-
O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z pobytu w
O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z pobytu w Bieszczadach w dniach od 8 do 30 września 2008 r.
Występujące postacie:
Stały Bywalec (SB), narrator - autor, który jeśli mija się z prawdą, to raczej rzadko i tylko o włos,
Małgorzata (Gosia) - żona wyżej wymienionego,
Andrzej - narzeczony wyżej wymienionej; poza tym kolega SB od 29 lat,
Mietek - kolega szkolny SB; przez wszystkie lata liceum (za wyjątkiem klasy maturalnej) siedzieli w jednej ławce, ale było to już 100 lat temu,
Paweł - od lat, podobnie jak SB, stały wrześniowy bywalec Sękowca, a od października do sierpnia warszawiak,
Darek - jak wyżej; poza tym głośno i przy byle okazji deklaruje, że lubi ostry seks;
Piskal - torunianin; bieszczadzki czeladnik Pawła i Darka, tęskni za Agnieszką, którą może się okazać Kathleen (Kathlen),
Basia leśniczyna - Szefowa prawobrzeżnego Sękowca,
Irena i Ula - fraucymer Szefowej,
Iza, Lucyna, Pastor, Piotr, Sjug, Wojtek 1121, Xiro - powszechnie znane i uznane osobistości z Naszego Forum,
Ania - żona Wojtka 1121,
Xirowa, Xirówna i Xirątko (płci jeszcze niewiadomej) - familia Xiro,
Łże-Sabinka, czyli Sabinek - uroczy kotek otrzymany przez SB od Sjuga; geneza owej darowizny sięga jeszcze VII KIMB w maju br.
To był 10-ty, czyli jubileuszowy rok pobytu w Sękowcu. Bo pierwszy raz gościłem tu w 1999 r.
Trochę statystyki.
Czas pobytu: 21 dni w pełni "bieszczadzkich", tj. nie licząc podróży w te i we w te.
Pogoda: poniżej wrześniowej normy, a w okresie od 15 do 23 września (9 dni) wręcz brzydsza od gówna.
Alkohol - w normie; głównie ukraińska "Priwatna Kolekcija", ale za to pita wg PN (Polskiej Normy); no bo skoro napisałem, że "w normie", to moglibyście zażądać doprecyzowania.
Piesze wycieczki bieszczadzkie: 7 dłuższych, całodniowych + 3 krótsze. Wśród tych krótszych jedna była dość ekstremalna, za co wyłączną odpowiedzialność ponosi Wojtek 1121. Wszystkie te wyprawy zostaną chronologicznie opisane.
8 września.
Podróż samochodem była dość nużąca, ale bez przykrych niespodzianek. Dużo padało po drodze. Gosi wyznaczyłem zadanie odbierania telefonów komórkowych do mnie i pośredniczenia w rozmowach (podczas prowadzenia przeze mnie samochodu), ale roboty miała niewiele. Przez cały dzień telefonów było tylko trzy.
W jakiejś przydrożnej knajpce zamówiłem przy bufecie kawę. Gdzie jest cukier ? "A tam, w tym białym pudełku", odpowiedziała panienka z bufetu. W lokalu panował półmrok. Wsypałem jedną łyżeczkę, tyle co zawsze. Potem zaczekałem, aż kawa ostygnie. A jeszcze potem stwierdziłem własną pomyłkę: zamiast osłodzić - osoliłem. Na ladzie bufetu sól stała tuż przy cukrze, również w białym pudełeczku. Afery z tego nie robiłem. "Zemściłem się" nie płacąc za toaletę i, oczywiście, pozostawiając nietkniętą kawę. Chociaż to ostatnie, to niezupełnie prawda, przecież pierwszy mały łyczek jednak wypiłem (tfu !).
W Lutowiskach kupiłem kilka piw i zaprenumerowałem prasę aż do 30 września. "Politykę", "Wprost" i "Angorę". Oraz "Gazetę Wyborczą", ale tylko wydania czwartkowe i piątkowe.
W Sękowcu pojawiliśmy się po godz. 18-tej. Rozpakowaliśmy się, a potem zaprosiliśmy na piwo Andrzeja, który przebywał w ośrodku już od dnia poprzedniego.
Zadzwoniłem też do Sjuga, że już jestem. Umówiliśmy się na odbiór ... kotki (sic!) pojutrze, czyli 10 września.
CDN
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Proszę o ciąg dalszy. No i o fotki Sabinki inaczej.
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
lucyna
Proszę o ciąg dalszy. No i o fotki Sabinki inaczej.
Dziękuję za zainteresowanie (mierzone liczbą odsłon). Ciąg dalszy, oczywiście, nastąpi.
Fotki Sabinka powinny być - jeśli Paweł dotrzyma słowa. Zrobił sporo zdjęć (m.in. kotka uznawanego jeszcze za kotkę) i obiecał mi całą płytkę CD z nimi.
A na razie ważna errata do poprzedniego rozdziału. Do składu osobowego postaci, o których napiszę w relacji, należy koniecznie dodać:
Bernadetta - żona Pastora. Kobieta z charakterem.
Jak ja mogłem o Niej w ogóle zapomnieć ???!!!
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
9 września
Na tegoroczny "rozruch" zaplanowałem trasę zalesioną (poza ostatnim odcinkiem), prawdziwie bieszczadzką. Czyli Otryt. Podobnie jak w zeszłym roku.
Wyruszamy we troje: piszący te słowa + Gosia + Andrzej.
Andrzej z początku nieco protestował, że to zbyt długa wycieczka jak na początek pobytu, ale Gośka mnie poparła i koledze zrobiło się wstyd, więc zamilkł.
Tu konieczna dygresja. To właśnie z Andrzejem jeździliśmy w Bieszczady prawie co rok w latach 90-tych. To także z nim "odkryłem" Sękowiec i z nim gościłem tam we wrześniu już w latach 1999 - 2001. A następnie ... kolega się "wykruszył". Można by rzec, że nastąpiło i zmęczenie materiału, i zmęczenie materiałem, używając technicznej terminologii. I nie dotyczy to tylko wypraw w Bieszczady. Także naszych wspólnych wędrówek po Puszczy Kampinoskiej - niegdyś Andrzej sam mnie dopingował do tych wycieczek, a teraz z ledwością da się na nie namówić ze 3 razy w roku (a my z Gosią tyle razy tam łazimy miesięcznie).
Zatem po pokonaniu drobnego oporu oponenta - malkontenta, wyruszamy. Z Sękowca wędrujemy stokówkami - najpierw na północny zachód, potem jeszcze krótkim odcinkiem na północny wschód i ... już jesteśmy w miejscu, w którym niebieski szlak schodzi ze stokówki wiodącej z Polany i odbija na grzbiet Otrytu. Ławeczka, kosz na śmieci, czyli czas na piwo.
Gosia w tym czasie łączy się też z Kretą, gdzie w charakterze "wielce odpowiedzialnego" (bo "aż" animatora) pracownika biura podróży Triada przebywa nasza córka, studentka, 21 lat. I jest to zupełnie normalne, nikogo nie dziwi. Tylko gdy ja miałem 21 lat, to nawet przez myśl by mi nie przeszło, że kiedyś z Otrytu będzie można sobie porozmawiać przez "kieszonkowy" telefon z Grecją.
Ruszamy dalej. Andrzej, zdaje się, przeżywa mały kryzys, gdyż proponuje, abyśmy - po dojściu do Chaty Socjologa - dalej poszli z Gosią do Lutowisk już bez niego, gdyż on skróci sobie dzisiejszą wycieczkę i z Chaty zejdzie do Chmiela. Perswaduję mu to skutecznie, tłumacząc że taki "skrót" nie ma sensu, gdyż mniej zmęczy się schodząc do Lutowisk i wracając do Sękowca wieczornym autobusem, niż idąc do Chmiela, a stamtąd jeszcze 4 km pieszo do Sękowca. Przekonałem go.
"Otrycki" odcinek niebieskiego szlaku zatraca powoli swoją dzikość. Jeszcze kilka lat temu spotykało się tu ślady pazurów niedźwiedzi na korze drzew. A dziś - końskie łajno oraz efekty ścinki i zrywki. No, może trochę przesadzam. Nadal jest tam pięknie. A już na pewno piękniej niż na ul. Pięknej w Warszawie (chociaż to wcale niebrzydka, w porównaniu z innymi, ulica).
Doszliśmy do Chaty Socjologa. Do środka wchodzimy tylko na chwilę - aby zasilić miejscową skarbonkę. W dowód wdzięczności gospodarz wynosi nam termos z herbatą, z którego korzystamy bez skrępowania, tzn. bez umiaru. Tak się bowiem składa, że wszystkie nasze płynne zapasy już wcześniej zdążyliśmy wychlać. I gdyby nie ta uprzejmość gospodarza Chaty, to nie mielibyśmy czym popić naszych kanapek.
Opróżniając termos z herbatą nie mamy jednak wyrzutów sumienia, gdyż po pierwsze - włożyliśmy coś tam do skarbonki, a po drugie - naszych kanapek nie spożywamy sami. Bez skrępowania dosiadł się bowiem do nas miejscowy wilczurek i cały czas pilnował, aby go nie skrzywdzić przy podziale porcji. Był przy tym dość wybredny i wybierał kanapki z wędliną, nam pozostawiając te z żółtym serem. Jadł, jadł, dawał się głaskać, aż nagle ... dostał szału. W polu węchu i widzenia pojawili się bowiem inni turyści z, o zgrozo, innym psem! Doszło do jakiejś psiej awantury, tylko trochę łagodniejszej od ostatnich pyskówek urzędników kancelarii Premiera i Prezydenta.
