było kilkanaście pustych butelek. Co będzie, jak komuś strzeli do głowy rozpalić w środku ognisko? Może nie być czego ratować.
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Cytat:
Zamieszczone przez
Jimi
. Zachwyciła mnie konstrukcja i przemyślenie tych budowli.
niestety , jakoś wykonania -dość licha .W wielu miejscach widać ewidentną fuszerkę . Nawet palcem można dłubać w owym "betonie " ( większa ilość użytego piachu do cementu, być może ów cement poszedł na ''lewo" ) . Procent skończenia prac dość mały. Wysłałem Ci fotkę nie do końca obsadzonej POLSKIEJ ( z linii obronnej Sarny) kopuły pancernej na Wlk. Dziale. Wiele bunkrów nie posiadało wyposażenia. Jak i pełnej obsady. Istnieje teoria ( w którą ja osobiście nie wierzę ! ) ,że linię obroną budowano ..w tajemnicy przed Stalinem. Do tego nie spełniły w zasadzie swej roli- Niemcy i tak przeszli bokiem i dalej na Rawę R.
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Cytat:
Zamieszczone przez
skylux
w środku było kilkanaście pustych butelek.
....butelki widywałem tam zawsze...co najmniej kilkanaście lat temu
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Cytat:
Zamieszczone przez
skylux
W tym samym dniu co Jimi byliśmy w tej cerkwi. Myślę, że trzeba ją zamknąć bo w środku było kilkanaście pustych butelek. Co będzie, jak komuś strzeli do głowy rozpalić w środku ognisko? Może nie być czego ratować.
... popieram... na mojej wichurze był pałac... jak się przeprowadziłem w to miejsce, to wewnątrz pałacu była stolarka nienaruszona, centralne ogrzewanie, wszystkie szyby w oknach, dach..leciutki remont i można użytkować.... później kupiła ten pałac pewna fundacja z Warszawy... nie wiem, ale chyba tylko by móc go zastawić pod hipotekę, otrzymać kredyt, lub występując o coś dysponować większym majątkiem... nikt tak naprawdę się nim nie interesował, a po kolejnym roku ubyła instalacja co, okna, stolarka, wyrwano z tynku przewody elektryczne, zaczął hulać wiatr i tylko miejscowe drobne pijaczki-cwaniaczki robili sobie imprezki przy najtańszym alkoholu.... aż pewnej nocy obudziło mnie odległe wycie syren strażackich i jedenaście jednostek straży nie uratowało pałacu....tak więc byłem świadkiem zrujnowania w przeciągu kilku lat... teraz ten pałac wygląda jak ruina z okresu IIwś .... jeśli ktoś może się przyczynić do zamknięcia tej cerkwii to być może ją uratuje od smutnego losu...
-
9 załącznik(ów)
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
W zasadzie w tym momencie możemy zakończyć tę Roztoczańską sielankę. Do głowy przyszedł mi fatalny pomysł, jakoby następny odcinek, czyli z cmentarza w Starym Bruśnie do Polanki Horynieckiej pokonać doliną Brusieńki. Z cmentarza wiodła przyjemna ścieżka. Po 5 minutach dojechałam do rzeki Brusieńki. Dalej ścieżka prowadziła wzdłuż rzeki. Po chwili napotkałam przeszkodę w postaci przewalonych drzew. Z lewej strony nie dało się jej obejść, co tłumaczą gęste krzaki poniżej. Z prawej strony był niski, gęsty iglasty las. Nie mając wyboru przeszkodę ominęłam lasem. Potem było tylko gorzej.
Załącznik 35737
Wróciłam na moją "ścieżkę" która w zasadzie już zanikła pod przykryciem starty pokrzyw i chaszczy sięgających minimum do pasa. Po prawej dalej ten gęsty, niski las świerkowy co róż z większymi i mniejszymi przewalonymi drzewami lub strome zbocze do rzeki. Tym razem lasem nie dało się iść, trzeba było wrócić na "ścieżkę". A na ścieżce porzywy minimum do pasa jak widać na zdjęciu. Nie chciało mi się nawet kurtki zakładać, szłam z krótkim rękawkiem. Pokrzywy parzyły mnie przez getry. Po rękach oczywiście też ale po dłuższej chwili przestałam na to zwracać uwagę. Starałam się je odgarniać nogą lub rowerem. Przyjęłam zasadę, że nie wolno mi się nawet raz podrapać. Dzięki temu łaskotanie przechodziło lada moment! Już nie zwracałam na to uwagi. W zasadzie jak tylko widziałam pokrzywy, to w zasadzie się cieszyłam i szłam tędy, bo było to sto razy lepsze niż noszenie roweru ponad lub pod zawalonymi drzewami pośród lasu. Od tego lasu ręce, ramiona miałam tak pocharatane jakbym całą rękę pocięła nożem w odcinkach co 2 cm :) Gdybym miała na sobie nową kurtkę to mogłoby to się dla niej źle skończyć, dlatego wolałam pociąć ręce :) Więc ruszyłam w morze pokrzyw :)
Załącznik 35738
Ten w sumie krótki odcinek doliny Brusieńki, idąc cały czas wzdłuż rzeki czyli właśie doliną (po lewej miałam wzniesienia, coś na kształt gór, po prawej strome zbocze rzeki) pokonałam w aż półtorej godziny! Chyba nie trzeba dodawać, że było to wyłącznie pchanie/noszenie/targanie roweru. Ah jaka ja byłam zła. Stwierdziłam, że nigdy w życiu tutaj nie wrócę! Niecierpiałam tej doliny! Dżungla! Jakieś badyle twarde i wyższe ode mnie, krzaczory, pokrzywy (te akurat najprzyjemniejsze). Samemu pewnie łatwiej by się szło. Wystarczyłoby się schylić, kucnąć itp. Ale jak przez to wszystko przeprowadzić rower! Chyba nie trzeba dodawać, że było to zdecydowanie moje największe chaszczowanie w życiu. Myślałam, że nigdy z tej dżungli nie wyjdę :) Pieprzonej roztoczańsiej dżungli. Doszłam do miejsca po starym młynie, co dało się usłyszeć przez silny wodospad.
