[quote=andrzej627;89077
Co do Ruskiego, to chętnie bym zobaczył ten artykuł, o którym piszesz. Może ktoś mógłby go zeskanować i mi podesłać.[/quote]
No przecież Ci skanowałem i wysyłałem.
Wersja do druku
[quote=andrzej627;89077
Co do Ruskiego, to chętnie bym zobaczył ten artykuł, o którym piszesz. Może ktoś mógłby go zeskanować i mi podesłać.[/quote]
No przecież Ci skanowałem i wysyłałem.
Dzięki, już doszło. Następnym razem pójdziemy opisaną trasą.
Rozdział XII
Po wtorkowej i środowej wyprawie z Andrzejem, w czwartek wpadłem w ręce drugiego z braci, czyli Wojtka 1121. Umówiliśmy się bowiem, że dzień ten spędzimy z wszech miar przyjemnie i leniwie, mianowicie w samochodzie. Załadowałem się do Wojtkowego Nissana wraz z Wojtkiem Myśliwcem i pojechaliśmy szutrówką wzdłuż Sanu w kierunku mostu w Studennem. Nie do końca miała to być li tylko przejażdżka, ale też pieszy rekonesans i przygotowanie do przeprawy samochodami przez San. Czekaliśmy tylko na Jego Ekscelencję Pastora, który miał przejechać już dziś.
Zanim jednak dojechaliśmy do drogi, która prowadziła do mostu na wysokości Krywego, Wojtek dał po hamulcach ze słowami: Piskal, skoro jesteś, to cię wykorzystam!
Byliśmy koło kamieniołomu, w którym ukryty został geo-skarb. Wojtek robił w to miejsce już trzecie podejście. Pokazał nam zdjęcie z zaznaczoną odpowiednią szczeliną, którą trzeba było zidentyfikować w naturze, wyodrębnić z tysiąca takich samych. Udało mi się z pomocą pewnej brzózki. Cóż, za dużo napisać nie mogę. Weszliśmy z Wojtkiem Myśliwcem na prawie pionową skałę ze zdjęciem szczegółu, czyli zbliżenia interesującej nas szczeliny i tym razem to Wojtek zaproponował właściwą. Muszę więc podzielić się z nim sukcesem. Wszedłem trochę wyżej i to rzeczywiście była skrytka. Zanieśliśmy geoskarzynkę Wojtkowi aby dokonał stosownych wpisów do dzienniczka i abarot z powrotem po kamlotach, jak kozice, do góry schować cache’a.
Pojechaliśmy dalej zeszliśmy nad San do ruin mostu, dokonaliśmy obserwacji, obgadaliśmy sprawę desantu i ruszyliśmy dalej. W pewnym momencie Wojtek zauważył dość wyraźną drogę. Zostawiliśmy samochód i ruszyliśmy na rekonesans. Okazało się, że droga prowadzi do dość okazałej polany, którą opanowali „ miłośnicy zwierząt”. Tu poletko kukurydzy, tam buraki, w jeszcze innym miejscu specjalne błoto dla dzików, no i ambony. Już pisałem, co sądzę na ten temat, nie będę się powtarzał. Za to znalazłem kilka kań, które Wojtek zamówił sobie na kolację.
Wróciliśmy do karawanu i ruszyliśmy w kierunku punktu widokowego na Tworylne. Krótki postój w tym fantastycznym miejscu, ot tyle co na wypicie piwa, które Wojtek wydobył z geocache’a. Nawet dobre, przeterminowane raptem 15 miesięcy.
Kawałek dalej znowu wysiadka z auta. Tym razem musieliśmy sprawdzić drogę do brodu na Tworylne. Po kilkudziesięciu metrach doszliśmy do zwalonego przez drogę drzewa.
-Jak się nie da odciągnąć ręcznie, to użyję liny- pocieszał Wojtek.
-A już kiedyś używałeś?
-Tak, jak bawiłem się z wnuczkiem.
Doszliśmy do rzeki, Wojtek uparł się aby przejść na drugi brzeg i rozeznać się w sytuacji. Cóż było robić, znowu zdjąłem buty i zacząłem brodzić po dnie. W końcu Wojtek zrezygnował z desantu, nie chciał moczyć butów, a suchą nogą nie dało się przejść. Najważniejsze wiedzieliśmy, przejechać się da. Wróciliśmy do samochodu.
Kolejnym etapem naszej podróży było Rajskie, gdzie, a jakże, Wojtek miał do odkrycia kolejny geo-skarb. Ten skarb objętościowo był największy i zawierał jakieś stare przewodniki.