Ów pies bardzo poważnie podchodzi do swych psich praw i obowiązków, więc konkurentów nie toleruje. Podobnie jak Premier, który nie tolerował Prezydenta w składzie polskiej delegacji na szczyt UE w Brukseli. Przed dojściem do Chaty Socjologa wisi zresztą napis ze stosownym ostrzeżeniem, aby turyści prowadzący ze sobą zwierzątka domowe koniecznie meldowali o tym przez telefon komórkowy (jest podany numer) gospodarzowi Chaty.
Nakarmiwszy psa do syta, a siebie, skutkiem tego, tylko częściowo (bo taki wilczur to potrafi sobie podjeść), wyruszamy na ostatni etap naszej dzisiejszej wycieczki: zejście zielonym szlakiem do Lutowisk.
Andrzej złapał drugi oddech, już nie zostaje w tyle. Za to Gosia ma problemy ze stromym i śliskim gdzieniegdzie zejściem. Ale jakoś sobie radzi, zresztą owo zejście staje się stopniowo coraz łagodniejsze.
Wreszcie mamy piękne widoki - panorama Lutowisk.
W Lutowiskach czynimy drobne zakupy, głównie spożywcze. Nie za wiele, tyle co na jutrzejsze śniadanie. Jutro wybieramy się m.in. do Ustrzyk Dolnych, a tam to i wybór większy, i ceny niższe. Potem lokujemy się "U Biesa i Czada", pożeramy tam pstrągi i pierogi, popijając piwem, które trzeba sobie jednak przynieść ze sklepu obok.
Autobusem "ostatniej szansy", godz. 19:35 Lutowiska - szkoła, powróciliśmy do Sękowca.
CDN
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
Stały Bywalec
Dziękuję za zainteresowanie (mierzone liczbą odsłon).
Nie narzekaj. Wczoraj słuchałam wywiadu z pewnym hinduskim pisarzem. Nazwiska nie pomnę. Otóż on stwierdził, że naprawdę dobry pisarz ma zawsze co najwyżej tysiąc wiernych czytelników. Nie ważne czy pisze na "rynek" hinduski czy polski. Zawsze jest ich tysiąc. Ty masz już stu,;)a dopiero wątek rozpoczynasz.
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
10 września
Po wczorajszej wędrówce przez cały Otryt moje towarzystwo stwierdziło, że dziś nigdzie nie pójdzie, a co najwyżej pojedzie.
Zresztą ja też bym się nie zdecydował - w dniu dzisiejszym rozstrzygnie się bowiem kocia sprawa, mająca swój prolog w nocy z 17 na 18 maja br., czyli podczas obrad VII KIMB.
Byli tego naoczni świadkowie (m.in. Lucyna). Sjug i ja pisaliśmy też o tym na Forum, ale jeśli ktoś nie śledził, to mu niniejszym przypominam. Otóż podczas naszych majowych KIMB-owych obrad, ok. 1-szej w nocy, gdzieś tak pomiędzy wódką a zakąską, nawinęła mi się pod rękę ciężarna kotka. Taka w dość już zaawansowanej ciąży. Oczywiście interesowała ją zakąska, a nie wódka, to zrozumiałe. Podzieliliśmy się więc, tzn. ja pozostałem przy wódce. Delikatnie głaskałem tę kocią pieszczochę, powtarzam: Lucyna świadkiem. I już nie pamiętam, czy mnie ktoś sprowokował, czy byłem wiedziony nostalgią za zmarłą w listopadzie ub. roku moją kotką Sabinką, dość że głośno zadeklarowałem zamiar wzięcia poczętego kociaka, płci pięknej, maści czarnej. Jacek , pardon: Sjug, to usłyszał i skwapliwie zapamiętał. A dzień po szczęśliwych narodzinach przypomniał mi o tym publicznie na Forum.
Cóż, szlacheckie słowo nie dym. Wśród moich przodków, chociaż nie wszystkich, jakiś szlachciura zapewne by się znalazł. Biorę kota!
Ale dopiero po godz. 14-tej, tak się bowiem telefonicznie umówiliśmy ze Sjugiem.
Najpierw jedziemy do Ustrzyk Dolnych. Tam się rozłazimy - Gosia wędruje na rynek i do Halicza (to nazwa sklepu, jakby ktoś nie wiedział), a my z Andrzejem reaktywujemy handel polsko - ukraiński. Flaszki dobrej wódki 0,7 l po 18 zł, piwo chmilne micne po 3,50 zł. Tego ostatniego w tym roku jest bardzo mało, gdyż "mrówkom" ów "eksport" piwa do Polski nie bardzo się kalkuluje. W ogóle handel mniejszy niż we wrześniu ub. roku. Ale większy niż w maju br., gdy tam wówczas zajrzałem.
Proszę wybaczyć, ale pewnych szczegółów dotyczących zawierania transakcji nie podam. Ogólnie tylko napiszę, że dostałem, co chciałem, oraz ile chciałem. Andrzej także.
We trójkę znosimy dokonane zakupy do bagażnika samochodu, potem znów wracamy na rynek, znów przynosimy nowy towar, wreszcie - dość!
Idziemy na kawę do pobliskiej cukierni "U Szelców" - tak, tych samych, co mają słodki lokal również w Lesku.
A potem w drogę, kierunek: Ustrzyki Górne, Zajazd pod Caryńską - tam bowiem przebywa kot.
Ale nie najkrótszą drogą. Jedziemy przez Dwernik i Nasiczne. W Nasicznem znam bowiem gospodarstwo, w którym można kupić prawdziwe jajka, takie prosto od prawdziwej, nie fermowej kury, oraz prawdziwy, w domu robiony biały ser. Część z Was może w tej chwili, czytając te słowa, wzrusza ramionami, ale myślę, iż mieszkańcy większych miast podzielają mój podziw dla owych wiejskich "prawdziwości".
Kupiliśmy, zapłaciliśmy, dostaliśmy jeszcze w prezencie litrowy słoik mleka prosto od krowy.
Dojechaliśmy wreszcie pod Zajazdu pod Caryńską w Ustrzykach Grn. Zamówiliśmy obiad, zjedliśmy go, a Sjuga ani kota nie ma. Wkrótce jednak Jacek (Sjug) nadjeżdża, cześć, cześć - powitanie. Z jakiegoś zakamarka swojego zajazdowego obejścia wyciąga małego, całego czarnego futrzaka, nawet spokojnego, nie za bardzo wystraszonego. To właśnie on, albo ona - Jacek twierdzi, że nie zna się na tym. Ja też nie. Orsini by się tu przydała. Gdybym znał Jej numer telefonu, to zadzwoniłbym i relacjonował, co widzę pod ogonkiem. Może na tej podstawie wydałaby zaoczną, słuszną diagnozę. A tak? Już wspólnie w czwórkę (Gosia, Andrzej, Jacek i ja) deliberujemy nad podbrzuszem zwierzaczka i jednomyślnie orzekamy, że to chyba jest jednak kotka. I jednomyślnie się mylimy - ale to wyjdzie na jaw dopiero później, już w Warszawie.
Wręczam Sjugowi symboliczny podarunek, należy Mu się, w końcu przez 3 miesiące chował mojego kota. Ładujemy się z popiskującym zwierzaczkiem do samochodu i bierzemy kurs powrotny - na Sękowiec.
Tam Andrzej wędruje do swojego domku nr 10, a my z Gosią znosimy zakupy i kota do naszego lokum.
O godz. 19-tej idziemy do Andrzeja na piwo.
Teraz awansem parę słów o kocie. Na imię ma Sabinek. Jest cały czarny, milutki, czysty i schludny. Jeszcze w Sękowcu (w zasadzie od razu, jakby był przyuczony, chociaż nie był) pojął trudną sztukę załatwiania się w kuwecie. Miał tzw. koci katar, ale już go z tego wyleczyliśmy - dostał 3 zastrzyki antybiotykowe. Ja chyba zaraziłem się od niego tym katarem (śpimy nosek w nosek), ale mnie też już przeszło. Rośnie jak na drożdżach, jest już chyba ze 2 razy większy niż był owego dnia 10 września. Apetyt ma szalony. Szybki jak błyskawica, buszuje i psoci w całym mieszkaniu. "Załatwił" nam już telefon przenośny. Dziś rano, gdy spieszyłem na wykłady, schował mi zegarek. Już miałem wyjść z domu, gdy prawie w ostatniej chwili spostrzegłem zegarek w kuchni na podłodze. Wprawdzie nie stłuczony, ale zaczął się późnić. Cóż, zegarmistrz zarobi.
Trzeba przed "łobuzem" (kotem, a nie zegarmistrzem) pilnować nakrytego stołu. W Zajeździe pod Caryńską przyzwyczaił się pewnie, że po odejściu gości można sobie wejść na stół, więc tę tradycję kultywuje. W barze w Tarnawie Niżnej wypisz - wymaluj podobne koty obsiadają jedzących gości i czekają, aż zostaną poczęstowane, lub ludzie sobie pójdą, pozostawiając resztki jedzenia na stołach.
Jak wiążę sznurowadła od butów, przyskakuje i stara się łapać je pazurkami. I jak tu nie kochać takiego zwierzaczka?
Kto jeszcze nie ma kota (na punkcie kota), tego namawiam. W podaży, czyli dostawie owego żywego kociego towaru, pomoże Lucyna.
A tak Bogiem a prawdą, Lucy, gdybyś tak kilka razy przywiodła autobus pełen turystów do Tarnawy Niżnej, a po drodze wstawiła gadkę (jak to Ty potrafisz) o ślicznych i biednych kotkach, co mogą nie przeżyć zimy, to by je wzruszeni turyści pobrali. Chociaż to spróbuj.