Załącznik 35739
W końcu doszłam do "drogi" w wysiedlonym przysiółku Polanki Horynieckiej, uff. Minęłam stadninę koni. Ścieżka znów obsypała się piachem uniemożliwiającym zupełnie przejazd. Znowu trzeba było pchać rower z dobre pół godziny! A szlak jest oznaczony jako rowerowy - do diaska z takimi roztoczańskimi szlakami! Skąd oni mają tyle piachu na drogach??
Załącznik 35740 Załącznik 35741 Załącznik 35742
Po sporym wysiłku dnia dzisiejszego ogarnął mnie głód a żarełko już się skończyło. Byłam dziś tylko o skromnym śniadaniu. Zastanawiałam się po jaką cholerę wyznaczają trasy rowerowe przez miejsca po których nie da się jechać rowerem. Po pół godzinie znalazłam odpowiedź. Jak najbardziej warto było tędy pchać rower po to, by po czasie wyjść na przepięne roztoczańskie pola ("skrzyżowanie" przy kapliczce) i dalej jechać płytami betonowymi. Potem już wkroczyłam na asfalt (w końcu!) a rowerek sam zjeżdżał sobie z górki. Dość szybkim tempem w ten sposób dojechałam do Nowin Horynieckiech. Stąd miałam dwie możliwości dojazdu do Horyńca -albo elegancko asfaltem, gdzie droga wiedzie cały czas prosto lub znów jakimiś ścieżkami, lasami -kto wie co pod nimi może się kryć, czy będzie łatwo czy nie. Stwierdziłam, że skoro już jestem w Nowinach to wypada je chociaż obejrzeć. Przejechałam więc całą wieś do kapliczki. Tu przeszukałam cały plecak, czy faktycznie nie mam już nic do żarcia? Nic a wody zostało na dwa łyki. No to pięknie. Miałam ochotę jak najszybciej znaleźć się w Horyńcu. Spojrzałam znów na mapę. Najszybciej oczywiście asfaltem, gdzie prosta droga. Ale nieopodal, dalej, znajduje się cmentarzyk wojenny. I ja miałabym go przeoczyć?! Przeoczyć cmentarz wojenny dla jakiś kaprysów?! Nigdy w życiu!
Załącznik 35743 Załącznik 35744
Cmentarz wojenny zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Wbił mnie w ziemię. Przede wszystkim swoją pustką. Były na nim tylko dwa wielkie drewniane krzyże przy wejściu a pomiędzy nimi jeden nagrobek. Oprócz tego całość otoczona była wyraźnym wałem i rowem. Pośrodku znajdowały się rzędy a między nimi nasypy ziemi jako znak, że tutaj są mogiły. Nie było na nich żadnych inskrypcji, napisów. I właśnie ta pustka wywarła na mnie większe wrażenie, niż gdyby cokolwiek tu było napisane. Później doczytałam, że jest tu pochowanych 1000 żołnierzy o nieznanej przynależności do jednostek czy armii. Szok! Pierwsza myśl to taka, że Roztocze potrafi niesamowicie wyznaczyć teren cmentarza wojskowego. Najczęściej nie ma na nich nic szczególnego -wał i nasypy i tablice informacyjne, że jesteś na cmentarzu wojskowym ale teren ten jest doskonale widoczny. To robi na mnie większe wrażenie, niż beskidzkie cmentarze wojskowe, gdzie może i nawet znajdzie się jakaś mogiła czy krzyżyk ale teren ten nie jest zachowany. Tu nie chodzi o ozdoby w postaci krzyżyków. Tutaj chodzi o samo wyznaczenie cmenatrza, zachowanie jego lini wałów oraz kształtu mogił, które pokryła ziemia i trawa. Czujesz to, że jesteś na cmentarzu wojskowym. Jednak zdaję sobie sprawę, że pewnie dla 90% odwiedzających jest to zwyczajna nuda, ponieważ tu nic nie ma...
Co prawda miałam wracać na asfalt ładniutką drogą ale gdy zobaczyłam napis, że za 500 metrów jest jakaś kapliczka leśna, pomyślałam - "i ja miałabym przeoczyć tą kapliczkę leśną dla jakiś kaprysów?! Nigdy w życiu!". Kapliczka owa okazała się najbardziej popularną, wycieczkową atrakcją regionu. Wiele samochodów na parkingu na skraju lasu. Wiele turystów niedzielnych. Niektórzy łamali zakaz wjazdu i podjeżdżali autem pod samą kapliczkę. Wiele ujęć wody zdrowotnej i w ogóle szał atrakcji i ludzi. Gdy pojawiłam się z rowerem na którym miałam bagaże, robiąc wrażenie wytrawnego turysty, wzbudziłam spore zainteresowanie. Napełniłam przynajmniej zapas wody zdrowotnej. Jakieś półgodziny temu miałam wprawdzie plan jechania asfaltem prostą drogą ale teraz pomyślałam, że skoro zajechałam już tak daleko, to nie mam wyboru niż znów jechać lasem :) Przejechałam pod tunelem, potem pod górkę. No i wyjechałam do drogi prowadzącej do Horyńca. Już byłam tak głodna ale z racji, że była niedziela po południu miałam nikłe szanse na znalezienie jakiegoś otwartego sklepu. Spotkałam ludzi i zapytałam o otwarty slep. Powiedzieli zadowoleni, że dziś wszystko jest otwarte ponieważ są dożynki! :) A w centrum jest festyn! :) Koniec świata!!! Pognałam na festyn, na dożynki! Miałam jeszcze półtorej godziny do pociągu, czyli idealnie. A w Horyńcu gra wiejska kapela, ludzie się bawią, poubierani odświętnie, różne domowe pyszności i piwko się leje. Wiejskie, domowe gołąbki, kotleciki, ciasta i inne cuda -każda porcja za... 2 zł czyli symboliczną opłatę :D Ależ jadłam aż mi się uszy trzęsły! :D Głupi to ma zawsze szczęście.
