Noc w schronie miała swój klimat, na zewnątrz ciemno, mglisto, deszczowo i wietrznie... wiatr zaciekle walił o ściany chateńki, na szczęście powybijane okna (wszsytkie prócz jednego) zostały zmyślnie 'zaszklone' workami, płytą pilśniową i czym się dało więc do środka nic nam nie leciało...
Rano obudziliśmy się z nadzieją że będzie lepiej... cóż nie było nadal wicher i mgła... cóż pakujemy się, a jako że nie mamy ani kropli wody (niestety w chatce nie ma informacji o tym gdzie jest źródło - a szukanie we mgle jest średnim pomysłem) idziemy na czczo :) do przełęczy pod Howerlą gdzie usytuowany jest punkt kasowy Parku.
Idzie się szybko, mijamy miejsce biwakowe, gdzie mieliśmy spać wg planu, dopiero tam jest woda (jakieś 20 min od schronu + 100 m. przewyższenia)
Dochodzimy do przełęczy gdzie wyrosło nowe schronisko - jeszcze nieczynne - wygląda przyzwoicie, ciekawe jakie będa ceny. Rozkładamy się na nowiutkich ławach na nowiutkiej werandzie punktu kasowego. Ku naszej radości jest na stanie piwo :) 15HR za puszkę, ale co tam :) kupujemy!


nowiutka weranda z nowiutkimi ławami

Biesiada brunchowa trwa chyba z półtorej godziny... w międzyczasie zjeżdżaja się w pięknych terenowych maszynach turisty... kilkudziesięciu czechów wjechało i ruszają na Howerlę, która się właśnie odkryła... zresztą pogoda poprawiła się znacząco, wyszło słonko więc czas ruszać. Dziś plan by dojść do Stacji Botanicznej nad Kwasami.
rezygnujemy ze zdobycia Pietrosa :( wiatr cały czas daje w kość, a i chmury ciemne się zbierają...

PIETROS


HOWERLA


decydujemy sie na trawers. Droga ciągnie się bez końca, ale widoki na główną grań Czarnohory rekompensują w pełni mozolne parcie do przodu...



Po osiągnięciu grzbietu, wynajdujemy ścieżkę, którą zbiega jeden z kilku okolicznych żółtych szlaków i docieramy do stacji. Postanawiamy rozbić się przy budynku, a raczej ruinie, starej mleczarni. Trawka jest równo wystrzyżona przez barany, trzeba tylko odg...nić teren i biwak gotowy. Po sąsiedzku rozbici są studenci z pn Ukrainy, którzy ruszają jutro na Pietrosa.


Poranek niestety mglisty i deszczowy... więc po szybkim śniadaniu pakujey placaki i ruszamy ku Kwasom. Podziwiamy morze mgieł w dolinie, mijamy opustoszałą już staję, i wygodną drogą obniżamy się ku dolinom. Pogoda nie rozpieszcza... pochmurno i mglisto, a potem deszcz.



Mijamy kierdel owiec sunący w lesie zboczem... dźwięk dzwonków rozchodzi się po całym lesie! niesamowity koncert.

Deszcz na chwilę przestał padać i na udało się uwiecznić przepiękną zabawę mgieł i chmurek nad doliną Czarnej Cisy



droga staje się błotnista i potwornie rozjeżdżona, więc schodzimy w las i niknącą ścieżynką docieramy do przysiółka nad Kwasami, mijamy punkt parku - bardzo gustowna budka, sporo miejsca pod namioty tablice informacyjne - inny świat :)

poniżej jednak wracamy do ponurej ukraińskiej rzeczywistości... "urocza" turbaza w kwasach - co oni z tym zrobią to nie wiem... ale powinni jak najszybciej zrównać to miejsce z ziemią...



wyprawę kończymy w sklepie w trościańcu (chyba) gdzie piwko i balzam oraz nadspodziewanie dobry lokalny chleb umilają nam czekanie na autobus do rachowa. Autobus ciasny ale bardzo nowy wysadza nas pod cerkwią, skąd już bardzo blisko do smerekowej chaty... po drodze mijamy targ a tam Pani zaprasza do zakupu sała w taki sposób:

Riebiata, pokupi sało - eta ukrainskij snikiers

i tym akcentem zakończę moją relację.

pozdrawiam
DP