Witaj
Wystarczyło zostawić ich w spokoju. Tych dawnych. Ci dzisiejsi to zmanierowane małpy. Zakapiory z nadania - i forsy i dla forsy.
Pozdrówka
Wersja do druku
Ło matko!:shock::shock: To ja tak na wszelki wypadek:
1. Nie jestem zakaporem
2. Nie jestem bieszczadnikiem
3. Nie polowałam na wilki ani nie obdzierałam niedźwiedzia ze skóry (nie jestem myśliwym)
4. Nie doiłam byków (krowę kilka razy próbowałam ale nieskutecznie) więc nie jestem dojarką
5. ...
6. ...
jestem asia i kocham bieszczady a do tego to się chyba już nikt nie ma prawa przyczepić:razz::razz:
No nie ma prawa asiu.
Zreszta jakie zakapiory nikt tak dawniej nie gadal mowilo sie bieszczadnik.. zakapior to .........twor........pomysl....moze i biznes... tylko czyj i gdzie te kokosy.
...jakby patrzeć z innej beczki... to Bieszczady są jedynym regionem w Polsce , który "zaopiekował" się (w jakimś sensie) akurat tą "warstwą społeczną" ...cud czy wynaturzenie... ;-)
Ja znam, na szczęście tylko z widzenia, pewnego ważnego redaktora,mieszkającego na prestiżowym osiedlu, zwolennika stawiania zakapiorów na piedestale, dużo mówiącego o ich artystycznych,wrażliwych duszach. Kłopot w tym że jest gorącym wyznawcą tylko bieszczadzkich zakapiorów. Miejscowych zakapiorów, pijących i włóczących się po osiedlu, zbierających tzw. fajans, straszy policją, dzwoni na Straż Miejską i wogóle daje wyraz swojej dezaprobacie! Nie mogę tego zrozumieć, bo to też zakapiory, w dodatku jeden całkiem podobny do Sikorki a drugi wypisz wymaluj Hiszpan!
Z tego wynika że zakapior owszem, ale każdy na swoim miejscu. Bieszczadzki zakapior na piedestał (i do kolejnego wydania wiadomej książki), pozostali do kanału a najlepiej wyrwać chwasta, tylko smrodzą i szkodzą!
Ja tam jestem sympatykiem wszystkich zakapiorów, chociaż, wstyd przyznać, preferuję tych mniej śmierdzących!
Pozdrawiam! Pastor ręką własną
Wiadomo, że pijak z miasta to nie zakapior, tak samo jak Hiszpan czy inny menel z Cisnej siedzący pod Atamanią.
...jak to nie.. a połowa tych mordożłopów to niby skąd przyjechała?
Tak to jest niestety... W Bieszczadach "zakapior" przydaje egzotyki - dla szukających "prawdziwych bieszczadzkich klimatów" - potwierdza legendę opisaną w książkach owego Redaktora. Można z takim "zakapiorem" pogadać przy browarze, sfotografować go jako część folkloru.
A potem powrót do ciepłego mieszkanka w Wielkim Mieście... I tak jednym okiem oglądając w kompie "zakapiora bieszczadzkiego", a drugim filować przez okno obserwując, czy też jakiś miejscowy (tutaj niestety zdegradowany do "menela") nie zakłóca aby porządku. I czekać chwili, gdy taki przyłapany nieszczęśnik napije się piwa, a nie daj Boże gdzieś w kątku się wysika - z czystym umieniem zadzwonić do straży miejskiej. Chowając się za firanką z satysfakcją można obserwować jak przebiega interwencja, a następnie powrócić do swojego komputera i przeglądając fotki bieszczadzkich swoich spotkań nie dostrzec żadnego związku.
...podejrzewam że działa tedy wyjątkowo usprawiedliwiające "prawo regionalizmu lumpa" ...swoją drogą to z ciekawymi menelami przyszło nam nieraz pić w również i w miastach... (na krakowskich plantach znają nawet pieśni ukraińskie) ...jak przy każdym temacie mnogość interpretacji jest dowolna... wszystko jest względne... punkt widzenia zależny od punktu siedzenia... etc. etc. ...czy chodzi tu o skład jakościowy hipokryzji czy o sens wypowiedzi, ciekawym zjawiskiem jest sam fakt że zaistniało... coś jak wpadnięcie w gówno przy ucieczce... zaletą jest że wpadło się w coś miękkiego i wadą jest że wpadło się w coś miękkiego...
eeee tam:roll: nie zawstydzaj mnie Lucyno :-P:-P pozdrawiam
[quote=Michał;68324]
Wystarczyło zostawić ich w spokoju. Tych dawnych. Ci dzisiejsi to zmanierowane małpy. Zakapiory z nadania - i forsy i dla forsy.