Załącznik 35745
Dziękuję za uwgę.
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Co za zbieg okolicznośći też w niedzielę byłam w tamtych stronach odwiedzając kraj przodków bo moja rodzina pochodzi z Narola.Co do kapliczki postawionej za oddalenie choroby to nie jestem pewna ale gdzieś w tych latach jak prababka mi opowiadała panował tyfus ona była jedną z niewielu chorych ,którzy przeżyli,może tamten ktoś też był ofiarą tej epidemi.
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
No ładne chaszczowanko Brusienką, bardzo ten kawałek od ruin młyna do cmentarza lubię :)
Ale tak naprawdę to łatwy kawałek, od ruin młyna na południe do zakrętu Brusienki a potem na wschód, tam jest 2,5 km wąwozu, jego przejście to syta dniówka po której dżungla w Kongo to lasek wolski ;)
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Haha a ja go nie lubię :) Tak jak mówiłam, na pusto nie ma problemu ale z rowerem to była masakra :) Cały czas mam całą tą trasę przed oczami no bo jak się idzie taki odcinek 1,5 godziny to można nauczyć się go na pamięć :) A ten drugi wariant sobie zapamiętam :)
ps. Lasek Wolski to chyba najczęściej odwiedzane przeze mnie miejsce w Krakowie (od strony przystanku Baba Jaga) i darzące największym sentymentem -eh ile to jesienno-wiosenno-zimowych wieczorów przesiedziałam w nim z przyjacielem sącząc piwko :) I mało tam ludzi bywa, przynajmniej z tej naszej strony. Kumpel raz nawet w lasku wolskim zobaczył dzika. Nie wiem skąd się to mi wzięło ale często gdy właziliśmy do lasku to mówiłam że idziemy na.. Łopiennik :D (mimo że przyjaciel w Bieszczadach w życiu nie był ;p)
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Cytat:
Zamieszczone przez
Browar
No ładne chaszczowanko Brusienką, bardzo ten kawałek od ruin młyna do cmentarza lubię :)
Ale tak naprawdę to łatwy kawałek, od ruin młyna na południe do zakrętu Brusienki a potem na wschód, tam jest 2,5 km wąwozu, jego przejście to syta dniówka po której dżungla w Kongo to lasek wolski ;)
ja też ....
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
W cudowne, roztoczańskie miejsca trafiłaś (trafiliście). Nieopodal (na trasie od młyna do cmentarza) umknęła Wam kapliczka św. Mikołaja. Tyle, że ostatnio chyba podtopiona przez bobrowe harce. :) W tamtych okolicach jest wiele urokliwych miejsc. Ot chociażby stare siedliska z zapomnianymi, zębem czasu nadgryzionymi , krzyżami, schrony bojowe ( Hrebcianka : 6 schronów jeszcze nie zamurowanych i nieokratowanych ) ... Przepraszam, że się rozgadałem ale Roztocze to Moja Miłość ... jak zapewne dla Was Biesy. :)
PBS. Cez (może być Czarek).
-
10 załącznik(ów)
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Beskid Niski sercu bliski
...czyli chaszczem się sztachnąć!
4/7 czerwca 2015
http://wadera55.republika.pl/niski_c...015/niski.html
Chwilę zastanawiałam się, czy opisywać tę węrówkę. Jednak z racji, że czasem lubię cofnąć się w czasie i poczytać swoje wspomnienia, postanowiłam i te utrwalić. Dawno nic nie opisywałam ale to nie znaczy zupełnie, że wędrówek nie było. Wręcz przeciwnie. Były albo krótkie albo w gronie znajomych, więc nie kwalifikowały się do owej serii opowiadań. W międzyczasie zapoczątkowałam nowy kolejny etap, czyli biwakowanie zimą w górach, które stanowić miało jedynie trening przed następnymi zimowymi planami. W zasadzie w pierwszy dzień nowego roku obudziłam się na najwyższej górze polskich Bieszczadów, co stwierdziłam, że jest dobrym rokowaniem na ten rok. Były systematyczne wędrówki po bezdrożach Karpat Ukraińskich. Teraz nadszedł czas, by spakować swój 28 już letni namiot, który podarował mi pewien wspaniały podróżnik i na swoje 28 letnie urodziny udać się na kilkudniową wędrówkę po Beskidzie Niskim.
W Boże Ciało dojechałam autobusem do Krosna. Przespałam dworzec końcowy, lekko zaskoczyłam kierowcę gdy przemówiłam doń z szeluści autobusu, gdy ten zajeżdżał na zajednię w Krośnie. Podreptałam na znaną mi już obwodnicę. Stąd sprawnie złapałam stopa do Nowej Wsi. W planach była Cergowa. Przeszłam przez most i planowałam niebieskim, potem żółtym szlakiem wejść na szczyt. Udałam się wzdłuż rzeki Jasiołki niewielką ścieżką. Pod koniec była trochę zarośnięta ale przebrnęłam dalej. Doszłam do dużej stokówki. Był potoczek, tak jak na mapie. Tu zjadłam pierwszy posiłek tego dnia.