Dalej kierunek Chrewt, Polana, gdzie zatrzymaliśmy się przy okazałej lipie i miejscu po świątyni katolickiej. A Polana, z zwłaszcza Polana Ostre to już bliskie mi strony, ze znajomymi. Chciałem panom Wojtkom pokazać domek, w którym spędziłem pierwszą w życiu bieszczadzką noc, bez prądu, przy blasku ognia z pieca i z pięciolitrowym baniakiem wina, które specjalnie targałem z Torunia. Tutaj bowiem mieszkał kiedyś mój przyjaciel zanim nie wyemigrował na Wyspę. No i tam był też kibel, który- jak to kiedyś już opisywałem- składał się z dwóch ścian, żerdki, na którą się siadało i kija do odganiania niedźwiedzi, wilków i żmij. Wojtek stwierdził, że ten kierunek mu odpowiada, bo w tych okolicach ma... geocache’a. To zresztą mnie zgubiło, bo miast obserwować okolicę musiałem obserwować gps, który wskazywał odległość od skarbu. No i przejechaliśmy drogę, w którą powinniśmy skręcić. Uznałem to za fatum i postanowiłem już nie wracać. Muszę tu kiedyś przyjść sam. I nie jak po ogień. A skarb oczywiście znaleźliśmy. Była w nim m.in. paczka fajek. Przyznam, że w Bieszczadach są praktyczniejsze fanty w porównaniu z takim np. Toruniem, gdzie trafiałem na razie na jakieś zabaweczki. Tak, przyznaję się bez bicia, też zacząłem się w to bawić, bez gps, tylko na podstawie opisów. A Toruń, to bardzo prężny ośrodek geocache’ingu.
Byliśmy na drodze do Lutowisk, tam postanowiliśmy zrobić postój. Zaliczyć sklep, jadłodajnię i ...toaletę. Wojtek zafundował nam obiad(czyżby za kanie na kolację?), zjedliśmy po placku po bieszczadzku i ruszyliśmy, robiąc króciutki postój przy wiszącym moście w Dwerniczku, do domu.
***
Akurat miałem łączenie z domem kiedy z bardzo poważnymi minami przyszła pod mój domek delegacja w składzie: pan hrabia Wojtek 1121 i towarzysz prezydent Stały Bywalec. Kaziu odebrał mi telefon i zaczął rozmawiać z Julią, zapraszając ją na przyszłoroczny KIMB, a Wojtek wyłuszczył sprawę. Okazało się, że Jego Eminencję Pastora chcą ugościć w domku nr 1 i co ja na to? Zgodziłem się z radością, wspominając majowe okoliczności poznania Pastora. Około ósmej wieczorem towarzystwo zaczęło się schodzić. Wreszcie przyszedł nasz wielebny z żoną, Bernadettą.
- Witam Jego Ekscelencję w moim skromnym, nieposprzątanym domku- powitałem Pastora w swoim imieniu.
Po chwili wszyscy witaliśmy naszego wielebnego za pomocą płynów wszelakich. Wieczór rozwijał się we właściwym kierunku. Ojciec Prowadzący nawracał Pastora, pastor Ojca Prowadzącego, było wesoło i podniośle. Była to też ostatnia kolacja w domku nr 1 Andrzeja, który dnia następnego wyjeżdżał z Sękowca.
I tylko Wojtek nie najadł się kaniami, ponieważ po wystawianiu ich na widok publiczny, znikły w czeluściach wielu różnych, niezależnych od siebie gardeł.
Piskal, Wojtek jak wiewórka chowa rózne ciekawe rzeczy. Znając ich lokalizacje można ucieszyć i ciało i duszę. Nawet w pewnym miejscu Wojtek schował grila, który można spokojnie rozpalić jak przyjdzie ochota. Musze stwierdzić, że to fajna zabawa którą poznałem dzięki Wojtkowi.
Piskalu - Twój ostatni zapis dotyczy czwartku 24 września.
Tak się zastanawiam, co robiłeś dnia następnego. Bo ja zdobyłem wtedy Tarnicę (po raz pierwszy ale nie ostatni podczas tamtego pobytu).
Nie daj nam długo czekać na ciąg dalszy.
A poza tym Twoja relacja, którą czytam z przyjemnością, zainspirowała mnie do przyspieszenia rozpoczęcia pisania i mojego dziennika (co być może już zauważyłeś).
A może Twoja przerwa w pisaniu wynika z tego, że nie wiesz, jak postąpić z opisem Waszej sobotniej wyprawy (26.09.) ?
Nie zdziwiłbym się, gdybyś relację z soboty ograniczył do wydarzeń wieczornych.
A nawet bym to zalecał.
.
Stały Bywalcze!To,że dopingujesz Piskala,pochwalam.To,że"zalecasz" mu przemilczanie jakiejś dniówki i ograniczenia sie do wrażeń wieczornych,to już nie bardzo!Niech pamiętnik znaleziony w Sanie będzie solidną relacją a nie wybiórczym wspomnieniem tego co słuszne i poprawne!Chcemy PRAWDY!!!!