CDN
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Piękna mama kocia była honorowym gościem KIMB. Miała "wejście". "Wmanewrowała mi się" na ręce. Wyjątkowa pieszczocha od razu wymruczała nam swoją tajemnicę: będę miała maleństwa, zaopiekujcie się nami. Podchwyciłeś nutki.
Koteczka ofiarowała Ci swoje małe, a Ty je z radością przyjąłeś.
Ni udało mi się. Próbowałam. W autokarze trudno przewozić kotki. :((
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
W kociej kwestii, to miałabym rade małą - nabycie drugiego kociego dziecka, do towarzystwa. Koci lubią towarzystwo wzajemne - sama wiem - mam dwa pręgowane szaraki i robi im dobrze, ze są razem. Więc mógłbyś dodać Sabinkowi jeszcze kolegę, moze być biały, dla odróżnienia :))
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
11 września
Wybieramy się do Krywego, ale lasem. Przekraczamy w Sękowcu most na Sanie, kawałek drogi idziemy w stronę osady, czyli lewobrzeżnego Sękowca "właściwego". Potem odbijamy w prawo, znów w stronę Sanu, tyle że maszerujemy teraz wzdłuż lewej strony rzeki. Wędrujemy leśną pół - ścieżką, pół - błotnistą drogą aż do ujścia Hulskiego do Sanu. W pewnym momencie przewodnik, czyli ja, popełnia błąd, gdyż chcąc dotrzeć jak najbliżej potoku Hulski nie skręca w porę w lewo, tylko wiedzie żonę i kolegę prosto, aż leśna ścieżka prawie zanika. Ale już po ok. 10 minutach nieco morderczego przedzierania się przez krzaki docieramy do poprzedniej drogi - po prostu nie mogliśmy się z nią znów nie spotkać. Wzajemne położenie dwóch rzek nie pozwalało na dłuższe błądzenie. Ja o tym wiedziałem, Andrzej chyba też, ale Gosia zaczęła już trochę panikować.
Wędrujemy następnie nad potokiem Hulski, znów "wyraźną" leśną ścieżką, aż do drutu kolczastego oznaczającego teren prywatny. Czyli mamy już Hulskie - miejscowość. Aż 2 chałupy, bez elektryczności. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu było tu ponad 50 gospodarstw. Przeprawiamy się na lewy brzeg potoku i początkowo idziemy znów równolegle do niego, tyle że po drugiej stronie. Na wysokości chałup skręcamy w prawo i walimy na przełaj aż na grzbiet Rylego. Tam spotykamy 2 turystów z Niemiec.
Już na górze robimy sobie "piwny" odpoczynek. W planie mamy jeszcze obejście całego Krywego: obok ruin cerkwi i dworu, zajrzenie do Tosi i dopiero powrót.
Obserwacja nieba skłania nas jednak do zmiany decyzji. Kontentujemy się samym widokiem Krywego ze szczytu Rylego, po czym schodzimy do drogi stokowej i wracamy nią do Zatwarnicy. Wykorzystujemy przy tym skrótowe ścieżki pod słupami z elektrycznością. W Zatwarnicy zachodzimy do sklepu. Kupujemy piwo i zasiadamy na tej słynnej, kultowej już werandzie zatwarnickiego sklepu. Stwierdzamy, że skracając wycieczkę - postąpiliśmy prawidłowo. Właśnie zaczęło padać i nie zanosi się, aby miało przestać. Gdybyśmy w porę nie zawrócili, wędrowalibyśmy teraz w deszczu.
A tak, to nawet do Sękowca nie musimy iść teraz pieszo. Szefowa sklepu zamyka go po godz. 17-tej i jadąc do domu podwozi nas do mostu na Sanie, skąd już mamy tylko kilkaset metrów.
O godz. 19-tej "organizujemy" piwko. U nas. Degustacja ukraińskiego piwa połączona z głaskaniem niby to kotki, a w istocie zakamuflowanego kocurka.
Kotek okazuje się bardzo inteligentny, a także pojętny, jeśli chodzi o sposób załatwiania, w warunkach domowych, swoich potrzeb naturalnych. Już przed jego przywiezieniem postawiłem w przedpokoju pod stołem kuwetę z cat's best. Wczoraj za tą "mniejszą" potrzebą od razu poszedł do kuwety, ale co będzie z tą "większą"? Dziś rano, czyszcząc ów "koci nocnik" znalazłem tam również i to "najważniejsze", czyli - przepraszam za kolokwializm - kupę.
12 września
I znów jedziemy do Ustrzyk Dln. Znów zakupy u ruskich przyjaciół, a konkretnie u jednego, z którym dwa dni temu umówiłem się na nieco większą liczbę butelek chmilnego micnego.
Kupuję także (w "Haliczu") koci pokarm. Nie dla naszego kotka, bo z myślą o nim (niej!) przywiozłem z Warszawy saszetki ze specjalnym żarciem dla kocich malców. Puszki kupuję więc dla kotów kręcących się wokół domu - aż do wyjazdu 30 września będę je codziennie systematycznie dożywiał.
Obiad jemy w Krościenku, specjalnie tam podjechaliśmy. Przy wjeździe do Krościenka po prawej stronie, przy skrzyżowaniu, znajduje się bardzo fajny, przydrożny mały bar (tuż obok, przy tym samym placu jest sklep spożywczy). Bar odkryłem już w roku ubiegłym. Nic się nie zmieniło na niekorzyść. Nadal można tam smacznie i tanio zjeść.
A wieczorem, w barze ośrodka w Sękowcu, doszło do spotkania z Piotrem, który właśnie przyjechał. Z tatą i psem. Zamiejscowym i miejscowym żłopaczom piwa w barze przedstawiłem Piotra jako największy autorytet w zakresie wiedzy o Bieszczadach - zarówno tej teoretycznej (np. historia, geografia), jak i praktycznej (trasy wycieczek, kwatery, etc.). Od razu nabrali szacunku i przestali się "rządzić" w lokalu.
CDN
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Stały Bywalcze! Dzięki za tak wyczerpujący opis Waszego pobytu. Czyta się super, tylko brakuje mi zdjęć albo rycin jakiś chociaż.
Pozddrawiam
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
bertrand236
Stały Bywalcze! Dzięki za tak wyczerpujący opis Waszego pobytu. Czyta się super, tylko brakuje mi zdjęć albo rycin jakiś chociaż.
Pozddrawiam
Bertrandzie, ja wprawdzie zdjęć nie robiłem, ale myślę, że nasi wspólni przyjaciele nie zawiodą.
I tak, gdy dojdę do opisu "ekstremalnej" wyprawy z Wojtkiem 1121, myślę iż zamieści swoje zdjęcia. Sporo ich zrobił. Powinien także zamieścić fotografię uzupełnionego przez nas spisu dyżurnych sprzątających wieczorem po nabożeństwach kościółek - cerkiewkę w Michniowcu. Tytułem wyróżnienia dopisaliśmy tam wybijających się członków Naszego Forum. O ile dobrze, Bertrandzie, pamiętam, to Twój dyżur wypada w 2-gi dzień Świąt, 26 grudnia (masz dyżur wspólnie z Izą). Ale wszystko w swoim czasie, dojdziemy do odpowiednich dat.
Także przypuszczam, iż Pastor i Piotr nie zawiodą - zamieszczą zdjęcia z imprezki, jaką zrobiliśmy w domku Pastora. Ale, jak powiadam, jeszcze nieco cierpliwości.
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Kupuję także (w "Haliczu") koci pokarm. Nie dla naszego kotka, bo z myślą o nim (niej!) przywiozłem z Warszawy saszetki ze specjalnym żarciem dla kocich malców. Puszki kupuję więc dla kotów kręcących się wokół domu - aż do wyjazdu 30 września będę je codziennie systematycznie dożywiał.
Absolutnie odradzam, przyzwyczają się, rozpieszczą i potem trzeba będzie sobie od ust odejmować, bo zaczną lepiej jeść niż TY!
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
mAAtylda
Absolutnie odradzam, przyzwyczają się, rozpieszczą i potem trzeba będzie sobie od ust odejmować, bo zaczną lepiej jeść niż TY!
Alle ja przynajmniej będę lepiej, niż koty, pić. Taka kocina to przecież nawet piwa nie tknie.
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
Stały Bywalec
Taka kocina to przecież nawet piwa nie tknie.
Tego to nie byłabym pewna. Jeden z moich psów cierpiał na chorobę nerek. Wererynarz zlecił mu picie piwa (to były późne lata 80-te). Ciapa dostawał do michy piwo, wąchał i czekał. Po chwili przychodziła kocia czereda pod przewództwem Carycy. Zasiadali przy "stole" i wspólnie chleptali z michy.
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Kotów dzikich chyba nie należy przyzwyczajać do saszetek z wiskasem czy innym kocim jedzeniem sztucznym. Kiedy nawykłe do tego jadła, po waszym wyjeździe, nie będą chciały innych posiłków. Moja Kicia - przyzwyczajona od małego do kociego żarcia, nie spojrzała nawet na szynkę czy wątróbkę.
Rok temu, na Tarnawie, czarno - biała kotka powiła chyba sześć kociaków różnej maści. Mieszkały w jednym z domków kempingowych obok hotelu. Któregoś dnia z przerażeniem zobaczyłam, że dostały z kuchni (kotka i kociaki) olbrzymią kość po kotletach schabowych; przychodzę do kotów następnego dnia rano, a tu leży wyczyszczona do białości kość. I koty te do dnia dzisiejszego mają się dobrze, dalej odżywiają się tym co pozostało z kuchni. Jeszcze w lipcu dzikie, teraz garną się do ludzi, czekają na pieszczoty.