Załącznik 37907
Szlaku nie widziałam, więc ustaliłam azymut. Stokówka szła w kierunku północnym, ja zaś miałam iść na wschód. Trzeba było ją opuścić. Idąc lasem zobaczyłam, że moje zbocze schodzi po prawej do jakiegoś jaru. Skoro jest jar - to musi być potok! Pewnie ten właściwy, wzdłuż którego idzie szlak. Zeszłam do jaru, wdrapałam się na jego drugie zbocze. Dotarłam pięknie do szlaku. Gdzie ten szlak w Nowej Wsi się zaczyna i wchodzi do lasu?! Oj ciężko było to przewidzieć, od samego mostu żadnych zupełnie oznakowań, potem szłam jedyną możliwą ścieżką też bez oznakowań. Raczej na wyczucie trzeba wejść w las, teraz już domyślam się gdzie powinnam. Nawet się zastanawiałam nad tym punktem, nawet się do tego przymierzałam, jednak pokrzywy do pasa dzielące łąkę od lasu -nie zachęciły mnie do tego. Jeżeli ktoś chce wejść w las niebieskim po jakiejś ścieżce -niech zapomni o swoich fantazjach. Dziś tylko uśmiecham się, gdyż te wtedy trawki były niczym w porównaniu z tym co czekało mnie następnymi dniami. Tak więc po 15 minutach chodzenia po lesie na azymut znalazłam się idealnie na szlaku. Niebawem dotarłam do Złotej Studzienki. Stąd znów poszłam pierwszą lepszą stokówką na azymut myśląc że idę żółtą ścieżką. W rzeczywistości żółta szła równolegle ale zaczynała się gdzieś za studzienką. Po 10 minutach doszłam do szlaku. Stąd jak z łuku strzelił, prosto na Cergową. Na szczycie spotkałam turystów a później gdy zostałam sama posłyszałam jakiś okrzyk. Oglądam się, nikogo nie ma -czy ja mam przesłyszenia? Po chwili znów. Oglądam krzaki za zboczem -pusto. Za trzecim razem zorientowałam się, że te nawoływania dochodzą... z góry. Wesoły człowiek szybował na paralotni. Jak wiadomo, na szczycie Cergowej jest las, więc nie wypatrzyłam go za pierwszym razem, gdyż był nad drzewami. A to ci psikus! Potem chwilę szlakiem do jaskiń. Jakież to było piękne miejsce! Zostawiłam plecak i pobiegłam do skałek, wchodząc na większość i oglądając z każdej strony. Ileż jam tam było! Znalazłam nawet jaskinię. Okolica przecudna, jakby w tym miejscu poruszyła się ziemia. Pamiętam, podobne wrażenie miałam na pięknym osuwisku w lesie w Bieszczadach, które też opisywałam. Po dłuższej chwili wróciłam do plecaka. Podążyłam jeszcze chwilę szlakiem, jednak zerkając co chwilę na mapę i kompas w ustaleniu pozycji, z której miałam odbić ze szlaku. W międzyczasie zarysował mi się piękny widok na Pietrosa, zwanego w Niskim - Piotrusiem. Jeszcze chwilę szłam szlakiem aż zniecierpliwołam się tym szukaniem odbicia, więc wymyśliłam swoje. Na azymut, przez krzaki. Pełno krzaków jeżyn i malinisk, oczywiście ścieżki brak.
Załącznik 37908
Ale na co mi ścieżka jeśli mam azymut. Doszłam do fajowego zbiegnięcia się trzech jarów w jednym punkcie. Mizerne zdjęcie przedstawia tylko kawałek jednego.
Załącznik 37909
Oczywiście potok. W górę i znów do jaru. I znów pod górę. Tak szłam i szłam. Krzaki coraz większe. Drzewa coraz niższe. Czasem napotykałam ściany niskich drzewek iglastych, które w parze z krzakami już zupełnie zagrodziły mi drogę. Nie lada wyzwaniem było wydostać się z tego labiryntu! Ostatni raz taki na prawdę solidny chaszczing zaserwowałam sobie na Roztoczu, co też opisywałam. Tylko, że wtedy było gorzej, bo miałam z sobą rower :) Nie ukrywam, że trochę się już zezłościłam, gdyż idąc i idąc nie mogłam się wydostać, zaś każde podchodzenie do "skraju" okazywało się skrajem złudnym, gdyż dalej było to samo. W końcu stwierdziłam jedno -co by nie stanęło mi na drodze, nie ważne, muszę iść zgodnie z azymutem, gdyż tylko w ten sposób wydostanę się z tej mordęgi. Idąc na pałę przed siebie po dość krótkim czasie wyszłam do miejsca planowanego! A jeżeli już chcemy być drobnostkowi, to wyszłam z lasu ok. 80-100 metrów dalej niż planowałam to sobie w domku w Rzeszowie. Tylko, że w domku obstawiałam, że będę szła ścieżką zaznaczoną na mapie. Idąc dobrą godzinę po niezłym leśnym labiryncie, taki wynik uważam za bardzo dobry. Przecież mogłam wyjść zupełnie gdzie indziej -bo tak na prawdę to Bóg jeden wie, którędy ja właściwie szłam! Czasem chciałabym by mi ktoś wyrysował dokładnie trasę i slalomy którędy chodzę, nawet są urządzenia do tego służące, jednak używanie takowych wynalazków odebrałoby mi w zupełności całą frajdę i sens moich wędrówek, gdyż ważnym elementem ich jest adrenalina, która wytwarza się np. w momencie totalnego wkurzenia gdy chodzę i chodzę i sama siebie pytam -gdzie ja u licha właściwie jestem i czy tak na prawdę dobrze idę? Giepees odpowiedziałby mi na owo pytanie a to oznaczałoby koniec zabawy.
