11 września
Wybieramy się do Krywego, ale lasem. Przekraczamy w Sękowcu most na Sanie, kawałek drogi idziemy w stronę osady, czyli lewobrzeżnego Sękowca "właściwego". Potem odbijamy w prawo, znów w stronę Sanu, tyle że maszerujemy teraz wzdłuż lewej strony rzeki. Wędrujemy leśną pół - ścieżką, pół - błotnistą drogą aż do ujścia Hulskiego do Sanu. W pewnym momencie przewodnik, czyli ja, popełnia błąd, gdyż chcąc dotrzeć jak najbliżej potoku Hulski nie skręca w porę w lewo, tylko wiedzie żonę i kolegę prosto, aż leśna ścieżka prawie zanika. Ale już po ok. 10 minutach nieco morderczego przedzierania się przez krzaki docieramy do poprzedniej drogi - po prostu nie mogliśmy się z nią znów nie spotkać. Wzajemne położenie dwóch rzek nie pozwalało na dłuższe błądzenie. Ja o tym wiedziałem, Andrzej chyba też, ale Gosia zaczęła już trochę panikować.
Wędrujemy następnie nad potokiem Hulski, znów "wyraźną" leśną ścieżką, aż do drutu kolczastego oznaczającego teren prywatny. Czyli mamy już Hulskie - miejscowość. Aż 2 chałupy, bez elektryczności. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu było tu ponad 50 gospodarstw. Przeprawiamy się na lewy brzeg potoku i początkowo idziemy znów równolegle do niego, tyle że po drugiej stronie. Na wysokości chałup skręcamy w prawo i walimy na przełaj aż na grzbiet Rylego. Tam spotykamy 2 turystów z Niemiec.
Już na górze robimy sobie "piwny" odpoczynek. W planie mamy jeszcze obejście całego Krywego: obok ruin cerkwi i dworu, zajrzenie do Tosi i dopiero powrót.
Obserwacja nieba skłania nas jednak do zmiany decyzji. Kontentujemy się samym widokiem Krywego ze szczytu Rylego, po czym schodzimy do drogi stokowej i wracamy nią do Zatwarnicy. Wykorzystujemy przy tym skrótowe ścieżki pod słupami z elektrycznością. W Zatwarnicy zachodzimy do sklepu. Kupujemy piwo i zasiadamy na tej słynnej, kultowej już werandzie zatwarnickiego sklepu. Stwierdzamy, że skracając wycieczkę - postąpiliśmy prawidłowo. Właśnie zaczęło padać i nie zanosi się, aby miało przestać. Gdybyśmy w porę nie zawrócili, wędrowalibyśmy teraz w deszczu.
A tak, to nawet do Sękowca nie musimy iść teraz pieszo. Szefowa sklepu zamyka go po godz. 17-tej i jadąc do domu podwozi nas do mostu na Sanie, skąd już mamy tylko kilkaset metrów.
O godz. 19-tej "organizujemy" piwko. U nas. Degustacja ukraińskiego piwa połączona z głaskaniem niby to kotki, a w istocie zakamuflowanego kocurka.
Kotek okazuje się bardzo inteligentny, a także pojętny, jeśli chodzi o sposób załatwiania, w warunkach domowych, swoich potrzeb naturalnych. Już przed jego przywiezieniem postawiłem w przedpokoju pod stołem kuwetę z cat's best. Wczoraj za tą "mniejszą" potrzebą od razu poszedł do kuwety, ale co będzie z tą "większą"? Dziś rano, czyszcząc ów "koci nocnik" znalazłem tam również i to "najważniejsze", czyli - przepraszam za kolokwializm - kupę.
12 września
I znów jedziemy do Ustrzyk Dln. Znów zakupy u ruskich przyjaciół, a konkretnie u jednego, z którym dwa dni temu umówiłem się na nieco większą liczbę butelek chmilnego micnego.
Kupuję także (w "Haliczu") koci pokarm. Nie dla naszego kotka, bo z myślą o nim (niej!) przywiozłem z Warszawy saszetki ze specjalnym żarciem dla kocich malców. Puszki kupuję więc dla kotów kręcących się wokół domu - aż do wyjazdu 30 września będę je codziennie systematycznie dożywiał.
Obiad jemy w Krościenku, specjalnie tam podjechaliśmy. Przy wjeździe do Krościenka po prawej stronie, przy skrzyżowaniu, znajduje się bardzo fajny, przydrożny mały bar (tuż obok, przy tym samym placu jest sklep spożywczy). Bar odkryłem już w roku ubiegłym. Nic się nie zmieniło na niekorzyść. Nadal można tam smacznie i tanio zjeść.
A wieczorem, w barze ośrodka w Sękowcu, doszło do spotkania z Piotrem, który właśnie przyjechał. Z tatą i psem. Zamiejscowym i miejscowym żłopaczom piwa w barze przedstawiłem Piotra jako największy autorytet w zakresie wiedzy o Bieszczadach - zarówno tej teoretycznej (np. historia, geografia), jak i praktycznej (trasy wycieczek, kwatery, etc.). Od razu nabrali szacunku i przestali się "rządzić" w lokalu.
CDN


Odpowiedz z cytatem