Ostatnio edytowane przez buba ; 15-03-2012 o 14:38
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną - cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam.. "
na wiecznych wagarach od życia...
Ciąg dalszy:
Kolejnego dnia, a był to 30 kwietnia, pogoda trochę się poprawiła - było mroźno, śnieg już nieco zleżały, lekka mgiełka. Do naszej grupy dojechało z samego rana kilka kolejnych osób (trasa do schroniska była już przetarta, więc szli w nocy) tak więc po śniadaniu, około 8 rano wyszliśmy na dłuższą wycieczkę.
Szedł "tramwaj" około 15-osobowy (w tym dwie kobiety). Na czele Belfegor, na końcu inny doświadczony kolega.
Doświadczenie uczestników było różne - od takich co byli już w Alpach i przeszli nie jedną zimową trasę tatrzańską, po kilku takich, którzy dopiero pierwszy raz wybrali się na wędrówkę po Tatrach zimą.
Celem wycieczki był Szpiglasowy Wierch przez Liptowskie Mury - zaczęliśmy od Czarnej Ławki, przez Kostury (poprzedniego roku w nieco innej grupie przeszliśmy tą samą trasę przy pięknej pogodzie i małej ilości śniegu od Gładkiej Przełęczy).
W niewielkim kominku wyprowadzającym od liptowskiej strony na grań trzeba było wszystkich kolejno przeasekurować więc trwało to i trwało zanim przeszło wszystkich 15 osób.
Po zejściu ze Szpiglasowego, na Szpiglasowej Przełęczy stanęliśmy w końcu około 16 i zaraz trzeba było schodzić aby jeszcze przed zmrokiem pojawić się w schronisku. Tymczasem szczyty w tym i Szpiglasową Przełęcz ogarnęła mgła.
Wbiliśmy w śnieg trzy czekany, stanął na nich najcięższy kolega , rzucili w zamgloną przestrzeń dwie związane liny na całą ich długość i wszyscy kolejno wchodzili w klucz francuski aby zjechać w niewiadome.
Ostatni schodził Belfegor, nie korzystając już z liny.
Tymczasem kolega, który zjechał pierwszy nie mogąc się widocznie doczekać reszty grupy skręcił w prawo i udał się w kierunku widocznego już z oddali schroniska trawersem wprost pod najbardziej lawiniastymi żlebami Miedzianego przecinając je wszystkie mnie więcej w 1/3 wysokości. Za nim pospieszyła reszta grupy.
Zjechałam na dół mniej więcej dziesiąta i zobaczywszy w która stronę poszedł starałam się go dogonić krzycząc "schodź na staw, na staw".
Był jednak przede mną dobrych 500 m i chyba nie słyszał.
Biegnąc za pierwszymi w grupie zobaczyłam na Wielkim Stawie dziwną grupę - cztery osoby ciągnęły pomiędzy sobą podłużny przedmiot długości człowieka, dookoła biegał pies.
Widzieli to wszyscy i chyba się zaniepokoili, w końcu przystanęli.
Wtedy udało mi się wreszcie dogonić czołówkę grupy, zawołałam "na staw" i nareszcie wszyscy kolejno usiedli na d..ach i zjechali na staw oddalając się co prędzej od zboczy Miedzianego.
W schronisku niestety okazało się że tego dnia czterej taternicy z Torunia udali się na wspinaczkę na Kozi Wierch i zjechali prawie spod szczytu z lawiną. Jedna osoba nie odniosła większego szwanku, była tylko lekko ranna, jedna poważnie ranna (otwarte złamanie nogi) dwóch taterników niestety zginęło.
To co widzieliśmy z góry to był transport wykopanych z lawiny zwłok do schroniska.
Kiedy dotarliśmy wreszcie do schroniska ciężko ranny został już odtransportowany przez kolejną grupę GOPR-owców na dół (niestety nie było możliwości transportu helikopterem w panujących warunkach), lżej ranna osoba pozostała w schronisku i czekała na transport kolejnego dnia, natomiast GOPR-owcy oraz część personelu wybierali się po zwłoki ostatniej osoby, które pozostały pod ścianami Koziego Wierchu.
Naszą grupę najpierw od góry do dołu opierniczono (zrobił to w żołnierskich słowach Hierzyk), bo GOPR-owcy widzieli ze stawu, którędy szliśmy i mieli poważne obawy czy nie będą musieli zaraz udzielać pomocy kolejnym osobom. Zaraz potem poproszono nas o pomoc w transporcie.