Załącznik 37910 Załącznik 37911 Załącznik 37912
Tak więc wyszłam na niesamowicie piękne i bezkresne łąki Beskidu Niskiego. Aż do następnego dnia nie padną żadne nazwy, by zmusić czytelnika do zabawy z mapą. Jednak z kompasem nie rozstawałam się w ogóle i wytyczałam kolejne azymuty lub opisywałam otaczające mnie panoramy. Była już połowa dnia a dopiero 1/3 planowanej trasy przebytej. Zbyt wiele czasu i energii zajęło mi krążenie po labirytnach góry Cergowej i sama zabawa na niej. Jednak cel tej wędrówki miałam dość jasno określony - miała to być po prostu wyrypa i jutro wieczorem planowałam być na ... Jasielu, do którego miałam dotrzeć z okolic Dukli pieszo górami w 2 dni. Praktycznie nigdy nie ustalam sobie punktu docelowego, punktu noclegowego itp -przecież mam namiot. Jednak tym razem zrobiłam wyjątek. Ustanowaiłam cel. Jasiel. Dlatego, że jutro wypadały mi urodziny i chciałam być wtedy w tym miejscu. Od 8 lat nie obchodziłam tego dnia, nawet uwagi nań nie zwracałam. Dlaczego więc teraz nagle mi się odmieniło? Nie wiem :)
Było bosko. Godzina chyba około 15, czyli późno. Słońce wysoko dawało we znaki. Od tej pory szłam już tylko otwartym terenem. Zanurzyłam się w wysokich, kolorowych łąkach. Schodząc w dół, a w zasadzie wynurzając się zza zakrętu za zagajnikiem, nagle ujrzałam idącą pod górę parę zakochanych nastolatków. Przywitali się. Dziewczyna minąwszy mnie, zaśmiała się sympatycznie do chłopaka, jakby chciała mu przez to powiedzieć - "a zapewniałeś, że będziemy tutaj sami!". Któż mógł bowiem spodziewać się, że nagle zza drzew wyłoni się Jimi. Jak to kolega w Przybyszowie określił -Jimi zawsze pojawia się z Marsa (czyli ni stąd, ni zowąd). Gdy po chwili obejrzałam się - kochanków już nie było na horyzoncie. Pewnie zatonęli w morzu traw. Zeszłam w końcu do sympatycznej drogi.
Załącznik 37913
Jednak moja droga nie szła nią ale przecinała i znów miałam wspinać się pod górę. Napełniłam zapasy wody. Wchodziłam coraz wyżej a piękne widoki nie ustępowały.
Załącznik 37914 Załącznik 37915
Weszłam na przepiękny szczyt. Zjadłam obiad z widokiem na Pietrosa. Ruszyłam dalej. Nagle dopadło mnie dziwne osłabienie, gardło lekko pobolewało. Ot słoneczny dzień, czasem zerwał się wiatr. Będąc zgrzanym łatwo wtedy o przeziębienie. Tylko nie to! Wynalazłam w apteczce aspirynę i witaminę C. Góra schodziła w dół po to, bym za chwilę wchodziła na kolejną. Potem znów w dół i znów następna góra. W ten sposób wchodziłam i schodziłam na 4 szczyty, których wysokości oscylowały na poziomie przekraczającym 600 metrów.
Załącznik 37916
Ot taka wędrówka po Beskidzie Niskim -góry są niewysokie, jednak na trasie do pokonania było ich wiele. Gdy weszłam na ostatnią na tym odcinku, szyfrując panoramę niemało się załamałam - pierwszy szczyt na który miałam jutro wchodzić, był masakrycznie daleko, w zasadzie na samym horyzoncie! O wiele dalej, niż teraz po całym dniu marszu, za moimi plecami była Cergowa. A to miała tylko moja pierwsza górka, dalej za nią cały dzień marszu! Zeszłam w końcu do asfaltu. Tutaj się zawahałam -czy podjechać kilka kilometrów autostopem do Jaślisk, by jutro sprawnie rozpocząć długą wędrówkę? Wtem przypomniałam sobie cel owego wyjazdu - to miała być wyrypa! Nie ma zlituj się. Przeszłam wtem przez asfalt i zaraz za nim padłam. Stwierdziłam, że wejdę jeszcze chociaż na ostatnią górkę i nań rozłożę namiot. Ciężko było wstać. Woda mi się już kończyła. Na szczęście zaraz doszłam do wybornego potoku, więc uzupełniłam zapasy. Wody piłam dziś dużo. No to - komu w drogę, temu w górę!
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Piękny był zachód na Bani? ;)
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Myślę, że to było bardzo zacne miejsce do oglądania zachodu ;) Pięknie prezentowała się w oddali Cergowa na tle słońca ;)
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Czekam (i pewnie nie jestem sam) na dalszą trasę - czy zniosło Cię na zagubione cmentarze czy też szukałas Jagi (choć mam nadzieję, że nie szłaś nią tylko z magicznego miejsca z dzwonnicą pociągnęło Cię polami.