Jeśli będziecie w najbliższym czasie w Tarnawie Niżnej i jeśli możecie utrzymać kota, weźcie któregoś i zapewnijcie mu odpowiednie warunki. W innym wypadku nie przetrzymają zimy.
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Jakiś zbłąkany myszołów lub orzeł przedni albo ural, gdy tylko zgłodnieją to się kotkami zajmą.
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
Marcin Scelina
Jakiś zbłąkany myszołów lub orzeł przedni albo ural, gdy tylko zgłodnieją to się kotkami zajmą.
Niestety,masz rację.
Ich dni są policzone. Chciałam zabrać ciężarną szarą kocicę, tę z chorymi tylnymi łapkami, do domu. Miałam ją w autokarze ale kocica wystraszyła się. Musieliśmy ją odwieźć. Gdy byliśmy ostatnio kocia gdzieś się zaszyła. Nie mogłam jej znaleźć.:-(
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
dorota z krakowa
Rok temu, na Tarnawie, czarno - biała kotka powiła chyba sześć kociaków różnej maści. Mieszkały w jednym z domków kempingowych obok hotelu. Któregoś dnia z przerażeniem zobaczyłam, że dostały z kuchni (kotka i kociaki) olbrzymią kość po kotletach schabowych; przychodzę do kotów następnego dnia rano, a tu leży wyczyszczona do białości kość. I koty te do dnia dzisiejszego mają się dobrze, dalej odżywiają się tym co pozostało z kuchni. Jeszcze w lipcu dzikie, teraz garną się do ludzi, czekają na pieszczoty.
Jeśli będziecie w najbliższym czasie w Tarnawie Niżnej i jeśli możecie utrzymać kota, weźcie któregoś i zapewnijcie mu odpowiednie warunki. W innym wypadku nie przetrzymają zimy.
Święty Duch Pana Boga chwali. A więc to Ty. Dopiero przed chwilą poukładały mi się puzle w głowie. Mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się i wypijemy wspólnie gdzieś na szlaku hebratkę (bez wkładki).
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
lucyna
Święty Duch Pana Boga chwali. A więc to Ty. Dopiero przed chwilą poukładały mi się puzle w głowie. Mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się i wypijemy wspólnie gdzieś na szlaku hebratkę (bez wkładki).
Tak to ja:razz:
Jakie to puzle poukładały Ci się w głowie? Czy może kiedyś widziałyśmy się na Tarnawie?
Na pewno się spotkamy.
Z Tobą Lucyno mogę na szlaku (w drodze wyjątku), wypić nawet herbatkę z wkładką:shock:
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Twoi Przyjaciele są moimi znajomymi.
Do zobaczenia na szlaku.
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Miło mi, że w kociej sprawie dogadały się Lucyna i Dorota z Krakowa.
Ale teraz ad rem, czyl powrót do głównego tematu.
13 września
Dziś sprawdzimy funkcjonalność "lokalu kontaktowego" Naszego Forum, czyli baru "Zacisze" w Cisnej.
Ale najpierw musimy "zapracować" na tamtejszą obiadokolację. Jedziemy (tym razem samochodem Andrzeja) do Żubraczego, a tam nas (czyli Gosię i mnie) pan kierowca pozostawia, informując, że zaplanowana wycieczka to dziś nie na jego siły. Kolega przeżywa jeszcze, jak widać, dwie poprzednie "wielkie wspinaczki" na Otryt i Ryli. Oto skutki kilkuletniego gnuśnienia i zaniedbań treningowych. Jak się kumpel nie weźmie w porę w garść (a to już naprawdę ostatni dzwonek), to zramoleje ze szczętem. Bo potem to będzie już za późno - lekarz każe mu "unikać wysiłku". Czyli że zamiast Bieszczad będzie podziwiał Park Łazienkowski, przysiadając co parę chwil na ławeczce, karmiąc ptaszki i wiewiórki.
Wędruję sobie zatem tylko z moją piękniejszą połową. Pokonujemy trasę: Żubracze - Solinka - Roztoki Grn. - Liszna - Majdan - Cisna. Pochmurno i zimno, ale chociaż nie pada. Pora deszczowa dopiero nadchodzi, o czym naturalnie jeszcze nie wiemy. Jest tak chłodno, że nawet pić piwa mi się nie chce, co u mnie oznacza wielką anomalię. Łażę z tym piwem cały dzień i w końcu przynoszę je z powrotem. W Roztokach Grn. zjadamy po kanapce i szybko dalej wędrujemy, gdyż podczas postoju zdążyliśmy trochę zmarznąć.
Jedyną atrakcję stanowią drapieżne ptaki na niebie. Ale i one wyglądałyby ładniej w słońcu.
Już w Cisnej spotykamy orszak weselny. Machamy państwu młodym, a panna młoda odpowiada pięknym uśmiechem. Wołam "w każdym kątku po dzieciątku", ale chyba nie słyszą. A zresztą, mogą nie słyszeć, byle by się ziściło!
Docieramy do "Zacisza". Tam już czeka na nas Andrzej, który dopiero co przyjechał. Jeździł sobie po okolicy i trochę spacerował.
Żadnych oznaczeń wskazujących na powiązanie "Zacisza" z Naszym Forum, pomimo obietnic Bertranda i Wuki, nie widzę. Rozmawiam z barmanem, który zaraz prosi Szefową. Tłumaczą mi oboje, że jeszcze nie zdążyli przygotować stolika z rezerwacją dla uczestników Bieszczadzkiego Internetowego Forum Dyskusyjnego. Dobrze znają Bertranda, powołanie się na Niego znakomicie ułatwia tę wstępną rozmowę.
Jesteśmy bardzo głodni. My z Gosią troszkę zmarzliśmy, zresztą przeszliśmy ok. 18 - 20 km, a Andrzej - on jest zawsze głodny.
I tu następuje mały zgrzyt. Gosia zamówiła "placki po bieszczadzku". Pal sześć, że czeka na nie cholernie długo, ale w końcu dostaje je ... niemiłosiernie przesolone. Ja osobiście jestem, jeśli chodzi o żarcie w knajpach, raczej mało wybredny. Początkowo więc myślę, że przesadza z tą opinią o przesoleniu. Wreszcie próbuję je sam, z talerza żony. Faktycznie, kobieta ma rację, tego nie da się zjeść. Chyba kucharzowi torba z solą pękła i się do kotła cała wysypała. Żona zjada więc samo ciasto, pozostawiając nietknięte mięsko na boku talerza. I w sumie jest niezadowolona. A wiadomo, że jak baba niezadowolona, to ...
Gwoli ścisłości podaję, że my z Andrzejem nie narzekaliśmy na jedzenie. Już nie pamiętam, co mój kolega zamówił (chociaż na pewno nie placki po bieszczadzku), ale nie narzekał. Ja również się najadłem kotletem schabowym, był duży i smaczny.
Żadnych reklamacji z powodu tych niemożliwie słonych "placków po bieszczadzku" nie składaliśmy. Aż do tej pory. Kolega barman podobno czyta Nasze Forum, więc może teraz się domyśli, dlaczego wychodziliśmy z "Zacisza" w nienajlepszym humorze. Jeśli w ogóle to pamięta.
Wracamy do Sękowca. Zapraszamy pana kierowcę do nas na piwo, mnie też ono w domowym cieple znów smakuje.
Tego dnia odwiedzam jeszcze Pawła i Darka, którzy dopiero co przyjechali. Piskal ma przybyć za dwa dni. Nie bawię u nich długo, chłopy muszą się przecież rozpakować.
14 września
Planujemy odpoczynek od pieszych wędrówek. Jedziemy dziś do Czarnej. Musimy kupić Gosi nowy plecak, gdyż w poprzednim rozbiła szklane opakowanie, które jej się rozprysło na co najmniej tysiąc szklanych ostrych kawałeczków.
I pomimo niedzieli ów plecak kupujemy - w delikatesach w Czarnej.
Nabywamy tam też odpowiednią (czyli znaczną) ilość fasolki po bretońsku. I wracamy do Sękowca. Zimno i chwilami mży.
Andrzej dość smacznie przyrządza tę fasolkę i nas zaprasza. Siedzimy sobie potem w jego domku nr 10, pałaszujemy talerz za talerzem (nie myśląc o nieuchronnych gastrycznych efektach takiego posiłku) i popijamy ukraińską "priwatną kolekciję", czyli b. dobrą gorzałę, jak by kto jeszcze nie wiedział.
Wieczorem wpadamy na "uzupełniające" piwo do baru w ośrodku. Oprócz naszej trójki są tam również Piotr oraz Paweł i Darek. Z Pawłem i Darkiem (Piotr ma inne plany) umawiamy się na jutrzejszą całodniową wycieczkę na Połoninę Wetlińską, z wykorzystaniem dwóch toyot: Pawła i mojej. Nie oznacza to, że chcemy na połoninę wjechać samochodami. Zamierzamy z Pawłem rano wyjechać dwoma autami, jedno gdzieś pozostawić po drugiej stronie połoniny (na parkingu na jakiejś przełęczy lub w samej Wetlinie), a potem drugim wozem powrócić po resztę towarzystwa do Sękowca. I stąd wyjść już pieszo, pójść na połoninę przez Zatwarnicę i Suche Rzeki, wiedząc że będziemy mieli czym przyjechać do Sękowca. Takie "kombinacje" są niestety niezbędne, jeśli się nie kwateruje gdzieś przy obwodnicy (bo tam sprawę powrotu ułatwiają bieszczadzkie busiki).
W zależności od jutrzejszej pogody, która coś się niewyraźnie zapowiada, zamierzamy przejść albo całą Połoninę Wetlińską z Przełęczy Orłowicza aż do Chatki Puchatka, albo tylko z Przełęczy Orłowicza wejść na Smerek, wrócić i zejść do Wetliny.