Jeśli ci dzisiejsi tylko z nadania i dla forsy to długiej przyszłości im nie wróżę. Z playbacku to piosenki można spiewać ale sponiewierać się życiowo to raczej nie... więc jeśli nawet chwilowo "rodowodowy" zakapior za kasę uprawia modeling do kalendarza to i tak w końcu rękę karmiącą użre, smycz przegryzie i wróci do swojej wolności choćby miał przymierać głodem pod płotem. A ten komercyjny może i dalej będzie próbował się wylansować i sprzedać . No i pewnie mu sie uda. W końcu popyt rodzi podaż. Ma być zakapior to będzie - no to co, że z playbacku..;)
pozdrawiam wszystkich:-P
Jestem rozdarta wewnętrznie. Nie lubię kultu zakapioryzmu ale też nie uważam zakapiorów namaszczonych przez Potockiego za meneli. Mniejszość z nich znam służbowo. Moim zdaniem ten strumyczek przerwał tamę i swobodnie rozlewa się po Bieszczadach. Zwróćcie uwagę na jedno. Prawie każdy z nich jest lub czuje się artystą. Wśród zakapiorów z pierwszego wydania są: Pękalski, Żyto-Żmijewski, Szociński, Zubow (moim zdaniem bardzo utalentowany rzeźbiarz), Łysy. Są także osoby wyjątkowe jak Lutek, Majster Bieda, Viktorini znakomicie znający Bieszczady. Byli także ci komercyjni, których serdecznie prywatnie i służbowo nie cierpię czyli Bross i Lach.
Potem został zorganizowany pierwszy złaz zakapiorski. I tu pojawiają się przeróznej maści zakapiorzy. Następnie w ten nurt wkracza Jano-rzekomy pustelnik,fotograf. Pierwszy album wydał mu chyba Barszczu. W miarę mi się podobał. A potem co się dzieje. Pojawiają się zakapiorzy z nadania Jano. W tym roku zostaje wydany album ze zdjęciami Jano, z tego co orientuje się w dużej mierze finansowany przez gminę Solina. Moim zdaniem porażka. Pierwszy kamyk rozpoczynający lawinę. Wśród zakapiorów wróć twarzy bieszczadzkich jest m.in. Daniel szef krainy wilka, człowiek sukcesu, zaprzeczenie zakapioryzmu i wójt gminy Solina. A potem w rocznicę powstania zapory w Solinie Jano wraz z samorządowcami z Soliny i szefem firmy Papirus wydają coś przekomicznego, moim zdaniem najbrzydszą i najgorszą książkę roku. Znowu nazwijmy to pstrykadła przedstawiające twarze zakapiorów?bieszczadników?, niewiele te zdjęcia mają wspólnego z portretami. Następnie zostaje wydany ten kalendarz. Sądzę, że to osobiści Jano jako organizator złazów i autor tych publikacji w duzej mierze odpowida za 'sparchacenie" zakapioryzmu.
Coraz więcej osób i firmchce zarobić na zakapiorach. Takze spoza regionu. Książka o której pisaliśmy w bibliografii bodajże nazywa się "Tajemnice Bieszczadu" wydałojakieś nieznane mi wcześniej wydawnictwo z Torunia. Co będzie dalej? Ano zakapiorzy nadal będą mnożyć się, a firmy na tym zarabiać.
1.Wielu ,bardzo wielu przewodników lansuje Bieszczady przez zakapioryzm
2.Menele to ci ,którzy się podczepiają
3. Ani pustelnik ani fotograf (pomimo niezłego sprzętu)
4."Bieszczadzkie Twarze" to po prostu bieszczadzkie twarze, brakuje Świerczewskiego bo to ani chybi bieszczadzka twarz.Podobnie jak z wieloma publikacjami niektórzy właściciele "twarzy" nie mieli pojęcia o tym ,że znaleźli się w albumie.Doszło do tego ,że część ludzi czuje lekkie zmieszanie/konsternację na pytanie " A pan/pani jest w tym albumie?" bo dla części turystów i innych takich przynależność do grupy jest wyznacznikieem tego że jest się kimś.
