Znam ten ból, bo na obozie górskim, który prowadziłam w Wielkiej Fatrze i w Górach Choczańskich był facet, który był weganinem - jadł tylko pestki, nasiona i owoce
Nikt mu nie powiedział słowa , był przemiłym i kapitalnym towarzyszem wędrówki, tylko sam musiał dźwigać swój ogromny plecak z tymi wszystkimi pestkami.
Po 7 dniach intensywnego łażenia po górach z ciężkim plecakiem złamał się i zjadł w Dolnym Kubinie "wyprażany syr".
Mam szacunek dla odmiennych postaw.
Ale również całkowicie rozumiem Dorotę.
Dla mnie osobiście góry i alkohol po prostu do siebie nie pasują.
I podobało mi się to co napisała Dorota. Ja w górach również zupełnie nie potrzebuję "wzmacniaczy wyobraźni".
Natomiast nie cierpię alkoholu, jeżeli z powodu czyjegoś pijaństwa, lub popijania ktoś inny odczuwa dyskomfort, spóźnia się, denerwuje się, naraża na niebezpieczeństwo siebie lub innych itd.
W żadnym miejscu nie napisałam że ci co piją to nie są "prawdziwi ludzie gór".
Ja w ogóle uważam że nie ma takich zwierząt jak "prawdziwi ludzie gór".
Pozdrowienia
Basia



Odpowiedz z cytatem