Jeszcze nie wiemy, że jutro nastąpi początek 9-cio dniowej pory deszczowej.
A wyprzedzając tok narracji informuję, że do tej wycieczki doszło. Pomimo zimna oraz opadu deszczu o charakterze ciągłym oraz intensywnym. Szczegóły niebawem.
CDN
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
"Wywołana do tablicy"informuję,że słowa dotrzymam-flaga będzie.Troszkę opóźnienia z przeróżnych przyczyn obiektywnych i troski o to,zeby TO miało ręce i nogi.Cierpliwosci zatem jeszcze ciut!Pozdrawiam!
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Witam
Cytat:
Zamieszczone przez
Stały Bywalec
...Dziś sprawdzimy funkcjonalność "lokalu kontaktowego" Naszego Forum, czyli baru "Zacisze" w Cisnej.
To jest aktualnie siedzisko wszelakiej maści "harley-owców". Czekanie 30 minut na posiłek to lekka przesada. Po przeczytaniu miłej Pani z obsługi listy potraw taka wypadła średnia. Substytut posiłku - to tylko 3 minuty!!!
x10 to posiłek !!!
Pozdrówka
Na razie tyle - lebo co wróciłem z Bieszczadów. Jak dojdę do siebie to może cosik skrobnę.
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
15 września
Kto by wcześniej pomyślał, że dziś - 3 listopada, pisząc te słowa, będę miał lepszą pogodę niż 15 września, czyli - jak by nie było - latem.
Z samego rana jeszcze nie padało. O godz. 8-mej wyjeżdżamy z Pawłem dwoma samochodami do Wetliny. Po drodze obserwuję termometr na desce rozdzielczej, temperatura spada chwilami do 3 st. C. Jadę z włączonym ogrzewaniem.
W Wetlinie zajeżdżamy do Dworaczków, tam parkuję moją toyotę i przesiadam się do Pawłowej. Wcześniej, tak na wszelki wypadek, pozostawiam w recepcji kartkę z numerem rejestracyjnym samochodu, moim nazwiskiem i numerem komórki. Licho nie śpi.
Wracamy autem Pawła. Jeszcze w Wetlinie spostrzegamy na szosie lisa, niespiesznie sobie maszerującego drogą, ale prawidłowo dla ruchu pieszego, bo lewą stroną.
Zajeżdżamy do Sękowca. Tam okazuje się, że jedynym kandydatem na wycieczkę, oczywiście oprócz Pawła i mnie, jest Darek. A zatem wyruszamy tylko we trzech.
Gdy przekraczamy San, jest chyba już po godz. 10-tej. Właśnie zaczęło padać. Temperatura nadal nie przekracza 5 st. C. Na niebie ołowiane chmury, ale szybko przesuwające się. Pocieszamy się, że wiatr je rozpędzi i przepędzi. Nie zdajemy sobie sprawy, że właśnie je napędza i gromadzi na całe najbliższe 9 dni.
W zatwarnickim, "kultowym" już sklepie kupujemy piwo. Ja - tylko jedno, gdyż będę dziś jeszcze kierowcą. A zresztą jest zimno i pada deszcz, pić się nie chce.
Zakapturzeni wędrujemy dalej. Krótki postój robimy w Suchych Rzekach - w miejscu, gdzie jeszcze kilka miesięcy temu była "Ostoja". Paweł i Darek chowają się pod wiatę, pod którą zgromadzono deski porozbiórkowe. Ja staję pod drzewami z drugiej strony drogi. Chwila zadumy. To se już ne wrati. "Ostoja" przeszła do bieszczadzkiej historii. Czy tak rzeczywiście musiało być ?
Idziemy dalej w kierunku Przełęczy Orłowicza. Przed wyjściem ze strefy lasu na połoninę znów chwila refleksji. Blaszana tabliczka na drzewie informuje, że w tym miejscu dn. 2 października 1998 r. zmarł śp. Karol Gruszczyk. To już 10 lat temu. Przez ten czas drzewo się rozrosło i tabliczka zaczyna z niego odpadać.
Na Przełęczy Orłowicza okropny ziąb, rzęsisty deszcz i mgła. Definitywnie porzucamy zamiar wejścia na Smerek i zmykamy jak najszybciej w dół, tyle że już nie na zatwarnicką, lecz na wetlińską stronę. Przy skałach, pod pierwszymi drzewami robimy krótki "piwny" postój.
Dalej w drogę. Moja kurtka ładnie chroni przed wilgocią górną część ciała, ale od kolan w dół jestem mokry, buty też już zaczynają mi przemakać. Paweł się trzyma dzielnie, natomiast Darek zaczyna szczękać zębami (dosłownie !). A deszcz na przemian albo pada, albo leje. I wieje zimny wiatr. I nadal jest co najwyżej 5 st. C.
W Wetlinie docieramy do Dworaczków, zamawiamy solidny obiad. Ratuję Darka aspiryną, którą zawsze noszę przy sobie, ale tak się składa, że to innych zawsze nią częstuję w potrzebie.
Najedzeni i nieco podsuszeni wsiadamy do mojego samochodu i wracamy do Sękowca. Dopiero tam mogę się rozgrzać "od środka", co skwapliwie czynię ukraińską gorzałą. I nic mi nie było, nawet nie kichnąłem.
Podczas wędrówki Paweł i Darek otrzymali telefoniczną informację od Piskala, że właśnie przybył do Sękowca z dalekiego Torunia. Dostał od nich polecenie napalenia w piecu.
CDN
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
Stały Bywalec
11 września
Obiad jemy w Krościenku, specjalnie tam podjechaliśmy. Przy wjeździe do Krościenka po prawej stronie, przy skrzyżowaniu, znajduje się bardzo fajny, przydrożny mały bar (tuż obok, przy tym samym placu jest sklep spożywczy). Bar odkryłem już w roku ubiegłym. Nic się nie zmieniło na niekorzyść. Nadal można tam smacznie i tanio zjeść.
CDN
Ja ten lokal odkryłem w tym roku. Pisałem w innym temacie - doskonała golonka z zapiekanymi ziemniaczkami + musztarda - 10zł!!! Także potwierdzam i polecam. Dodatkowo zimne piwko...
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
16 września - 2-gi dzień pory deszczowej
O godz. 10-tej przyjechał do nas Wojtek1121 z żoną, Anią. Zabierają Gosię, mnie i Andrzeja na przejażdżkę terenówką Wojtka, nissanem. Wóz wspaniały. Aktualnie Wojtek zmienił go na jeszcze lepszy (terenową toyotę), ale wiem o tym tylko ze słyszenia.
Posiadając stosowny glejt pozwoleństwa na jazdę po otryckich drogach zakładowych LP, jedziemy z Sękowca do Polany. Stamtąd chcemy się udać zaznaczoną na mapie drogą do Rosolina (miejsce po niegdysiejszej wsi), obejrzeć ruiny dworu i pieczarę przy potoku Czarny.
Po przejechaniu chyba ok. 1 km natrafiamy na bród. Po opadach woda jest duża i mętna, dna nie widać. Pal sześć, że potopilibyśmy nasze baby, ale samochodu szkoda. Wojtek wycofuje wóz na wstecznym biegu, zawracamy do Polany.
Jedziemy do Czarnej, oczywiście objazdem koło osuwiska na obwodnicy. Dla wozu terenowego to pestka, ale i osobowym ostrożnie się przejedzie. Nikt tam już nie pilnuje, nie kontroluje, czy przejeżdżający posiadają odpowiednie "przepustki" wydawane przez stosowne władze.
W Czarnej nie zatrzymujemy się, lecz od razu podążamy do Bystrego. Podjeżdżamy pod cerkiew greckokatolicką, nieczynną, ale jako tako zabezpieczoną przed dewastacją. Panie pozostają w samochodzie, a my oglądamy cerkiew ze wszystkich stron, ukrywając przy okazji "skarb" Geocache. Gdyby jakiś miejscowy pijaczek to wyśledził, miałby okazję spróbować czegoś lepszego. Ale nie, nikogo tam nie ma, pogoda skutecznie odstrasza i miejscowych, i turystów.
Zaglądamy też do rzeźbiarza - malarza mieszkającego tuż obok cerkwi. Ucinamy sobie rozmówkę z nim i jego tatą. Od słowa do słowa i okazuje się, że ojciec gospodarza zna ... mojego szwagra. Obaj pracowali w Karsznicach na kolei. Small the world !
Ów artysta to barwna postać Bieszczadów. Nie czuję się jednak upoważniony, aby cokolwiek więcej napisać. Poza tym informacje, jakie uzyskałem zarówno od niego, jak i później, od innych "wtajemniczonych", są tak ciekawe i nietypowe, że koniecznie wymagają jeszcze potwierdzenia. Jest to zresztą temat do dyskusji przy piwie, a nie na forum dyskusyjnym.
Z Bystrego jedziemy do pobliskiego, przygranicznego Michniowca. Najpierw podjeżdżamy do końca wsi. Jeszcze kilkaset metrów i już Ukraina. Zatrzymujemy się, wysiadamy z samochodu i chowamy się pod wiatą końcowego przystanku PKS. Tam zjadamy małe co nie co. Następnie jedziemy z powrotem, czujnie wzrokiem lustrując prawą stronę wiejskich zabudowań. Jest ! Właśnie o to mi chodziło. Pokazuję przyjaciołom ładną cerkiewkę w Michniowcu, aktualnie kościółek rzymskokatolicki. Wojtek robi trochę zdjęć.