5. To ,że wiele firm chce zarabiać na "towarze" nie jest naganne. Naganne jest to jak się ten "towar" podaje. Mnie nie podniecają historie o tym jak to ktoś się wylał na środku w knajpie pełnej turystów. U siebie czasem spotykam się z lekceważeniem ludzi (artystów, twórców) przez turystów ,którzy wiedzeni wiedzą z książek wiadomych uważają ,że obraz czy rzeźbę można kupic za flaszkę taniego wina.
6. Nigdy nie uważałem ,że wartość człowieka zależna jest od tego czy jest zakapiorem lub bieszczadnikiem.
7. "Sparchacenie" trafne słowo
A co to, gdzieś jest napisane że o B. mają wydawać tylko lokalne wydawnictwa? Co za różnica - a akurat przykład na który się powołujesz jest średnio trafiony... Chyba że zaliczysz ich do jednych z pierwszych, którzy chcieli na tym zarobić, zważywszy że wydali większość pozycji Szocińskiego, ale tez i inną poezje m.in. o B - choćby wiersze Wuki (może skojarzysz...)
Z parchaceniem zakapioryzmu dużo racji, czyli wszystko jest na dobrej drodze :) Ci medialni robią opinię reszcie. Nadejdzie czas że uważać się za zakapiora, być nim, będzie obciachem, powodem do śmieszności, nikt już nie będzie się chełpił że zna tego i tego, nikt nie będzie chciał robić sobie z nim zdjęć. Kwestia czasu.
Samotnik bieszczadzki i abnegat wypromował się kiedyś sam,jako autentyk,ale "menelizm' to problem społeczny,gdy co dzień mówi się człowiekowi: jesteś wolny,suwerenny i demokratyczny,więc żyj albo umrzyj,jeśli nie umiesz żyć.Nie każdy potrafi pływać,by nie utonąć. W całym kraju wiek produkcyjny niewiele znaczy,gdy życie zatrzaśnie drzwi.A cwaniactwo było,jest i będzie w krainach życzliwych bliźnich,no bo kto da nam chleb,jeśli nie damy sobie sami?
Bieszczadzki samotnik i abnegat wypromował się sam,a "menelizm" to produkt spoleczny,a nie "wstydliwy folklor".
Przepraszam za powtórkę tezy ,ale serwer zawiesza się. Pozdrawiam.
Nie wiem czy średnio trafiony. Na pewno kontrowersyjny. Piotrze ja niektórych z tych ludzi znam.
Wiem ile osób na nich dosłownie żeruje. Nie zarabia ale żeruje. Mam pytanie. Czy zakapiorzy mają z tego zarabiania na legendzie choć złotówkę? W chwili obecnej Sikorka nie będąc ubezpieczony jest w szpitalu. Ile osób wie o tym, ilu z żerujących na kulcie zakapiorów pomaga mu? To ludzie nie mający nic wspólnego z tym żerowiskiem zbierają dla niego pieniądze.
To drugie dno zakapioryzmu. Coby nie mówić o krainie wilka, która ponoć pasożytuje na Bieszczadach (dziś pewna osoba zarządzająca ośrodkiem coś takiego mi powiedziała) ale Daniel każdego z zakapiorów pracujących przy realizacji programów jak na warunki bieszczadzkie bardzo dobrze wynagradza. Ponad to sama widziałam kilkakrotnie jak wyjmował własne pieniądze aby kupić obiad głodnym legendom. Może szanowni zarabiający na zakapioryźmie pójdą w ślady komerchy i także zaczną tym ludziom płacic. Tak aby chociaż mieli jeden ciepły posiłek dziennie.
Ale nie jesteś jedyna osobą na świecie, która niektórych zna - naprawdę.
