Pogoda na lisa
Bywają takie dni, kiedy poranne opary unoszące się niczym pasemka waty nad rzeką zapowiadają spotkanie - spotkanie z ostatnim dużym, pospolitym drapieżcą Europy, który po prostu przyzwyczaił się do ludzi. Wilk stał się zwierzęciem kresowym, banitą lub niewolnikiem, przez tysiąclecia poddawanym genetycznej selekcji przez swego "kochającego" pana. Lis pozostał dziki, sprytny, o jego przebiegłości liczne europejskie ludy opowiadają po dziś dzień bajki, baśnie i mity. Oczywiście pan wszelkiego stworzenia na tej ziemii podobnie jak bliźnim i jemu stworzył obozy koncentracyjne produkujące futra - eufemistycznie nazywane fermami. Ale mimo to lis po prostu nie dał się skundlić i całkiem nieźle sobie radzi.
Zeszłotygodniowy niedzielny poranek rozpoczął się mgłami. Dwudziestostopniowy mrozik pokrył szadzią drzewa, krzewy, badyle i wszelkie ludzkie instalacje. Nie było na co czekać. Ewa zrobiła herbatę do termosu. W pośpiechu przekąsiliśmy po kromce chleba i razem z Funiakiem ryszyliśmy w miejsce, gdzie San nie płynie tak, jak płynął przez wieki. Gdzieś na poboczu wąskiej dróżki zostawiliśmy samochód i ruszyliśmy po trzeszczącym śniegu ku meandrom wijącym się wśród mgieł. Ale nie byliśmy tam pierwsi. W śniegu i na lodzie, który pod nami pękał były już ślady lisa. Nie tylko my lubimy z rana ptactwo wodne.
Z mgieł wyłonił się samiec gągoła, a nad nami przeleciało kilka razy całe ich stadko spłoszone gdzieś w dole rzeki - może przez lisa. Trochę niżej pływało kilka nurogęsi. Wróciliśmy do auta i podjechaliśmy przy lesie kilkaset metrów dalej. Przez gałęzie i szadź przebijały się promienie słońca powodując opadanie lśniących drobin. Na wodzie dostrzegłem coś małego - pojawiającego się na powierzchni co kilkanaście-kilkadziesiąt sekund, by po sekundzie-dwóch znów zanurkować i wypłynąć dwadzieścia metrów dalej. W zimnej wodzie kąpiel urządzała sobie para perkozków...


Odpowiedz z cytatem