Relacje Bazyla zazwyczaj są tajemnicze. Owa tajemniczość polega na tym, że czytelnik prawie zupełnie nie wie, skąd, dokąd i którędy on idzie. Chyba, że zna na pamięć Państwowy Rejestr Nazw Geograficznych wraz z lokalizacją tych nazw. Tak też było i teraz.
Coś tam można wywnioskować ze strzępów przekazanych informacji. Ja swoje wnioski mam, ale przedstawię je tylko w zarysie, żeby nie psuć zabawy. Nie zdradzę tajemnicy, jeśli napiszę, że ważnym punktem wycieczki był Morochów (jest na zdjęciach: przystanek kolejowy i dachy cerkwi). Można też przypuszczać, że podczas wędrówki Bazyl prawie że zszedł na dziady. Ale tylko prawie. I że na początku było mu trochę niebiesko, a na końcu całkiem wysoko. Za to z dużą pewnością mogę podać, że odległość między startem a finałem wędrówki wyniosła dokładnie 4 kilometry, czyli cały dzień łaził i prawie nic nie przeszedł.
Ale opowieści Bazyla można też czytać bez potrzeby rozeznawania jego ścieżek. I wyciągać inne wnioski, oprócz topograficznych. Na przykład podpatrzeć środki bezpieczeństwa na wypadek spotkania z wilkiem lub niedźwiedziem. Różni (niby)fachowcy mówią o gazie pieprzowym, dzwoneczka przy plecaku, petardach hukowych, itp. Myślę, że w głodny wilk w potrzebie zeżre delikwenta razem z jego gazem i dzwoneczkami, zanim zdąży wyjąć petardę. A Bazyl ma swój sposób, o którym nie opowiada, tylko go stosuje. Wieloletnie obserwacje potwierdzają, że żaden wilk ani niedźwiedź nie ruszył nigdy człowieka po dwóch piwach.




Odpowiedz z cytatem
Zakładki