Część żeruje, część pewnie nie, normalne. Ci co bardziej obrotni to chyba jednak mają - taki wspomniany wyżej R.Sz. przecież książek za friko nie sprzedaje, zwłaszcza że ceny ma bardzo różne - zależy kto się trafi i jaki humor :) Ci, którzy nie maja takiej możliwości - nie zarabiają to oczywiste. Czasem jest możliwość a nie ma chęci lub pomyślunku - w sumie za sprzedaż wizerunku pod dowolną postacią zawsze można coś wyciągnąć. Jeżeli się robi za małpę, która oglądają turyści podjeżdżający autokarem na spotkanie z "zakapiorem" to też chyba nie za friko? Więc można - jeśli się chce, mieć coś z tego żerowania, albo się mówi turystom i innym pismakom wyp$&%$#! i nie płacze wtedy że żerują.
Ci co podobnie jak ja są małapmi w cyrku i pracują wraz z nami mają 50 zł/godz wolne od podatku bądź 250 zł dniówka. To bardzo nieliczne grono, 3-4 osoby. Pozostali żyją ze sprzedaży swoich wyrobów nazwijmy to artystycznych. Tacy jak Sikorka pracują siedząc w knapie na obiad.
Znalezione w sieci na www.gluza.pl/druk/zapoznaj.doc
Tekst prasowy „Zakapiory”
Sami siebie nazywają w różny sposób. Jedni mówią, że są bieszczadzkimi zakapiorami, dla innych słowo zakapior jest zbyt mocne i dlatego określają się mianem bieszczadników, jeszcze inni uważają się za pustelników z Bieszczad. Jakby ich nie nazwać wszyscy umiłowali wolność, przyrodę i mają niezwykle zagmatwane życiorysy.
- W większości są to uciekinierzy – mówi wójt gminy Solina Zbigniew Celiński. – Uciekają przed ludźmi, przed rodziną, czasami przed prawem. Niektórzy realizują swoje marzenia powrotu człowieka do natury. Kryją się w leśnych ostępach i żyją tak jak sami chcą. Jednocześnie są to wspaniali ludzie, których zdecydowanie wolę od wielu innych, tak zwanych normalnych.
Jednym z nich jest człowiek, który przedstawia się w bardzo oryginalny sposób. – Jestem Franciszek hrabia Andrzej Lach Załęski, prezydent Unii Europejskiej z siedzibą w Bieszczadach – mówi i po chwili tłumaczy, kto osiedla się w na południowo-wschodnim krańcu Polski. – W Bieszczadach żyją ludzie z przeszłością albo bez przyszłości, i to są zakapiory! A skąd ja się tu wziąłem? Jestem człowiekiem z przeszłością. Wyrzuciłem pewnego prokuratora przez okno i przez 10 lat się tu ukrywałem - tłumaczy. - Byłem marynarzem i gdy wróciłem z rejsu do domu zastałem moją żonę z jakimś facetem w łóżku. Najgorsze było to, że on był w mojej pidżamie. Co tam żona! Kobietami można się dzielić, ale nie pidżamą! Tak mnie to rozsierdziło, że wziąłem gościa i wyrzuciłem. Miał szczęście, bo choć było to drugie piętro, bo dzień wcześniej przywieźli węgiel i facet wylądował na czarnej pryzmie. Dopiero później dowiedziałem się, że to prokurator.
Lach już się nie ukrywa. Jak mówi, ci co go ścigali już pozdychali, a on ma się dobrze. Właśnie otworzył karczmę i na uroczyste otwarcie zaprosił wszystkich bieszczadzkich zakapiorów, bieszczadników, artystów i koniarzy. Każdemu dał danie nazwane „czarcie żarcie” i kufel piwa. Jednak organizatorem zlotu jest Jan Darecki czyli pustelnik Jano znad solińskiego jeziora. Jano jest pustelnikiem nowoczesnym, bo ma telefon komórkowy i mieszka w takim miejscu, gdzie przechodzi mnóstwo ludzi. – Nie broda czyni pustelnikiem – mówi filozoficznie. - To jest raczej sposób życia. Teraz mam 50 lat, ale gdy miałem 24 rzuciłem studia rolnicze i przyjechałem w Bieszczady. Za trzy wina kupiłem kajak i popłynąłem na Wyspę Skalistą. Fascynowała mnie samotność. Chciałem żyć w skrajnej nędzy, a przez to poszukiwać Boga Żywego. Czułem się jak ten tygrys wypuszczony na wybieg.
