Łapiemy stopa do Achalcyche. Kierowca zaprasza nas do siebie do domu, ale niestety zaczyna nas juz troche gonic czas. Zostaniemy dzis w Achalcyche to nie zdążymy do przemyslowych miasteczek na ktorych zalezy nam chyba bardziej.
Kazda z mijanych wiosek zasluguje aby sie w niej zatrzymac i powczuwac w lokalne kliamty przynajmniej przez dwa dni.. Ech.. tak na pol roku tu przyjechac, nie miec zadnego planu, tylko isc przed siebie...
W Achalcyche nad miastem góruje twierdza. Wyglada na nowo zbudowana albo swiezo odnowiona wiec chyba nam sie nie chce tam podreptac.
Zwlaszcza, ze wlasnie podjechala marszrutka do Khaszuri. Na dworcu zwraca uwage kibelek tak ciemny, ze musze zapalic czołowke. Nie wiem czy wszyscy tu nosza latarki czy miejscowi maja rozwiniete jakies specjalne zmysły ktore u mnie niestety zanikły? Podroz z latarka wokoł kibelka okazuje sie nie byc bezcelowa- znajduje na scianie tabliczke o ciekawym przesłaniu " Szanujcie prace sprzataczek".
W podskakujacej na wybojach marszrutce mijamy twierdze w wiosce Atskura i druga miedzy Atskura a Kvabiskevi. Wogole ilosc twierdz w tym kraju jest niesamowita. Prawie z kazdego wzgorza patrzy na okolice jakas zruinowana baszta.
Mijamy tez transport kolejowy pilnowany przez wojsko. Żołnierze wyłozyli sie tłumnie przy torach i grzeja sie w sloncu. Na wagonach jadą czołgi i wozy pancerne. Hmmm.. Jada do jakiejs Osetii, Abhazji czy po prostu wybory ida??Pociag jest dosyc długi. Zdjecia nie wyszly za dobrze.. Juz ktorys raz sobie obiecuje , ze zanim wejde do marszrutki to potajemnie umyje swoje okno
Wysiadamy w Khaszuri i kierujemy sie na bazar, bo juz prawie nic do jedzenia nie mamy. Obkupujemy sie w lokalne specjaly i szukamy jakiejs knajpy. Handlarze kieruja nas do malutkiego przybazarowego baru.
Pytamy czy jest moze chinkali albo chaczapuri. Babka mowi, ze sa tylko "kebaby" i wskazuje na dymiacą patelnie, na ktorej smażą sie jakies grube parówy z mielonego mięsa. Potrawe podaje nam w miseczce, zalaną pomidorowym sosem i posypana zielenina. Myslalam, ze to chinkali bedzie potrawą, ktora najbardziej przypadła mi do gustu. A jednak nie.. Kaszurskie kebaby- ponad wszystko!!!! Przy innych stolikach miejscowi pożeraja z apetytem kolejne porcje, a osmolona patelnia na kuchence zaraz za lada nie przestaje skwierczec i roznosic smakowitego zapachu na cala okolice!
Pelzniemy potwornie zatłoczona i pelna ryczacych ciezarowek droga w kierunku Zestaponi i lapiemy stopa. Facet poczatkowo mowi, ze nie jedzie do samego Zestaponi tylko do wioski nieopodal, do Szoropani. Postanawiamy jechac z nim, z mapy wynika, ze jest tam jakas twierdza. Postawimy namiot i jutro pojedziemy dalej. Nawet sie dobrze sklada bo idzie ku wieczorowi i co bysmy ze soba zrobili w miescie.. Droga jest bardzo ruchliwa i nieprzyjemna, prawie same tiry, ledwo wyrabiajace na zakretach. Przy drodze bazary oferujace gliniane dzbany, rogi do wina, slodkie chlebki i inne pamiatki, identyczne jakie mozna dostac we wszystkich turystycznych miejscach na calym swiecie. Kierowca mowi, ze pamiatki tu sa wyjatkowo drogie, dopasowane do portfeli turystow przemierzajacych trase Tbilisi- Batumi. Przejezdzamy nowowybudowany tunel i tym samym wjezdzamy do Gruzji zachodniej.
Skrecamy gdzies w boczna droge i zaczynamy sie bardzo piąc do gory. Mijamy kolejne wioski, kazda z nich polozona wyzej i wyzej i droga coraz bardziej stroma. Z mapy wynika, ze Shoropani zostalo gdzies z boku a my suniemy gdzies w strone Kharagauli. Dopytujemy skad taka zmiana, a kierowca mowi, ze jedzie jeszcze po swoich znajomych. Zajezdzamy pod jakis zaklad z ktorego akurat cala zmiana wychodzi z pracy. Czekamy na kolege kierowcy ale kolo samochodu zaczyna sie tez krecic babka z malym chlopcem. Okazuje sie ze wszyscy jada z nami. Toperz dostaje na kolana dzieciaka, ja plecak i jedziemy dalej. Zaczynamy gdzies kołowac po wsiach, zapewne celem odwiezienia tych znajomych do domu. Na tym etapie trasy trace juz calkowicie rozeznanie gdzie jestesmy. Teren przestaje sie zgadzac z mapą a mijane wioski chyba nie sa zaznaczone. Zreszta i tak nie wiem jak wiekszosc sie nazywa bo nie ma zadnych tabliczek. Wjezdzamy na widokowe przełecze skad widac blyskajace na horyzoncie szczyty pokryte lodowcem.
Pojawiaja sie masowo wozy ciagniete przez woły.
We wsiach cielęta rzucaja sie pod koła, w aucie wszyscy pokrzykuja cos po gruzinsku a z radia puszczonego na full leci po raz dziesiaty refren "Dawaj za mnoj, ja lublu ruskuju ziemlu" albo "Guliaj krasawica, żyzń tolka adna"
Okazuje sie, ze kierowca postanowil nam pojsc na ręke i zawozi nas do samego Zestaponi.. Szukamy wiec miejsca na nocleg. Wszyscy kieruja nas do hoteliku gdzies na wylotówce z miasta. Przy pomocy starszego pana i taksowkarza udaje sie dotrzec na peryferie miasta. Rycząca droga, stacje benzynowe.. Pierwszy przydrozny motel ma cene masakryczna.. Ja juz totalnie padam na pysk wiec jest mi naprawde wszystko obojetne, ale toperz zachowuje zimna krew i odmawia noclegu w takim paskudnym przybytku. Szukamy zatem dalej. Na namiot ciezko tu znalezc miejsce, coby nie przelazic przez płoty jakis fabryk ani nie rozbic sie w miejscu gdzie moze w nas wjechac jakis manewrujacy tir.. Kolejny przybenzynowy motel jest ciut tanszy.. Mowimy, ze nie chcemy telewizora, łazienki a tak naprawde to mozemy spac w komórce na miotły. Cena spada wiec o 1/3 ale i tak ladujemy w pokoju z telewizorem i łazienka.
W pokoju mamy tez tajemnicze dziury w suficie. Zastanawiamy sie nad ich pochodzeniem. Moze ktos pociagnal seria z kałacha? Albo szczury sie przegryzały aby złozyc wizyte poprzednim lokatorom?
![]()


Pociag jest dosyc długi. Zdjecia nie wyszly za dobrze.. Juz ktorys raz sobie obiecuje , ze zanim wejde do marszrutki to potajemnie umyje swoje okno
Odpowiedz z cytatem