Przy okazji odkrywamy wywieszoną do publicznego wglądu listę osób sprzątających ów kościół, harmonogram prac sporządzono aż do 21 grudnia br. To doprawdy wstyd, że na tej liście nie ma nikogo z Naszego Forum. A może by tak ją uzupełnić, doprowadzić aż do końca roku ? Żeby jednak na to pytanie znaleźć odpowiedź, należy wybrać się do Michniowca. Jest to nawet konieczne, aby nie przeoczyć własnego terminu prac porządkowych.
Wyjeżdżamy z Michniowca, wracamy do Polany. Jedziemy w stronę Lutowisk, przed nimi skręcamy w prawo, na Skorodne. Droga nieco, ale tylko "nieco" podreperowana. Dla Wojtka i jego terenówki to jednak tylko "małe piwko przed śniadaniem". W Skorodnem zatrzymujemy się na kilkanaście minut, badając tamtejsze warunki agroturystyczne. Dla osób preferujących samotność byłby tu istny raj. Bo ta miejscowość to znajduje się już nawet nie na końcu świata, ale jeszcze dalej. Czyli poza końcem świata.
Z Polany leśnymi drogami zakładowymi podążamy do jakiegoś miejsca na obwodnicy, skąd już blisko do Rajskiego. Po drodze obserwujemy wywóz drewna z Bieszczad. Czy nie za dużo tego przypadkiem ?
Z Rajskiego jedziemy do Studennego, a tam przez most na Sanie wjeżdżamy znów na leśną drogę, którą walimy wprost do Sękowca. Żegnamy się z Wojtkiem i Anią, umawiając się z Nimi na następny dzień.
Wieczorem wpadamy na piwo do baru w Sękowcu. Spotykamy się tam z Piotrem, pojawia się także Iza. Wzajemnie opowiadamy sobie o detalach deszczowej turystyki. Nie zapisałem sobie jednak, którędy oni wędrowali, więc teraz już nie pamiętam.
CDN
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
Stały Bywalec
Stamtąd chcemy się udać zaznaczoną na mapie drogą do Rosolina (miejsce po niegdysiejszej wsi), obejrzeć ruiny dworu i pieczarę przy potoku Czarny.
Po przejechaniu chyba ok. 1 km natrafiamy na bród. Po opadach woda jest duża i mętna, dna nie widać. Pal sześć, że potopilibyśmy nasze baby, ale samochodu szkoda. Wojtek wycofuje wóz na wstecznym biegu, zawracamy do Polany.
Ale z Was lenie śmierdzące, od brodu do groty nie ma ani kilometra, raptem kilkaset metrów spacerkiem wzdłuż potoku. Ale w sumie fakt, dobrze że zawróciliście bo grota ma za mały prześwit i widzi mi się terenówka nie wejdzie, więc i tak nic byście nie zobaczyli... :mrgreen:
-
9 załącznik(ów)
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Chcieliśmy iść na piechotę , ale była wysoka woda w potoku. Kilka zdjęć z wyprawy ze SB.
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
Stały Bywalec
16 września -
Ów artysta to barwna postać Bieszczadów. Nie czuję się jednak upoważniony, aby cokolwiek więcej napisać. Poza tym informacje, jakie uzyskałem zarówno od niego, jak i później, od innych "wtajemniczonych", są tak ciekawe i nietypowe, że koniecznie wymagają jeszcze potwierdzenia. Jest to zresztą temat do dyskusji przy piwie, a nie na forum dyskusyjnym.
CDN
Względem owego artysty (fakt-swymi przeżyciami mógłby ze trzy osoby obdzielić już , a przecież młody jeszcze chłop) mam pytanie : czy "Rodząca murzynka" już gotowa ?
Dodam tylko od siebie ...... ma bardzo ciekawie "obudowany" (urządzony na zewnątrz) stuletni już przecież dom (zachwycił nas z zewnątrz i od wewnątrz).
Jego ojciec pokazal mi dar od syna "Cerkiew nocą" (doszukaliśmy się wspólnych znajomych) i nabyliśmy "mały obraz" z "Malej ..... "
Pozdrawiam PF
ps myślę ,że tyciuchne uchylenie informacji można ..... , niekoniecznie przy piwie .
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Wojtek1121 - bardzo dziękuję Ci za uzupełnienie zdjęciami mojego powyższego postu z dn. 16 września. Mam również cichą nadzieję, że uczynisz to także w odniesieniu do poniższej relacji z dn. 17 września, gdy też razem włóczyliśmy się po Bieszczadzie.
PiotrekF i inni Koledzy (Koleżanki) z Naszego Forum, którzy zgłosiliście już, bądź dopiero zgłosicie swoje uwagi. Odpowiem Wam już po zakończeniu mojej opowieści (poświęcę temu ostatni post). Pozwólcie, że na razie dokończę bieszczadzki "pamiętnik". A zatem, wracam do niego.
17 września - 3-ci dzień pory deszczowej
Szanownych Czytelników proszę teraz o rozłożenie mapy. Jest ona niezbędna podczas lektury prawie wszystkich odcinków tej opowieści, ale do zrozumienia niniejszego będzie potrzebna szczególnie.
O pogodzie nie napiszę, bo nie była tego warta.
Ok. godz. 9-tej rano wyjeżdżamy z Gosią z Sękowca. Udajemy się do Bystrego k. Baligrodu, gdzie w "Wisanie" chwilowo pomieszkują Wojtek1121 i Ania. Jazda tam zabiera mi ponad godzinę, droga jest kręta i mokra. Z powrotem będzie nie lepiej.
Wojtek i Ania już na nas czekają. Przesiadamy się do Wojciechowego terenowego nissana i przez Przełęcz Żebrak docieramy nim do Woli Michowej. Na samej przełęczy, przy opustoszałej bazie namiotowej krótki postój, Wojtek robi kilka zdjęć.
W Woli Michowej skręcamy - już na tzw. drodze karpackiej - w prawo (na zachód). Po przejechaniu ok. 1 km docieramy do stokówki biegnącej mniej więcej wzdłuż potoku Magurczyny Niżny (nazewnictwo wg najnowszej mapy Compassu). Skręcamy w tę stokówkę (w lewo) i jedziemy nią kilka km na południe, aż do końcowej pętelki - nawrotki. Wysiadamy z samochodu, pozostawiając w nim nasze panie, najwyraźniej nie mające ochoty na opuszczenie suchego pomieszczenia pod dachem.
W tym miejscu konieczna dygresja - muszę się przyznać do dwóch własnych błędów.
Najwyraźniej nie doceniłem Wojtka, a wręcz Go zbagatelizowałem. Przypuszczałem, że wycieczka z Nim to będzie głównie jazda samochodem plus króciutkie spacerki na prawo i lewo, ale zawsze niedaleko od szosy. No i w związku z tym, pomimo fatalnej pogody, nie założyłem odpowiednich butów. Włożyłem takie, nb. bardzo wygodne, w których chadzam sobie po Puszczy Kampinoskiej w suche, bezdeszczowe dni. To był pierwszy mój błąd.
Drugim było to, że - wyruszając w pieszą trasę - nie wiedziałem, gdzie dokładnie się znajduję. Ogólnie się tylko orientowałem, że jesteśmy kilka km na południowy zachód od Woli Michowej. Nie miałem wtedy pojęcia o tym, co (vide tekst powyżej) przed chwilą napisałem. Te okolice Bieszczadów znam tylko fragmentarycznie i słabiutko. To nie okolice Otrytu, gdzie czuję się jak na warszawskiej Ochocie.
Wojtek mi wprawdzie coś tłumaczył, wymieniał jakieś nazwy, ale bez zorientowania ich na mapie niewiele mi to mówiło. Po prostu powinienem wtedy rozłożyć własną mapę, umiejscowić na niej miejsce wymarszu oraz punkt docelowy, ale tego nie zrobiłem. Uczyniłem to dopiero wysoko, znajdując się na szlaku granicznym. Ale po kolei.
Od stokówki, którą przyjechaliśmy, odchodzi w górę, na południe, puszczańska zrywkowa ścieżka. Jest zaznaczona na mapie. Wędrujemy nią więc z Wojtkiem pod górę. Wojciech chce nią iść aż do końca, bo ścieżka z czasem zanika (tak jest też na mapie, tyle że ja wtedy nie miałem o tym pojęcia). Potem powinniśmy pójść na przełaj jeszcze trochę, kilkaset metrów, w górę - aż do szlaku granicznego niebieskiego i czerwonego. Wyszlibyśmy wtedy na odcinek tego szlaku znajdujący się pomiędzy Głębokim Wierchem a Wysokim Groniem. A dalej powędrowalibyśmy już wygodnie szlakiem, granicą polsko - słowacką, na wschód aż do Wierchu nad Łazem, gdzie Wojtek miał odnaleźć "skarb" Geocache i podmienić go na własny. Taki dokładnie był plan dzisiejszej wyprawy.
I może plan zostałby w ten sposób zrealizowany, gdyby nie urządzenie GPS Wojtka, nastawione na ów Wierch nad Łazem. "Dzięki" temu urządzeniu nawigacyjnemu, zamiast pójść (po zaniknięciu ścieżki) najkrótszą drogą na przełaj w górę - nie zwracając uwagi na GPS informujący nas, że miast przybliżać się do punktu docelowego, to się od niego trochę oddalamy - leźliśmy po chaszczach na południowy wschód. Ale za to zgodnie z GPS ! I tak się przedzieraliśmy przez chaszcze, powalone drzewa, jeżyny, dzikie maliny, płosząc niedźwiedzie, lwy i tygrysy, walcząc z UPA, cały czas wędrując prawie r ó w n o l e g l e do szlaku granicznego. Dość powiedzieć, że na szlak weszliśmy tuż przed Wierchem nad Łazem, ale za to zgodnie ze wskazaniami GPS !