Po dwóch latach izolacji Jano związał się z hipisami. Jeździł po Polsce, żebrał, wpadł w szpony sekty, aż na koniec osiedlił się w kolejnej pustelni w Puszczy Białej niedaleko Warszawy. – Mieszkałem w starej chacie opanowanej przez duchy – mówi z przejęciem. – Ze mną żyły w zgodzie, ale jak ktoś mnie odwiedził, to dusiły go, męczyły. Chata spłonęła, a ja wróciłem do Rzeszowa. Przez kilka lat pracowałem z dziećmi niepełnosprawnymi, aż pewnego dnia nie wytrzymałem i wróciłem w Bieszczady. Lato, zima, żyję w spartańskich warunkach i staram się zintegrować środowisko ludzi, którzy przyjechali tu z miłości do Bieszczad.
W spartańskich warunkach dziś już nie mieszka Prezes czyli Rychu, ale Bieszczady ukochał już na początku lat siedemdziesiątych. Przyjechał tu razem z hipisowską komuną i zamieszkali w jednej z opuszczonych górskich wiosek. – Pewnego dnia do wioski wkroczyła milicja. Wygnali nas, a chaty spalili. Cóż było robić? Wyjechałem do Stanów Zjednoczonych. Trochę się uczyłem, trochę pracowałem, poznałem co to Ameryka i powiedziałem sobie, że wracam w Bieszczady. Na odludziu kupiłem trochę ziemi, postawiłem chatę. Nawet znalazłem dziewczynę, która zechciała ze mną zamieszkać w tej głuszy. Urodził się nam syn, a kilka dni później cały nasz dobytek spłonął. Moja żona wyjechała do teściów, a ja za pieniądze z ubezpieczenia a kupiłem deski. Zacząłem stawiać drugi dom. Głodowałem, wszystko co mam z tej bieszczadzkiej ziemi własnymi pazurami wydrapałem. 10 lat musiało minąć, abym znowu stanął na nogi. Gdyby jednak nie inni samotnicy z Bieszczad, to ciężko by mi było.
W budowaniu nowego domu Prezesa czyli Rycha pomagał między innymi Henry Szumacher, niemiecki cieśla, który gdy zobaczył ten kawałek Polski postanowił tu zamieszkać. Żyje w indiańskim tipi jakieś pięć godzin drogi przez las od Soliny. – Wędrowałem po całym świecie, ale tu jest najpiękniej i postanowiłem zostać. Jem to co sam wyhoduje lub uzbieram, więcej mi nie trzeba, bo jestem szczęśliwy – podkreśla. – Jak zachoruję to nawet lekarza mi nie potrzebuje, bo mam swoje sposoby na leczenie.
Podobnie jak Henry w indiańskim tipi mieszka Sławek Kukulski, który mówi o sobie, że jest bieszczadzkim Irokezem. On nie lubi dłużej przebywać w jednym miejscu. – Już 15 lat tak wędruje – opowiada. – Na plecy biorę brezent na namiot, a gdy chcę się zatrzymać na nocleg, to poszukuję jakichś żerdzi i stawiam indiańskie tipi. Pieniądze mi są niepotrzebne. Gdzie nie pójdę, to mnie zapraszają, dadzą zjeść i napić się. Dziewczyny do mnie lgną. Jedynej rzeczy, której brakuje mi do szczęścia, to koń. Może ktoś by mi sprezentował jakiegoś rumaka – pyta z nadzieją.
Do szczęścia nic nie brakuje 47-letniemu Jackowi, którego od cywilizacji dzieli trzy godziny drogi. – No, chyba, że w Sanie jest mało wody, to wtedy brodem tylko godzina na piechotę – tłumaczy. – Ja to już nie nadaję się do życia między ludźmi. Wszystko zaczęło się od śmierci mojej żony. Mieszkaliśmy we Francji i pracowali dla słynnego aktora Yves’a Montand’a. Kiedy zmarła zaczęły się spory o majątek. Nie chciałem w tym uczestniczyć i wyjechałem prosto w Bieszczady. Jestem już tu od blisko 20 lat. Czasami niedźwiedź mnie odwiedzi, czasami wilki podejdą. Niedawno zagryzły mi wilczura, szkoda zwierzęcia, dobry był z niego przyjaciel.