-
2 załącznik(ów)
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Załącznik 37919
Na szczycie przywitał mnie przepiękny zachód słońca nad Cergową, skąd zaczynałam dziś wędrówkę - teraz wydawała się ona całkiem daleko. Usiadłam na chwilę, gdyż takimi momentami należy się napawać. Spojrzałam wtem za siebie - "a może by pójść jeszcze trochę dalej, na kolejną górkę?", pomyślałam. Wszak do zmroku jest trochę czasu, nie ma sensu rozbijać się tak wcześnie, dużo drogi jeszcze przede mną. Im dalej zajdę dzisiaj, tym mniej będę miała jutro. Domowy plan zakładał właśnie dojście na jeszcze jedną górę. Czort z nim ale skoro dam radę iść dalej, to czemu miałabym nie iść. Kolejna górka wydawała się do ogarnięcia dość sprawnie, obstawiałam, że w 30-40 minut doń dojdę. Z góry trasa wyglądała sympatycznie i bez przeszkód. Zeszłam do drogi i próbowałam iść dalej w miarę prosto. Pokrzywy do pasa zmusiły mnie do wycofania i wybrania bardziej dogodnej ścieżki. Przeszłam wzdłuż domków letniskowych, później zobaczyłąm że pokrzywy do pasa jednak nie dadzą mi za wygraną. Barszczy też wcale nie brakowało, jednak na pierwszy rzut oka dopatrzyłam się odmiany zwyczajnej. Wyobraziłam sobie jak wiele żmii musi być w tym miejscu. Jedyne rozwiązanie to zacisnąć zęby i biegiem pokonać te kilkadziesiąt metrów. Z dużym plecakiem biega się niełatwo ;) Przez cienkie, długie spodnie poczułam muśniecie każdej pokrzywy. Od pasa w dół całe nogi mnie swędziały od pokrzyw ale podstawowa zasada to się nie drapać a przechodzi lada moment. Wchodząc na górkę nie trafiłam na ścieżkę, więc udałam się bardzo szybkim krokiem ku górze po tych wysokich łąkach, by znów nie dać się zaskoczyć żadnej żmii. Trochę wysiłku kosztowało mnie to wzniesienie. Górka pod namiot świetna ale że jeszcze widno, to należy iść dalej. Po chwili ujrzałam jakiś domek -"oho, za daleko zaszłam", pomyślałam. Nie było co iść dalej, bo dalej to tylko Jaśliska. Cofnęłam się i tym miejscu rozłożyłam namiot. Góra od której miałam zaczynać jutro z tego miejsca wyglądała już zadowalająco blisko, co mnie bardzo ucieszyło. Trasa na jutro wydała się zupełnie w sam raz. A pomyśleć, że jeszcze dwie godziny temu przeraziła mnie zupełnie i mogłabym się założyć o wszystko, że jest ona poza moimi możliwościami, choćbym nie wiadomo dokąd dziś zaszła. Więc z satysfakcją zajęłam się rozkładaniem namiotu. Trafiłam czasowo idealnie, gdyż gdy wbiłam ostatniego śledzia, nastał zmrok.
Załącznik 37920
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Piękny zmrok na pięknej polanie ...
pięknie
czekam na niechybny ciąg dalszy ;)
-
4 załącznik(ów)
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Czyli jednak nie "Jagą" bo tam to trzeba krówki paść i w pobliżu kręcą się różne osobniki ;):
Załącznik 37921Załącznik 37922
To w takim razie może przez ...... tylko trzeba uważać na berezednie ;) :
Załącznik 37923Załącznik 37924
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Jimi, cóż ci te straszliwe żmije uczyniły że tak na nie wyrzekasz?
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Jimi - jak zwykle czytam z wielką radością :)
Niby zwykłe chodzenie po niewielkich górkach a jednak przygoda na 100%
Powinnaś jakieś pogadanki w szkołach robić dla dzieciaków przyklejonych do sprzętu i nie mogących przeżyć nawet dnia bez internetu albo śmieciowego żarcia.
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Dzięki Wam! Gdy widać zainteresowanie to dodaje motywacji do pisania. Asia, z takimi dziećmi byłoby ciężko. Średnio przepadam za takim społeczeństwem, czy to dziećmi, młodzieżą czy dorosłymi -słyszę od nich tylko pobłażliwe komentarze, więc na przyszłość im odpuszczam, bo nie ma sensu dzielić się z takimi. Ale gdy widzę jakieś zainteresowanie, nie ważne czy dziecko ma obycie górskie czy zupełnie nie -ważne że go to interesuje w danej chwili, to jak najbardziej staram się odpowiedzieć na jego pytania (a ciekawość dzieci nie ma granic!). Właśnie podczas ostatniego noclegu, a o tym nie napiszę w tej relacji, namiot pomagał mi rozkładać 5-letni Antek. Był bardzo zainteresowany i zaangażowany. Co chwilę pytał -"co jeszcze masz fajnego w tym plecaku?" i pokazywałam mu po kolei różne przedmioty, uczyłam jak działają. Gdy gotowałam kolację na kuchence, pomagał mi i bardzo chciał bym się z nim podzieliła. Powiedziałam mu, że mama ma dla niego z pewnością smaczniejszą kolację niż mój makaron z serem ale gdy spróbował to uszy mu się zatrzęsły i powiedział z rozmarzeniem: "mm.. przepyszne!" -w zasadzie byłam pewna, że cokolwiek by nie zjadł w tej chwili z biwaku, to byłoby dla niego przepyszne, tak chłopaczek się nakręcił ;)
-
1 załącznik(ów)
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Cytat:
Zamieszczone przez
slawek71
Sławek byki (grożniejsze niż wilki) to w Polanach Surowicznych, a Jimi z Przełęczny Szklarskiej miała jeszcze kawałek drogi tam.Myślę ,że Ona tam nie szła , szła chyba na Jasiel,ale dowiemy się chyba w następnych opisach. Na Bani ;)( Szklarskiej) jak dotąd też nie widzę żeby była. Jimi dzlaczego będąc w czwartek nie wpisałaś się do zeszytu na Cergowej ? :) w piątek sprawdzaliśmy będąc tam po raz 4 w tym roku :)Czy to Ty zostawiłaś na Cergowej flagę Anglii ? :) Pozdrawiam i czekam na cd.
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
...co Wy się byków czepiacie? ...są wszędzie... mniej, lub więcej, ale są...gdzie krowa to i byk, albo chociaż jego nasienie (zamrożone):mrgreen:
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Długi trafnie napisał, że zachód słońca oglądałam z Bani, przecież to pierwsza górka od Przeł.Szklarskiej. Haha, flaga ta już była, gdy przyszłam. Widziałam skrzynkę, podejrzewałam, że tam się ludzie wpisują ale jakoś nie poczułam potrzeby by tam zerkać mimo że troche się poleniwiłam na szczycie :)
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Cytat:
Zamieszczone przez
joorg
Sławek byki (grożniejsze niż wilki) to w Polanach Surowicznych, a Jimi z Przełęczny Szklarskiej miała jeszcze kawałek drogi tam.Myślę ,że Ona tam nie szła , szła chyba na Jasiel,ale dowiemy się chyba w następnych opisach. Na Bani ;)( Szklarskiej) jak dotąd też nie widzę żeby była.