Na Wierchu nad Łazem wykonaliśmy powinności Geocache i trochę odpoczęliśmy. Dopiero tam wyciągnąłem mapę i ustaliłem miejsce własnego pobytu.
Za to droga powrotna była już zgodna z ustalonym planem. Poszliśmy szlakiem czerwonym i niebieskim na zachód, zatrzymując się na chwilę przy cmentarzu żołnierzy poległych w I wojnie światowej. "Naziemnych" elementów grobów już tam nie ma, zgryzł je ząb czasu. Jedynie symboliczny pomnik i odpowiedni napis informują przygodnego turystę, obok jakiego miejsca właśnie przechodzi.
Weszliśmy szlakiem na Wysoki Groń, zeszliśmy z niego i - znajdując się już niedaleko Głębokiego Wierchu - odważnie skręciliśmy w prawo, znów w chaszcze. Trochę przedzieraliśmy się na przełaj w dół, aż dotarliśmy do znanej nam ścieżki. Zeszliśmy nią aż do stokówki i naszych pań już kilka godzin marznących w samochodzie.
Byłem ubłocony i przemoczony aż do połowy ud. Z lekka tylko się oskrobawszy z błota wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do "Wisanu" w Bystrem. Buty i skarpetki zostawiłem w kotłowni, niestety tylko "letniej", ponieważ ogrzewanie było już od paru dobrych godzin wyłączone. Podeschły tylko ciut, ciut. A nogawki od spodni wysoko podwinąłem, aby nie czuć zimna przemoczonych dżinsów.
W "Wisanie" zjedliśmy obiad, który ja osobiście mogłem popić tylko kompotem. Wkrótce pożegnaliśmy się z Anią i Wojtkiem - czas wracać do naszego kotka w Sękowcu. A tak naprawdę, to chciałem jak najszybciej pozbyć się mokrych spodni, butów i skarpetek, oraz - leczniczo i profilaktycznie - wypić coś konkretnego.
Do Sękowca dojechaliśmy gdy już było ciemno. Spodni "pozbyłem się" w sensie dosłownym. Dżinsy (dość już wcześniej znoszone) były tak zabłocone, że wcale ich nie czyściłem. Dokładnie i ostrożnie (aby nie pobrudzić mieszkania) je tylko zwinąłem, po czym wyrzuciłem do kosza.
CDN
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
PiotrekF
Względem owego artysty (fakt-swymi przeżyciami mógłby ze trzy osoby obdzielić już , a przecież młody jeszcze chłop) mam pytanie
ps myślę ,że tyciuchne uchylenie informacji można ..... , niekoniecznie przy piwie .
Zastanawiające. Obdzielić trzy życia, nasi znajomi są moimi znajomymi :mrgreen:itd. Dzwonek alarmowy dzwoni i to mocno.
A poważnie. Człowieka znam tylko z opowieści Znaomych, którzy kontaktowali się z nimi służbowo ale mimo tego wolę to miejsce omijać szerokim łukiem.
-
3 załącznik(ów)
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Teraz czas moją wersję wyprawy z SB. Jak nie którzy forumowicze wiedzą bawię się w zabawę geocaching. W miejscu Wierch nad Łazem była ukryta mała skrzyneczka sam nie miałem odwagi się do niej wybrać postanowiłem zwerbować SB powiedziałem mu zgodnie z prawdą , że dojedziemy jak najbliżej tj. na odległość 2300m w linii prostej a później częściowo na przełaj udamy się do celu , jak wszyscy sobie zdają sprawę faktyczna odległość była większa w sumie zrobiliśmy 8 km. Pogoda była fatalna nawet najnowszy gps miał trudności ze wskazaniem prawidłowego kierunku. Sb widząc , że miejscami nie wiem w którą stronę mam prowadzić wyprawę błagał mnie aby zarządzić odwrót , ale pozostałem nieubłagany i doprowadziłem do celu , wróciliśmy całkowicie zmoczeni ci upaprani w błocie.
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
Wojtek1121
Teraz czas moją wersję wyprawy z SB. (...)dojedziemy jak najbliżej tj. na odległość 2300m w linii prostej a później częściowo na przełaj udamy się do celu , jak wszyscy sobie zdają sprawę faktyczna odległość była większa w sumie zrobiliśmy 8 km. (...)
8 km w ekstremalnych warunkach. Chaszcze, jary, powalone drzewa, błoto miejscami do kolan.
Cytat:
Zamieszczone przez
Wojtek1121
(...) Sb widząc , że miejscami nie wiem w którą stronę mam prowadzić wyprawę błagał mnie aby zarządzić odwrót , ale pozostałem nieubłagany i doprowadziłem do celu , (...)
Powiedzmy, że kilka razy głośno wyartykułowałem opcję powrotu.
Cytat:
Zamieszczone przez
Wojtek1121
(...) wróciliśmy całkowicie zmoczeni i upaprani w błocie.
Ale zadowoleni.
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
18 września - 4-ty dzień pory deszczowej
Przed południem zapukał Piskal ze sporym półmiskiem placków ziemniaczanych własnej roboty. Czekały na nas wczoraj w domku nr 1. Mieliśmy tam wpaść wieczorem, ale w związku z opisanym przemoczeniem, zabłoceniem i dość późnym powrotem, zrezygnowaliśmy.
Zaprosiliśmy więc z Gosią teraz do nas Andrzeja, Darka, Piskala i Pawła. Zjedliśmy owe Piskalowe placki, dokładnie popijając je "priwatną kolekciją" oraz "chmilnym micnym". Paweł zrobił kilka zdjęć, w tym fotografie naszego nowego kotka.
Tu dygresja. Ww. zdjęcia, a także inne z naszych późniejszych wspólnych wycieczek i spotkań towarzyskich, Paweł obiecał mi przegrać na płytkę CD i dać w Warszawie. Było tego sporo, oglądaliśmy je w laptopie jeszcze przed wyjazdem. No i do tej pory tych zdjęć nie dostałem, a byłyby one "jak znalazł" uzupełnieniem niniejszej relacji. Po przyjeździe do Warszawy dwa razy usiłowałem się z Pawłem skontaktować - raz Mu się nagrałem na pocztę głosową, dzień później wysłałem sms-a. Bezskutecznie. Pogniewał się, czy co ?
O godz. 15-tej wybraliśmy się z Gosią i Andrzejem na konkretny posiłek - obiad w hotelu w Zatwarnicy. Pieszo w obie strony, co daje łącznie spacerek ok. 5 km. Niedużo, ale jednak.
A wieczorem - wieczorem to przyjechał Pastor z Bernadettą ! Może coś się wreszcie zacznie dziać. Pomogłem Im wnieść klamoty do domku nr 4, ponoć najlepszego w całym ośrodku. Potem już nie angażowałem Ich swoją osobą, niech się spokojnie rozpakują i nacieszą sobą w nowym miejscu. Umówiliśmy się tylko na dzień następny, na spotkanie integracyjne. U Nich w domku.
19 września - 5-ty dzień pory deszczowej
W związku z zaplanowaną na dziś imprezą wybraliśmy się aż do Ustrzyk Dln. na konieczne zakupy. Jak się zapewne domyślacie, głównie po "priwatną kolekciję" oraz "chmilne micne". Pojechaliśmy w czwórkę, tj. ja z Gosią, Andrzej i Piskal. Oprócz wymienionych ukraińskich specyfików kupiliśmy także co nie co na zakąskę.
A na obiad specjalnie podjechaliśmy do baru w Krościenku, wcześniej już tu opisanego, i - jak się okazuje - znanego nie tylko mnie.
Ok. godz. 19-tej zebraliśmy się w domku Pastora. Lista obecności wg kolejności alfabetycznej przedstawiała się następująco:
1) Andrzej,
2) Bernadetta,
3) Gosia,
4) Iza,
5) Pastor,
6) Piotr,
7) Stały Bywalec,
8 ) Xirątko - już poczęte, noszone przez Osobę Nr 10 z tej listy,
9) Xiro,
10) Xirowa,
11) Xirówna - Osoba wyraźnie nieletnia, w wieku mniej więcej "późny żłobek" lub "wczesne przedszkole".
Pogadaliśmy, pojedliśmy i popiliśmy. Co poniektórzy nawet popalili. Tylko tyle na "p", proszę sobie Bóg wie co, nie wyobrażać. Jest to w końcu oficjalna i urzędowa wersja mojego sprawozdania.
Niczego nie zabrakło ani nawet nie było mało. To o konsumpcji.
Omówiliśmy najważniejsze sprawy Naszego Forum, ze szczególnym uwzględnieniem dotychczasowych doświadczeń KIMB-ów. Jeden z paneli dyskusyjnych został poświęcony zagadnieniu, czy Michał to także Pipa.
W każdym razie dogadywaliśmy się o wiele, wiele łatwiej niż kancelarie "Małego Pałacu" (Aleje Ujazdowskie) i "Dużego Pałacu" (Krakowskie Przedmieście).
Co jeszcze do dnia dzisiejszego zapamiętałem ?
Pastor i Iza prawili sobie nawzajem wyszukane komplementy, nie zważając na bliską obecność Bernadetty.
Xiro z Familią opuścili nas wcześniej, co przyjęliśmy ze smutkiem, ale i zrozumieniem. Byli w końcu z dwojgiem małych dzieci (a to młodsze to już zupełnie malutkie).
Piotr, już nie po raz pierwszy, wprawił mnie w zdumienie i podziw. Tym razem mam na myśli jego ulubiony napój. Spożywał drinki wg receptury na szklankę: 1/3 wódki + 1/3 soku z owoców cytrusowych + 1/3 red bulla.
Pastor oświadczył, że jest (cyt.) "abstynentem, aczkolwiek nieortodoksyjnym". I udowodnił to.