Przyjaźń to jedna z podstawowych zasad jakie obowiązują wśród bieszczadzkich zakapiorów. – Czasami się pokłócą, bo jeden drugiemu kobietę poderwie, ale ogólnie to jeden za drugim by w ogień skoczył – mówi pustelnik Jano. - Jesteśmy jak Feniks, który odradza się z popiołów – dodaje Keja Cypel Polańczyk. Ja jestem już drugim pokoleniem zakapiorów. Mój stary walczył pod Monte Casino i musiał kryć się przed komunistami. Potem my z bratem przyjechaliśmy za nim i zostaliśmy na zawsze.
Również ojciec Rycha czyli Burego ukrywał się w Bieszczadach przed władzą ludową. – Tata brał udział w poznańskich zamieszkach w 1956 roku. Kiedy zrobiło się dla niego niebezpiecznie, wziął nas wszystkich i wywiózł na kraj świata. W przyszłym roku będzie już 50 lat jak tu jestem.
To tylko kilka krótkich opowieści o ludziach lasu. Pustelnik Jano twierdzi, że w Bieszczadach żyje około 200 ludzi, którzy za pan brat zaprzyjaźnili się z naturą. – Takich ścisłych samotników-pustelników, to będzie jakieś 20 osób – oblicza. - Reszta, to ludzie mieszkający w głuszy, ale nie samotnicy. Niektórzy mają żony, dzieci, domy, ale żyją w bardzo prosty sposób. Niektórzy nie chcą żeby ich nazywać zakapiorami, ale są i tacy, którzy są z tego bardzo dumni.
- Nazwa bieszczadzki zakapior wzięła od Zdzicha – dodaje Prezes czyli Rychu. – Siedzieliśmy kiedyś, a Zdzichu spojrzał na mnie tak filozoficznie i stwierdził: „Wiesz co Rychu? Ja to jestem taki zakapior.” Niedługo potem zmarł, odszedł na niebieskie połoniny.
Drugi Rychu czyli Bury zaznacza, że o zmarłych zakapiorach każdy tu pamięta i wspomina z rozrzewnieniem. Rychu, który każdą swą wypowiedź argumentuje przy pomocy wiersza tym razem deklamuje swój własny utwór. „Odszedł stąd Zdzichu, Zubow i Jędrek,/ wódka ból po nich uśmierza/ na cześć odeszłych diabeł zatańczy/ na moim i lub twoim stole/ zaskwierczy życie, zaśpiewa szafa/ a ja powiem, póki co mnie się tam nie spieszy.
i tu jeszcze http://www.turystyka.skibicki.pl/for...f465e06d3f047a
Zakapior bieszczadzki i... koń*
Mamy taki oto, prześmiewczy wygłup definicyjny jak przywłaszczony sobie przez bieszczadofilów "zakapior". Toć to zupełnie kto inny niż oni go dziś szumnie opisują, za to pochodzący z wielce szacownego folkloru półświatka starego Lwowa.
Zanim gdziekolwiek opisano pierwszego bieszczadzkiego zakapiora, aktualni lwowiacy zdążyli prawie o swoich zapomnieć - władza radziecka to potrafiła. Za to żyjący w Polsce, starzy, przedwojenni Lwowiacy wspominają w mowie i piśmie lwowskich zakapiorów nieomalże z rozrzewnieniem...
Ciekawe, co też zapisano o ówczesnych "zakapiorach bieszczadzkich"...?
Jasne, że dokładnie nic, bo ich wtedy w Bieszczadach w ogóle nie było...!
Natomiast dzisiejsza literatura "tematu" aż gnie półki tamtejszych regionalnych bibliotek...
Tak to czasem jest, gdy się na siłę, dla zbytu mizernych usług oraz zachwytu przyjezdnej gawiedzi tworzy z powysiedleńczej próżni "korzenie kultury regionalnej", której dzisiejsze przejawy są po prostu mieszanką przypadkowo zetkniętych, zmiksowanych kultur i charakterów osobników przyjezdnych z całego kraju - taka, "nowoczesna tradycja"... urwał jej nać!