Co do byków to było to gdybanie, czy Jimi pociągnie z Bani ( ;-) ) na trasę kurierską czy na węgierską.
A czy nie była na Bani?:
Cytat:
Zamieszczone przez
Jimi
Przeszłam wtem przez asfalt i zaraz za nim padłam. Stwierdziłam, że wejdę jeszcze chociaż na ostatnią górkę i nań rozłożę namiot. Ciężko było wstać. Woda mi się już kończyła. Na szczęście zaraz doszłam do wybornego potoku, więc uzupełniłam zapasy. Wody piłam dziś dużo. No to - komu w drogę, temu w górę!
Znasz teren - nie muszę Ci tych zdań na mapie rozrysować :-)
Ale mnie ciekawi inny fragment:
Cytat:
Zamieszczone przez
Jimi
...Zeszłam do drogi i próbowałam iść dalej w miarę prosto. Pokrzywy do pasa zmusiły mnie do wycofania i wybrania bardziej dogodnej ścieżki. Przeszłam wzdłuż domków letniskowych, później zobaczyłąm że pokrzywy do pasa jednak nie dadzą mi za wygraną. Barszczy też wcale nie brakowało, jednak na pierwszy rzut oka dopatrzyłam się odmiany zwyczajnej...
Nie mogłem skojarzyć, którędy szłaś, aż wreszcie pomogły zdjęcia lotnicze. Cóż Cię dziewczyno podkusiło, by przez te chaszcze się pchać, jak mogłaś nadłożyć 200-300m drogą?
Wiem, wiem - wyrypa :-)
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Cytat:
Zamieszczone przez
joorg
Na Bani ;)...... nie widzę żeby była
To był żart :)
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Cytat:
Zamieszczone przez
joorg
To był żart :)
Dobry żart tynfa wart.
jeszcze nie widziałem "Jimi na bani"
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Cytat:
Zamieszczone przez
don Enrico
jeszcze nie widziałem "Jimi na bani"
To jednak miałem rację ,że nie była na Bani...;)
ps. ale dlaczego nie pisze co dalej ...czyżby jednak była na Bani ? i teraz nie wie i nie pamięta co dalej ;) i nawet nie zrobiła zdjęcia rozwalającego się "trangula"
ps.2 z tą Banią... Szklarską ,zawsze były i są powiązane żarty :smile:
sory Jimi za moje tu wstawki
-
7 załącznik(ów)
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Na kuchence gazowej ugotowałam makaron z serem, wspaniała była to uczta. Zwinąwszy się w śpiworze, przy świetle czołówki tradycyjnie przeglądnęłam na mapie trasę dnia minionego. Rano obudziłam się wyspana i dość połamana.
Załącznik 38050
Minęłam kapliczkę znaną między innymi z Wina Truskawkowego. Na horyzoncie pięknie rysowała się góra, na którą jako pierwszą miałąm dziś wchodzić. Tak, jak pisałam wcześniej -stad wyglądała ona już całkiem blisko. Teraz tylko podejść pieszo ku niej, wejść na azymut i dalej już skoczyć na szlak graniczny ku Jasielowi. Plan wydaje się banalny, prawda?
Załącznik 38051
Pogoda dopisywała. Zeszłam do Jaślisk. W sklepie zrobiłam małe zaopatrzenie. Pan w kolejce przede mną kupił los na lotka, ogłaszając, że jest kumulacja 30 mln. Kupiłam więc i ja myśląc - kto wie, może właśnie w moje urodziny los w Jaśliskach się do mnie uśmiechnie? Idąc dalej, po drodze uśmiechnęłam się do starszych pań, z którymi zamieniłam dwa słowa. Minęłam uroczą wioskę i za nią usiadłam, by sporzyć zakupione śniadanie.
Załącznik 38052
Podreptałam wesoło dalej. Ujrzałam otwartą kapliczkę, zaglądnęłam, pomodliłam się i wpisałam do księgi z intencjami. Niektóre intencje wywołały u mnie uśmiech, inne skłoniły do refleksji. Ot taki refleksyjny dzień.
Załącznik 38053 Załącznik 38054 Załącznik 38055
Udałam się do Lipowca i zaczęłam szukać ścieżki, jaką żartobliwie wyznaczył mi niejaki Bazyl. Chciałam tutaj wspomnieć, że dotychczas starałam się poruszać trasą zaplanowaną mi przez jegomościa. Zmieniłam jedynie miejsce noclegowe. Udałam się w jedną dróżkę, jednak nie wydawała mi się ona właściwą. Zostawiłam więc plecak i postanowiłam chwilę iść jeszcze drogą główną, by upewnić się czy oby dalej na pewno będzie ta, której szukam. Ścieżki nie znalazłam, jednak upewniłam się, że tamta oby na pewno nie jest tą, jaką miałam podążać. Cofnęłam się więc do plecaka i znów poszłam prosto. Za pomocą punktów orientacyjnych jakimi były krzyże przydrożne znałam dokładnie swoją lokalizację. Na mapie elegancka ścieżka ale gdzie do diabła jest ona w terenie? Około pół godziny zajęło mi to całe badanie właściwej drogi -gdyż grunt to znaleźć właściwą ścieżkę startową. Ta ma nawet dość wdzięczną nazwę, dlatego sądziłam, że będzie wyrazista. A gdzie tam! W końcu zdecydowałam się zejść z drogi ku polom. Ścieżka była właściwą, tylko jako taka trwała kilka metrów. Później oczywiście jej tor ciągnął się dalej, jednak z racji, że mamy początek lata -łąki mocno obrodziły i ścieżka nie była wcale szablonową ale przeprawą przez bujne pola, gdzie uważne oko wypatrzy tor ścieżki. Słońce mocno już rozlewało się po polach. Przeszedłszy w końcu łąkę zarządziłam małą przerwę. Jako, że teraz czekała mnie przeprawa przez las, nakremowałam się specyfikiem przeciwko kleszczom. Podczas tego wypadu moja trasa właściwie cały czas przebiegała przez miejsca bardzo kleszczopodatne. Dzięki dobremu preparatowi nie wbił mi się żaden, jednak pod koniec zarówno pierwszego jak i drugiego dnia dwa złapałam na gorącym uczynku. Raz jeszcze rzuciłam okiem w kierunku Jaślisk, dopatrzyłam się nawet swego miejsca noclegowego.
