Biore do reki mape.. Tak.. Zbiornik Spandarian.. Wąski, bezludny przesmyk Armenii, oddzielajacy Karabach od Nachiczewanu. Z mapy wynika ze nie ma tu zamieszkanych osad, tylko jakies ruiny. Grzbietem jednych i drugich gor na ktore patrzymy leca granice.. W Armenii tylko szosa, ten zbiornik i my... Za granicami jeszcze bardziej pusto i wiecej gor..
Ksiezyc odbija sie w rownej tafli jeziora. Ciemnosc spowija powoli okoliczne wzgorza. Po drugiej stronie jeziora pojawia sie smuga reflektorow ciezarowki. Odbijaja pod gore, bezdrozem w strone Nachiczewanu. Padaja dwa strzaly. Poluja? Pilnuja granicy? Gruzawik niknie gdzies w gorach. Za dwie godziny wraca. Błyska swiatlami i znika. Jedzie dalej bez swiatel? Odjechal? Rozplynal sie w powietrzu?

Atmosfera sprzyja roznym ciekawym rozmowom i rozwazaniom nad malenka butelczyna kwaskowatego wina od milych pasazerow zatłoczonego auta z przeleczy Worotan. Towarzysza nam duchy z pobliskiego cmentarza, tajemniczy przemytnicy czy zbłakani uchodzcy, ktorzy akurat tu zdecydowali sie czmychnac przez zielona, zamknieta na głucho granice..
Wraca tez problem niedzwiedzia. Przelecz gdzie odradzano nam nocleg jest kilkanascie km stad. Tam miśki ponoc są. Tam im moze lepiej bo sa resztki z bazaru i z biwakow Irańczykow. Po co misiek miałby isc nad jezioro gdzie nie ma nic do zarcia? Tzn dzisiaj akurat jest ale istnieje nadzieja, ze misiek o tym nie wie... Zastanawiamy sie jak nalezy sie zachowac gdy lezysz sobie w spiworku i czujesz ze misiek chodzi przy namiocie i niucha? Udawac ze sie spi, wstrzymac oddech, w stylu "mnie tu nie ma"? A moze zaczac krzyczec, gwizdac, machac spiworem, aby wydac sie zwierzakowi duzym i groznym? A moze rozciac nozem namiot i spiedzielac przed siebie w ciemnosc, na oslep byle dalej? Na wszelki wypadek aromatyczne malony, winogrona i inne kawalki apetycznego zarcia zawijamy w kilka workow i wynosimy daleko od namiotow, za gorke.

Ciekawe co spotkalo chlopakow z Gorhayk??? To chyba najblizsza wioska stad..

Ptaki kwila nad jeziorem jakos inaczej. Ni to rozmowy w lokalnym jezyku, ni to płacz, smiech czy zawodzenie. A moze to nie ptaki?

Gdyby Solina istniala w latach 50 tych to moze wlasnie by tak wygladala? ;-)

Decydujemy sie nie rozpalac ogniska, Marusi i noca wychodzic z namiotu bez czołowek.
Kładziemy sie do snu. Graja nam cykady i czasem iranskie tiry, a ksiezyc oswietla bladym swiatłem zupelnie pusta okolice nadjeziorna.

Noz, butelke z benzyna, zapalniczke i gaz kładziemy pod reka. Nie dla bezpieczenstwa. Dla wewnetrznego złudnego poczucia i uspokojenia sumienia dzieci cywilizacji ktorym wystarczylo troche pustki i ciemnosci aby poczuly sie nieswojo. Jakos podswiadomie wierzymy w przydatnosc tych kilku lichych gadzetow, nie wiedzac nawet przeciwko komu i czemu mielibysmy ich uzywac.

W nocy toperz mnie budzi. Mowi cos szeptem z czego udaje mi sie zrozumiec tylko to zebym byla cicho. W półśnie ubzduralam sobie ze jakies duze zwierze niucha przy namiocie. Wytezam sluch, zastygam w bezruchu chyba na godzine. Nie slysze zadnych podejrzanych dzwiekow. W koncu usypiam ale czesto sie budze.
Potem sie okazuje ze toperza obudzily jakies pokrzykiwania i nawolywania ludzi, dochodzace jakby z okolic cmentarza. Glosy te sie zdecydowanie do nas przyblizaly. Po kiego grzyba ktos lazil o 2 w nocy po cmentarzu i sie wydzieral? czego szukal? Chyba nie widzial ze my spimy nad jeziorem bo by nas zapewne odwiedzil. Zarowno dobrzy jak i zli ludzie sa w tym kraju towarzyscy i lubia nawiazywac kontakty z turystami.

Ostatecznie nic nas nie zjadlo ;-) Budzi nas pogodny, sloneczny i upalny dzien.



Idziemy sie kąpac. Widac na brzegach ze jezioro nieraz osiaga duzo wyzsze stany wody. Czesc wybrzeza jest piaszczysta, smiesznie pożłobiona przez wysychajaca wode. W innych miejscach brzegi sa skaliste, pokryte kamieniami troche przypominajacymi pumeks.









Nasze jedzenie za gorka rowniez nie zostalo pozarte. Sniadanie mamy dzis wyjatkowo wypasne. Jest co zawinac w lawasz bo i ser i kiełbasa, pomidory, papryki, czosnek i zielenina ktora nam zostala podczas wczorajszego obiadu w knajpie w Jegegnadzor.





Piotrek i Młody łapia na stopa irańskiego tira.



Kierowca cala droge puszcza im jakies skoczne hity, tańczy w czasie jazdy zamiast trzymac kierownice i mowi ze ma mile wspomnienia z Ukrainy" "Ukraina- super, disco i seks". Zgłebianie tego tematu jak i innych jest ponoc utrudnione z racji bariery jezykowej.

Ja i toperz łapiemy tez ciezarowke- niebieskiego ziła. Jedziemy z Borią,ktory mieszka w Goris i opowiada nam cala droge o swojej rodzinie. Trasa wiedzie pustynnymi gorami ktore w tym rejonie robia sie chyba wyzsze, o bardziej poszarpanych wierzchołkach. Tereny sa bardzo malo zaludnione, czasem mignie jakis wypas bydła albo malenka wioseczka.







Auta, nie tylko tiry, jezdza tu bardzo wypakowane



Po drodze co chwile mały bazarek. Boria na jednym z nich kupuje 40 kilo ziemniakow w dwoch sporych worach.



Miasto Goris podoba mi sie od pierwszego spojrzenia- polozone w kotlice wsrod gor i skał!



Piotrek z Młodym zapewne sa juz w Goris od dawna. Iranski tir zapewne jechal szybciej od ziła, złapali go wczesniej no i chyba nie kupowali ziemniakow po drodze. Jak sie potem okazuje chlopaki nie zmarnowali czasu w Goris- kupili na bazarze sporo tutowki!

Wysiadamy z toperzem w gornej czesci miasta i tuptamy na poszukiwanie noclegu.



CDN