Zresztą, nie ma co za bardzo wybrzydzać. Gdziekolwiek by się to w naszym, a kto wie czy tylko w naszym kraju zrobiło, dewiacje alkohologenne podparte żuliowatym cwaniactwem kwitły by równie dobrze, a może i lepiej - patrz Borne Sulinowo.
No i w związku tak dalece posuniętą erozją kory mózgowej regionalnych "kulturotwórców" mamy... betonowy "spacerniak" na tamie solińskiej porównywany do Krupówek - nawet koń by się... w swój wielki a durny łeb podkutym kopytem popukał!</SPAN>
http://www.turystyka.skibicki.pl/for...icon_quote.gif
i tu http://arch.pressmedia.com.pl/2005/2005-05-25/p.htm
Zakapiory żyją w spokoju POLAŃCZYK Przyjechali w Bieszczady wiele lat temu. Często jedna wizyta w tych górach wystarczyła, by podjąć decyzję o przeprowadzce na stałe. Niektórzy zostawili intratne posady w dużych miastach. Zapuścili długie włosy, ubrali kapelusze i raz na zawsze wtopili się w bieszczadzki krajobraz. Już po raz drugi najpopularniejsi bieszczadnicy spotkali się podczas Zlotu Zakapiorów na Jeziorze Solińskim. Podobnie, jak przed rokiem, wszystko rozpoczęło się na przystani statku Tramp, nie opodal pustelni pustelnika Jano. To właśnie on wymyślił i zorganizował cała imprezę. - Pomysł zrodził się ponad dwadzieścia lat temu, kiedy trafiłem tutaj i w samotności mieszkałem na Wyspie Skalistej. Zafascynowałem się tymi ludźmi i uznałem, że są to moje bratnie leśne dusze. Postanowiłem więc to środowisko zintegrować i udało się - mówi. Jego zdaniem termin Zakapior tak przylgnął do Bieszczadów i bieszczadników, że nie da się uniknąć jego używania. - Możemy tylko próbować nadać mu jakiś pozytywny sens. Taki bardziej leśny, autentyczny bieszczadzki. No i na tym właśnie się koncentrujemy. Chcemy, żeby to był piękny wizerunek człowieka lasu, a nie człowieka butelki - tłumaczy Jano. Zlot jest jedną z niewielu okazji, kiedy mieszkający niedaleko siebie bieszczadnicy mogą się ze sobą spotkać. Często jest to pierwsze spotkanie od kilku lat. Tym razem w jednym miejscu udało się zebrać tych, którzy najdłużej tu mieszkają. Większość przyjechała w te góry ponad trzydzieści lat temu. - Jako młody człowiek byłem w wielu miejscach i miałem szereg różnych innych możliwości wyboru. Jednak Bieszczady mają w sobie jakąś siłę magnetyczną. Przyciągnęły mnie i zatrzymały tutaj - mówi Henryk Wiktorini, jeden z najdłużej mieszkających tu samotników. Wielu przyjechało w Bieszczady w latach siedemdziesiątych. - Ja właściwie to przyszedłem tutaj z plecakiem. Jako młody turysta w 1974 roku szedłem z Beskidu Niskiego i trafiłem właśnie tutaj. Strasznie mnie to wszystko zafascynowało. Wtedy Bieszczady były naprawdę dzikie. Czułem się jakbym wylądował gdzieś w Kanadzie. A że byłem pod dużym wpływem książek o Dzikim Zachodzie postanowiłem sprawdzić, czy rzeczywiście tak można żyć - wspomina Ryszard Krzeszowski popularny "Prezes" z Chmiela. Czterdzieści lat temu Bieszczady rzeczywiście wyglądały zupełnie inaczej. I być może to właśnie przyciągało ludzi. - Tu właściwie były puste przestrzenie. Tylko parę domków było w osadach. Wetlina na przykład miała siedem czy osiem domów. W tej chwili ma już zadatki na kurort. Podobnie jest z Dwernikiem - mówi stary bieszczadnik Lutek Pinczuk. Prawie każdy z przyjezdnych, wybrał Bieszczady by uciec przed zgiełkiem miast. Jednak lata PRL-u nie były dla nich łatwe nawet na tym odludziu. - Pamiętam jak w okolicach Caryńskiej budowaliśmy szałasy, w których później mieszkaliśmy. To oczywiście nie podobało się ówczesnym władzom. Mieliśmy taki bardzo przykry incydent z milicją, która przyjechała spaliła nam wszystko i część z nas wsadziła na kilka miesięcy do więzienia - wspomina Prezes. Dziś już w Polsce nie ma takich problemów, a bieszczadzkie Zakapiory żyją w spokoju. Wielu z nich działa w branży turystycznej i właśnie w górskich pensjonatach czy gospodarstwach agroturystycznych, możemy ich najczęściej spotkać.