Załącznik 38056
Komu w drogę temu w górę!
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Cytat:
Zamieszczone przez
Jimi
(...)
Udałam się do Lipowca i zaczęłam szukać ścieżki, jaką żartobliwie wyznaczył mi niejaki Bazyl. Chciałam tutaj wspomnieć, że dotychczas starałam się poruszać trasą zaplanowaną mi przez jegomościa. Zmieniłam jedynie miejsce noclegowe. Udałam się w jedną dróżkę, jednak nie wydawała mi się ona właściwą. Zostawiłam więc plecak i postanowiłam chwilę iść jeszcze drogą główną, by upewnić się czy oby dalej na pewno będzie ta, której szukam. Ścieżki nie znalazłam, jednak upewniłam się, że tamta oby na pewno nie jest tą, jaką miałam podążać. Cofnęłam się więc do plecaka i znów poszłam prosto. Za pomocą punktów orientacyjnych jakimi były krzyże przydrożne znałam dokładnie swoją lokalizację. Na mapie elegancka ścieżka ale gdzie do diabła jest ona w terenie? Około pół godziny zajęło mi to całe badanie właściwej drogi -gdyż grunt to znaleźć właściwą ścieżkę startową. (...)
He, he, to mi się pewnie oberwie na spotkaniu :)
Obserwuję Twoją trasę i tak jak napisałaś, oprócz miejsca noclegowego wszystko się zgadza (ja proponowałem Jimi przejście z Bani Szklarskiej przez płytkie siodło na Pańską Górę i tam nocleg). O tym fragmencie z Lipowca też Ci wspominałem i przestrzegałem, że jak się nie da wbić do lasu przez łąki to najlepiej podejść dalej i żółtym szlakiem kontynuować wędrówkę. Ja tam szedłem dość dawno temu ale też przez te łąki na krechę i później halsując lasem trafiłem na właściwą ścieżkę doprowadzającą do szczytu Wozowej. Czekam niecierpliwie na dalszy ciąg zmagań z beskidzką dżunglą :)
-
1 załącznik(ów)
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
"Na kuchence gazowej ugotowałam makaron z serem, wspaniała była to uczta"- napisała Jimi.
Ja to się głodu boję bardziej niż niedzwiedzi:
Załącznik 38058
-
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Partyzant... Tobie to bardziej chce się pić... widzę...;)
-
6 załącznik(ów)
Odp: Z pamiętnika niedzielnego turysty
Szło się bardzo sympatycznie. Ścieżka wyrazista, momentami zakrzaczona, lub trzeba było obejść ją bokiem ze względu na przewalone drzewo, jednak zgubić się nie było sposobu. Bez problemu doszłam na gorę Garbki.
Załącznik 38120
Poniżej jej, w zasadzie przy rozpoczęciu podchodzenia na Kamień, czyli zmierzaniu ku żółtemu szlaku, zaczęło pojawiać się wiele ścieżek, wiele rozjazdów. Tu już nie przejmowałam się tym, by trzymać się jakiejś konkretnej, w zasadzie ścieżki zmieniałam co chwilę w zależności od tego, która była bardziej przetarta. Szłam przecież ku górze, a to już znaczy dobrze, po lewej był wysoki jar, więc wiadomo, że nie nim droga. Byle do góry. Po jakiś 15 minutach dotarłam do żółtego szlaku. Stwierdziłam, że jestem godzinę przed planowanym czasem, a nie chciałam za szybko być na Jasielu, wymyśliłam sobie zadanie -znaleźć trzy zaznaczone na mapie kamieniołomy na górze Kamień. Idąc szlakiem po chwili znalazłam się przy pierwszym. Hurrra, jakie fajne skały. Zostawiłam plecak na górze i zeszłam na sam dół, przyglądając się prawie wszystkim większym kamieniom. Potem rozpoczęłam całkiem niezłą wspinaczkę, momentami nie była wcale taka łatwa. Zabawa w tym kamieniołomie zajęła mi pół godziny.
Załącznik 38121 Załącznik 38122 Załącznik 38123
Już nawet nie sprawdzając mapy, zostawiając dalej plecak udałam się ku szczytowi i do kolejnego kamieniołomu. Na szczycie punkt papieżowy oraz całkiem niezła sterta kamieni.
Załącznik 38124 Załącznik 38125
Drugie miejsce kamieniołomu już mniej fajne niż poprzednio. Ogólnie rzecz biorąc, bardzo spodobała mi się ta górka. Spędziłam jednak na niej więcej niż planowaną godzinę. W zasadzie to trzy godziny, jednak ten fragment pominę. Dodam tylko, że przez ten czas zmęczyłam się bardzo -fizycznie także, nogi mi już odpadały, jednak zdecydowanie większe było zmęczenie psychiczne. Plan o dzisiejszym Jasielu dawno już poszedł w zapomnienie.