Andrzej z kolei nic podobnego o sobie nie powiedział, za to milczkiem chlał jak pijak ortodoksyjny.
Piszący te słowa musiał pilnować trzeźwości własnej i Gosi, pamiętając o bardzo stromych schodach w ośrodku, którymi będą musieli jeszcze dziś (pardon: już jutro) zejść, aby wrócić do siebie.
Ostatecznie Pastora i Bernadettę opuściliśmy już po godz. 1-szej w nocy. Jakoś udało nam się cało dojść do domu. W domu wypiłem jeszcze herbatę, aby wszystko dobrze strawić. A rano w ogóle nie miałem kaca, no może tylko trochę, naprawdę niedużo, chciało mi się pić. Uważam, że to zasługa dobrej ukraińskiej gorzały ("priwatna kolekcija" to u nich już wódka z tzw. wyższej półki) i bieszczadzkiego klimatu.
Zapamiętałem również, iż niektórzy z Szanownych Biesiadników zrobili trochę zdjęć. Gdyby teraz zechcieli je zamieścić na forum, tu - w tym wątku, stanowiłoby to wspaniałe uzupełnienie mojej relacji. Nie mówiąc już o tym, że przy najbliższym spotkaniu zrewanżowałbym się Im właśnie "priwatną kolekciją".
CDN
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
Stały Bywalec
Piotr, już nie po raz pierwszy, wprawił mnie w zdumienie i podziw. Tym razem mam na myśli jego ulubiony napój. Spożywał drinki wg receptury na szklankę: 1/3 wódki + 1/3 soku z owoców cytrusowych + 1/3 red bulla.
Zapomniałeś dodać, że jeszcze wtedy nie wiedziałem, iż jest to mój ulubiony napój. W sumie w życiu bym nie wpadł na to, aby lać red bulla do wódy. Nie mniej, po ówczesnym teście stwierdzam że to całkiem dobry pomysł - nie mój, zapewne pamiętasz czyja to sprawka.
Cytat:
Zamieszczone przez
Stały Bywalec
Gdyby teraz zechcieli je zamieścić na forum, tu - w tym wątku, stanowiłoby to wspaniałe uzupełnienie mojej relacji. Nie mówiąc już o tym, że przy najbliższym spotkaniu zrewanżowałbym się Im właśnie "priwatną kolekciją".
Wrzucam jedną fotkę. Pozostałe mogę zamieścić jedynie za wyraźną zgodą osób na nich uwiecznionych a prawie wszystkie foty mam grupowe. Posiadam jeszcze jedną, na której jesteś tylko Ty z małżonką - jeśli nie widzisz przeciwwskazań to oczywiście chętnie wkleję.
http://www.twojebieszczady.pl/00/fot30.jpg
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
Stały Bywalec
Pastor oświadczył, że jest (cyt.) "abstynentem, aczkolwiek nieortodoksyjnym".
Mistrzostwo świata, pozwolę sobie zaimplementować do prywatnego słownika :mrgreen:
W ogóle to relacja - (notabene) palce lizać :-P
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Stały!
Cytat:
Zamieszczone przez
Stały Bywalec
18 września - 4-ty dzień pory deszczowej
...Jeden z paneli dyskusyjnych został poświęcony zagadnieniu, czy Michał to także Pipa. ...
Dla niektórych to także c i p a - czy jak się to pisze.
Ty opoju!:razz:
Ze mną to tylko jedno piwko i kawusia!!!
O żesz TY:shock:
P.s.
Jak tam gdzieś wspominałem w piątek spotkałem się z Pipą. Na obstawę wziąłem dwie koleżanki z pracy. Dzięki temu mogę bazgrać dalej na tym forum. Alem co usłyszał tom usłyszał. Nie będę powtarzał, bo ban na 300 dni murowany.
I kac na dwa dni
-
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
Piotr
(...)
Wrzucam jedną fotkę. Pozostałe mogę zamieścić jedynie za wyraźną zgodą osób na nich uwiecznionych a prawie wszystkie foty mam grupowe. Posiadam jeszcze jedną, na której jesteś tylko Ty z małżonką - jeśli nie widzisz przeciwwskazań to oczywiście chętnie wkleję.
Piotrze, dawaj wszystkie, nie certol się. Przecież było to spotkanie uczestników forum internetowego, a zatem owi uczestnicy mogli się spodziewać zdjęć na forum. Chyba że ktoś Cię prosił o niezamieszczanie jego (jej) fotografii - to co innego.
Powracam do swojej relacji.
20 września - 6-ty dzień pory deszczowej
Oczywiście dłuższe odsypianie wczorajszej libacji. Szczególnie Gosi się smacznie spało, nawet wtedy, gdy ja i kot byliśmy już po śniadaniu.
Po godz. 15-tej powędrowaliśmy do hotelu w Zatwarnicy na obiad, a spacerek w obie strony dobrze nam zrobił. Przy okazji się też wtedy dowiedzieliśmy (bo na wsi takie informacje błyskawicznie się rozchodzą), że rano do Sękowca zawitała pomoc drogowa, telefonicznie wezwana w celu wymiany koła uszkodzonego na wybojach. A sprawa dotyczyła samochodu jednej z osób uczestniczących w naszym wczorajszym spotkaniu.
Po godz. 19-tej nastąpiło raczej już krótkie pożegnanie w domku Pastora. Jutro wyjeżdżają: Pastor z Bernadettą (z uwagi na psią pogodę skrócili pobyt), Andrzej, Gosia i kot, a także Piotr, Jego Tata i pies (też Jego). Nastrój minorowy, jak to przy pożegnaniu w deszcz.
21 września - 7-my dzień pory deszczowej
No i wszyscy wyjechali, pozostałem sam. Pastor i Bernadetta opuścili Sękowiec jako ostatni. Jeszcze o godz. 11-tej zaprosiłem Ich na kawę. W nagrodę dostałem od Pastora flaszkę 0,7 l znakomitej nalewki. To już drugi taki prezent od Niego - dwa dni temu dał mi gąsiorek 1,5 l.
A potem wypiłem chmilne micne i wziąłem się za pranie koszul flanelowych, których za mało zabrałem z Warszawy, ponieważ przewidywałem lepszą pogodę. W przypływie ambicji wyprałem także gacie, gdyż obliczyłem, że zapasik tych czystych nie wystarczy mi do końca pobytu.
Następnie wziąłem się za zaległą lekturę prasy i jednej z dwóch przywiezionych książek.
22 września - 8-my dzień pory deszczowej
Zbuntowałem się - jak obecnie ci związkowcy w biurze poselskim premiera Tuska. Cały dzień nie wychodziłem z domu. Bo i po co ? Mierzyć opad deszczu ? Już przez okno widać, że jest to opad ciągły o charakterze umiarkowanie intensywnym. Lodówka pełna, z głodu nie umrę, więc nie ma sensu wychodzić na dwór.
Zabrałem się za lekturę książki Josepha Findera pt. "Człowiek firmy". To czytadło w sam raz na deszczowy urlop. Fabuła oczywiście - jak na tego autora przystało - sensacyjna, ale w tle również interesujące realia życia współczesnej amerykańskiej klasy średniej.
23 września - 9-ty (ostatni !) dzień pory deszczowej
Dzień podobny do wczorajszego, z tym że o godz. 14-tej wywlekłem się z domu i powędrowałem w deszczu do hotelu w Zatwarnicy na obiad. Po drodze odniosłem wrażenie, że deszcz goni w piętkę, czyli uruchomił już swoją rezerwę. Jego limit się wreszcie wyczerpuje, psiakrew. Ale jeszcze pada, chociaż wyraźnie mniejszy.
W drodze powrotnej kupiłem piwo w kultowym zatwarnickim sklepie. Chmilne micne już wcześniej wychlałem, zatem teraz przeszedłem na swojski "Leżajsk". Potem jeszcze nabyłem litrowy słoik miodu - ale już nie w sklepie, tylko w jakimś przydrożnym domu opatrzonym stosownym napisem ("Miód leśny").
Po powrocie dokończyłem książkę. O godz. 18-tej wziąłem flaszkę ukraińskiej gorzały i poszedłem do domku nr 1 odwiedzić Darka, Pawła i Piskala. Nie było im tam źle, jako że ów domek został przez Basię wyposażony w piec - kozę, a także w zapas drewna opałowego. Trzeba było tylko drewno porąbać na mniejsze kawałki.
Następnego dnia miałem w planie jazdę samochodem, więc się "przy stole" oszczędzałem i wyszedłem stamtąd już po godz. 20-tej.
CDN
-
1 załącznik(ów)
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
Stały Bywalec
Piotrze, dawaj wszystkie, nie certol się. Przecież było to spotkanie uczestników forum internetowego, a zatem owi uczestnicy mogli się spodziewać zdjęć na forum. Chyba że ktoś Cię prosił o niezamieszczanie jego (jej) fotografii - to co innego.
Zamieszczam zatem jeszcze jedna fotkę.
Co do pozostałych, to tak - mam co najmniej jedno veto, zatem grzeczność nie pozwala mi wkleić tu tych zdjęć, mimo że oczywiście mógłbym to zrobić, gdyż wiele osób na ogół nie zdaje sobie sprawy że upamiętniając się na grupowych zdjęciach z jakiejś tam okazji nie podlegają ochronie wizerunku - czego przykłady już na tym forum były o ile dobrze pamiętam kilkakrotnie i potem jest wielkie zdziwienie że nawet paragrafy nic nie wskórają. Tyle krótkiej dygresji.
Jeśli sobie życzysz fotki na priv, daj znać - podeślę, choć niewiele tego.
Poniżej: Stały Bywalec (przemawiający?) z małżonką: