Trawa była jeszcze gdzieniegdzie sina od mrozu, ale lekko przemarznięte nocą stopy rwały się do wędrówki. A że słońce przygrzewało jak nie w listopadzie wędrowało się doskonale. Wahalowski tylko śmignął z boku, a łąki się ciągnęły i ciągnęły... Za plecami widoki na Bieszczady, z lewej pasmo graniczne, po prawej i przed sobą Beskid Niski w pełnej krasie. I cisza. Zagłoba szedł swoją ścieżką, Kmicic swoją, łąka była szeroka i nie narzucała jedynie słusznej drogi. Szliśmy chwilę wspólnie, a za chwilę traciliśmy się z oczu, byliśmy troszkę razem a troszkę każdy wędrował samopas, ze swoimi myślami.
Gdzieś w dolinie mignęła raz czy dwa droga do truskawkowej krainy, ale i na niej było spokojnie. Pewnie wszyscy jeszcze spali, wolna sobota przed narodowym świętem nie goniła ludzi do pracy. Wstawał leniwy dzień, początek weekendu. A my wędrowaliśmy sobie nie podejrzewając nawet, że Zagłoba coraz intensywniej myśli o posiłku
Niedaleko cerkwi każdy z nas wybrał coś dla siebie, ciekawy nagrobek, samą cerkiew, dzwonnicę... Ponowne ześrodkowanie nastąpiło na przystanku autobusowym. Dla porządku sprawdziliśmy, że następny kurs dopiero za dwa dni i poczłapaliśmy kawałeczek drogą. Niedaleko.


Odpowiedz z cytatem