Poszli wszyscy panowie, zostałam tylko ja z koleżanką. Wychodzącą grupę żegnał Hierzyk wołając "Belfegor tylko nie upier.ol GOPR-u".
Postanowiłyśmy z koleżanką zrobić coś do zjedzenia dla naszych kolegów, będących na nogach od godziny 7 rano, tylko po śniadaniu.
Na pierwszy ogień zrobiłyśmy barszczyk, potem tradycyjną pulpę.
Ekipa powróciła po niespełna trzech godzinach zmordowana do imentu.
Kolega Tomaszek, który w życiu nie tknął buraczków ani barszczu na naszych oczach zjadł barszczyk i jeszcze pochwalił.
Podobno podchodząc pod ściany Koziego cały czas słyszeli "tąpnięcia" śniegu i mieli poważne obawy czy to wszystko nie zwali się na nich, jednak szli za GOPR-owcami.
Po powrocie wyciągnięto z plecaków butelki "kartkowej", okazja była smutna, ale no po prostu trzeba się było napić.
Tego dnia spać poszliśmy dobrze po północy. Miejsc w schronisku było coraz mniej, na fragment podłogi 2 x2 m przed szafą przybyły dwie kolejne osoby, wobec czego z Belfegorem przenieśliśmy się do szafy.
W nocy zajęte były całe schody, a ktoś spał również w ubikacji przed kabinami.
[ciąg dalszy nastąpi]
cudownie, z tym barszczem oczywiście... pisz pisz,
ja wtedy byłem fasolką w łonie mojej Matki, i słuchałem co gadajom Baby we wsi
Ostatnio edytowane przez joorg ; 15-03-2012 o 18:45
"dosyć często rozważam co jest warte me życie?...tam na dole zostało wszystko to co cię męczy ,patrząc z góry w około - świat wydaje się lepszy.."
Pozdrawiam Janusz
Basiu, co za opowiesc! az nabralam smaka na barszcz! ja bym pewnie w taka zime z moja kondycja i tchorzliwym charakterem nie wyszla zbyt daleko poza schronisko i szykowala zarcia dla reszty ekipy- ale to by mi w pelni wytarczylotylko moc byc w takim miejscu, wsrod takich ludzi, w takiej szafie
czekam na ciag dalszy!
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną - cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam.. "
na wiecznych wagarach od życia...
[Dzień kolejny]
Kolejnego dnia, a był to pierwszy maja, od rana wstało piękne słońce i zrobiło się ciepło.
Widoki były przepiękne, masy śniegu wisiały na wszystkich zboczach ponad schroniskiem, a z dołu wciąż dochodzili nowi turyści.
W sytuacji jaka była nie sposób było wyjść gdziekolwiek w góry, dyżurny GOPR-owiec zawiesił "czwórkę" na tablicy ze stopniem lawinowym.
Około 10 na Przednim Stawie lądował helikopter. Lód był jeszcze taki mocny że lądować mógł bezposrednio na tafli stawu. Zabrano do szpitala rannego we wczorajszym wypadku oraz kilku GOPR-owców do bazy w Zakopanem.
Pierwszy raz miałam okazję widzieć helikopter z tak bliska (potem jeszcze kilkakrotnie), czapkę zerwało mi z głowy i poturlało po stawie.
Potem z czerwoną kurtką nad głową urządziliśmy pochód pierwszomajowy chodząc wokół stawu i śpiewając różne zaangażowane pieśni - od Międzynarodówki, poprzez piosenkę o Hucie Katowice aż do Pierwszej Brygady.
Wznosiliśmy równie okrzyki dość antykomunistyczne.
Potem coś zjedliśmy, dwóch kolegów z naszej grupy znalazło w schronisku partnerów do brydża, reszta się nudziła.
Postanowiliśmy wyjść ze schroniska tylko trochę ponad Świstową Czubę, aby w spokoju poopalać się na słońcu bez tłumu turystów, bo ten "długoweekendowy" tłum zaczynał nas już denerwować.
Podeszliśmy może pół godzinki bezpieczną grzędą pod górę, wygodnie się rozsiedli na zboczu w pobliżu dużego kamienia, wyjęli z plecaków różne dobre maszkety, znalazła się też jakaś nalewka, kilka termosów z kawą i herbatą, kilkanaście kartkowych czekolad.