Wniosek nasuwa sie sam.
Wydawnictwo nie jest WUKI ! I nie zarabia na Zakapiorach ani na nikim innym!
Basiu!Napisałam Ci na priv! Wydawnictwo NIE JEST MOJE !!!Posiadać coś a mieć wspólnego,to różnica.Wspólne jest..pół nazwiska!
na priv...a reszta co?;-))
wydawnictwo męża czy jak, że pół nazwiska?
Czemu na priv? Bo wyjaśniałam zaistniałe nieporozumienie.Wydawnictwo jest mojego syna i nie wiem co w tym interesującego!
jeśli syna to nie rozumiem Twego wzburzenia
http://www.kwinto.com/wydawnictwo.htm A gdzie tu moje wzburzenie? Po prostu stwierdzam,ze NIE MOJE i już!
Przepraszam Cię Wuka. Nigdy nie sugerowałam iż jesteś właścicielką wydawnictwa. Wiem nie od dziś, rozmawiałyśmy prywatnie na ten temat, że interesuje Cię los zakapiorów, w tym Sikorki.
KRZYCZYSZ, że nie Twoje :razz: duże litery to krzyk, podniesiony głos czyli wzburzenie
E tam,duże litery to tylko lepsza czytelność!Ja nigdy nie krzyczę.Sprawa wyjaśniona i nie ma co o tym debatować czy zbaczać z tematu.Tak,Lucyno!Los Bodzia nie jest mi obojętny,bo go lubię i cenię za głębokie przemyślenia różnych spraw.Szanuję jego wybór i innych też.To indywidualna sprawa jakie drogi życiowe wybieramy!
A dlaczego on nie jest ubezpieczony?
przecież każdy bezrobotny takowe ubezpieczenie posiada, więc nie bardzo rozumiem
No i dupa!
Temat nie do rozebrania. Każdy ma inny punkt widzenia. Dla jednych Sikorka to ktoś, dla innych Julek to nic!
Każdy patrzy na ten temat z poziomu swojego wieku, z poziomu poznania Bieszczadu. "Im dalej od wojny tym więcej ZBOWIDOWCÓW"/Kabaret TEY z POZNANIA!/. Każdy ma prawo do swojego zdania. Lubię jednych, nie lubię drugich, żałuję , że nie było mi dane poznać trzecich!. Tyko Wy cenicie innych niz ja... Dopóki nie będzie ściśle sprecyzowana definicja Zakapiora dopóty dyskusję tę będzie o można o dupę potłuc. Tym razem ja czekam na bana. Bicie piany nic więcej...
Bez pozdrowień
Pierwszy album wydała J. Dareckiemu oficyna Carpathia (też przez "th" :-D) z Rzeszowa - ta sama , która wydała "Zakapiorskie Bieszczady" Potockiego. Był to raczej albumik niż album i jak mi Jano zdradził to mu trochę wstyd. Drugi album, dopiero wydał Ruthenus (na zlecenie Gminy Solina, która zamówiła cały nakład) - tego albumu nie było w sprzedaży (chyba, że UG sprzedawał).
Sprzedawał, chyba po 40 zł.
Tu się zgodzę. Sam od wielu dni myślę o jakiejś definicji i jedynie co mi przychodzi do głowy to ,to , zakapior jest niedefiniowalny . Wymyka sie steroetypom podobnie jak ludzie których tak nazywają/my. Jak kiedyś będziesz w okolicy to zpraszam na ...herbatę może uda się osiągnąć jakis konsensus.
Proponuję przyjąć definicje przytoczoną tu na Forum przez Irasa, że zakapior to taki który lubi sobie potrzymać za ka.......
Definicja pojemna, nie budząca większych kontrowersji, ewentualne protesty zakapiorów kochających inaczej można będzie olać jako postawę niezgodną z wiadomymi wartościami.