W tamtym okresie było tak, że na co dzień jadło się w zasadzie byle co, natomiast wszelkie najlepsze "zdobyte" słodkości i różne smaczne rzeczy zabierało się zawsze na wycieczki w góry. Nigdzie nie jadłam tak dobrego jedzenia jak w górach w czasach najcięższego kryzysu.
Siedzieliśmy sobie na słonku, gadali, opowiadali kawały, podjadali czekolady, popijali kawę i nalewkę, co jakiś czas jak się komuś chciało siusiać to chodził za duży kamień położony jakieś 10 m od naszego miejsca odpoczynku.
Trochę tylko nas coś intrygowało.
Na Przednim Stawie, jakieś 30 m od jego brzegu, widać było wydeptane kółko. Co jakiś czas wychodził ktoś ze schroniska, czasem była to jedna, czasem dwie, czasem trzy osoby, stawali w tym kółku i jakiś czas stali. Nie wiadomo po co. Zastanawialiśmy się na co to kółko i co te osoby tam robią.
Chciało się nam już wracać do schroniska, bo już się nam trochę nudziło, ale tuż koło nas wprost do schroniska zaczynała się szeroka rynna - wymarzone miejsce na dupuzjazd.
Dopóki słońce świeciło na rynnę - była ona niebezpieczna, bo śnieg był miękki i mógł polecieć, czekalismy aż słońce schowa się za grań, wtedy śnieg niemal błyskawicznie twardniał (był taki w zacienionych miejscach) i dało się bezpiecznie i szybko zjechać na d... do schroniska.
W końcu po kilku godzinach doczekaliśmy się - i z wielką radością zjechali.
Czekali już na nas koledzy, ci od brydża.
- "Co tak długo tam robiliście ?"
- "Ano opalaliśmy się i czekali aż śnieg stwardnieje aby sobie zjechać"
- "Bo tu w schronisku afera, my sobie spokojnie gramy, licytujemy, a tu obok przy stoliku takie uwagi:
"Ono sobie spokojnie grają w brydża,a tam ich koledzy w śmiertelnym niebezpieczeństwie, nie umieją zejść"
Co raz to ktoś chodził na staw aby was obserwować. W końcu wychodzę i ja na staw patrzę przez lornetkę i widzę że coś jecie, Basia się śmieje.
Ktoś idzie za kamień a wtedy słyszę uwagi "o popatrz nie umie zejść, próbuje, cofa się".
Chcieli abyśmy zawiadomili GOPR, aby was sprowadził ale myśmy nie widzieli nic niebezpiecznego w tym co robicie".
To był niestety ostatni pełny dzień pobytu w Pięciu Stawach.
Ostatnio edytowane przez buba ; 15-03-2012 o 20:56
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną - cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam.. "
na wiecznych wagarach od życia...
[QUOTE
W tamtym okresie było tak, że na co dzień jadło się w zasadzie byle co, natomiast wszelkie najlepsze "zdobyte" słodkości i różne smaczne rzeczy zabierało się zawsze na wycieczki w góry. Nigdzie nie jadłam tak dobrego jedzenia jak w górach w czasach najcięższego kryzysu.
.[/QUOTE]
..faktycznie !!! tak było !!! ..teraz przypomniałaś mi, być może nawet to ten sam rok był nawet, wybrałem się z kumplami na łazęgę , jeden z nas dżwigał ogromniastą taką staroświecką , skórzaną torbę lekarską. Była ciężka jak diabli....tak że na zmianę ją targaliśmy. Intrygowała nas jej zawartość. Bo tylko właściciel znał jej zawartość..... a torba zamknięta była na kłódkę ! dopiero jak taka parodniowa ulewa unieruchomiła nas w namiocie poznaliśmy wnętrze....konserwy, ananasy-frykasy, figi, czekolady , paczki tytoniu do skrętów- dary z zachodu, dla głodujących Polaków
pod reżimem jaruzelskim...do dziś czuję ślinkę
Niesamowicie przekazany klimat tamtych czasów...i tak sobie myślę...teraz pytają na necie o buty, plecaki, trasy, noclegi... Gdzieś ucieka czar, duch, nazwijcie to jak chcecie..ucieka ten niesamowity klimat niepewności bieszczad...począwszy od niepewności dostania się do pociągu ciuchciającego do Zagórza, niepewności humoru kierowcy pekaesu z UD do UG który potrafił warknąć "Z plecakami nie biorę" i WIELKIEJ IMPROWIZACJI przez całe życie...bo Bieszczady były życiem...są życiem
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)