Przerwa w pisaniu wynikła z tego, że trafiła mi się robota. Za bardzo nie mam czasu. Poza tym Julia za chwilę zabiera komputer do przeinstalowanie systemu. Tak więc cierpliwości.
Pozdrawiam!
Rozdział XIII
Jakoś nie mogę ruszyć z tym rozdziałem. I chyba wiem dlaczego. Bo to rozdział XIII. W dodatku piątek. Piątek 25 września.
Andrzej 627 dzisiaj wyjeżdża z Sękowca, a jutro w ogóle z Bieszczadów. My jedziemy z nim do Wetliny. My, czyli Wojtek Myśliwiec i ja. Z Wetliny będziemy wracać via przełęcz Orłowicza do Sękowca a najważniejszym powodem tego, że jedziemy z Andrzejem, to chęć pożegnania się z Magdą, jego osobistą małżonką, która rezyduje w Wetlinie w willi Łuka.
Zanim zajedziemy na Manhattan,w Górnej Wetlince kupujemy bieszczadzkie sery. Magda już z balkonu nas wita, uśmiechnięta, zadowolona, machając ku nam zaprasza na górę. Miałem mieć dla niej niespodziankę- jej ulubione placki ziemniaczane po piskalsku. Niestety, gdy wczoraj byliśmy w Lutowiskach nie pomyślałem, żeby kupić ziemniaki. A raczej byłem przekonany, że jeszcze są. Rozmawiam z Andrzejem, że jeśli rano pojedzie do Zatwarnicy i je kupi, to przed naszym wyjazdem zdążę jeszcze zrobić placki. Ale on miał przecież moc pakowania. Namiot,który umie robić wszystko, buty do przechodzenia przez San i wiele innych, równie ważnych rzeczy. Na szczęście Magdzie tak się spodobało w Bieszczadach, aż obiecała, że na pewno jeszcze przyjedzie. Będę więc miał szansę żeby się zrehabilitować.
Tymczasem nie chcę nas wypuścić, przekupuje nas francuskim piwem. Gawędzimy miło.Czuć między nami nić serdeczności i porozumienia. Wreszcie ruszamy w willi Łuka, Andrzej z Madzią jadą do Wołosatego na przejażdżkę bryczką, nas wyrzucają pod sklepem. Zanim zrobiliśmy zaopatrzenie spotykamy się ponownie. W dodatku spotykamy też Jurka i Wojtka, szkolną brać Andrzeja. Żegnamy się po raz trzeci i wreszcie ruszany na szlak.
Jeszcze przed punktem kasowym znajduję kanie. Potem już tylko ludzie. Wątpliwy urok podchodzenia na Wetlińską. Nie przepadam, a wręcz nie lubię tłumu na szlaku. Na przełęczy Orłowicza jeszcze gorzej, dzieciarnia, jakaś wycieczka szkolna, hałas, jazgot, wrzask i jeszcze kilka innych synonimów, w dodatku wieje jak cholera. Widząc, że szkolna wycieczka rusza na Smerek ja rezygnuję. Wojtek ma ochotę iść. Oddaję mu polarową bluzę, żeby go za bardzo nie przewiało a sam udaję się w dół do nowo postawionej wiaty. Wiata rzeczywiście bardzo ładna, poczekałem na Wojtka i do Suchych Rzek ruszyliśmy już razem.
Po Ostoi zostało tylko wspomnienie, już nawet nie ma zeszłorocznego złomu. Zrobiliśmy sobie tam piwny postój aż tu na raz słyszymy odgłos samochodu. To Wojtek 1121 z Bernadettą i Pastorem znając nasze dzisiejsze plany wyjechali nam na przeciw. Skorzystaliśmy więc z podwózki i już nie per pedes udaliśmy się do Sękowca.
A tam niespodzianka- okazuje się, że przyjeżdżają znowu do nas Tarnina , Manio, gitara i Dziadek-ich przyjaciel. Całą czwórkę zapraszam do domku nr 1
I to była chyba Twoja jedyna wycieczka w wyższe partie Bieszczadów, a i nawet wtedy zrezygnowałeś z wejścia na Smerek.
Chociaż nie dziwię Ci się, też nie lubię tłoku.
Połoniny Wetlińska i Caryńska, także Masyw Tarnicy, były wczesną jesienią br. strasznie zatłoczone (opiszę to w swojej relacji). Natomiast Rawki i Bukowe Berdo - nie. Było tam niemalże pusto, przynajmniej w tych dniach, gdy byliśmy tam z Ojcem Prowadzącym.
Gdy weszliśmy na Małą Rawkę, spotkaliśmy na szczycie tylko 2 osoby: Aleksandrę z koleżanką.
Znów miałem więc z Nią nieoczekiwane bieszczadzkie spotkanie.
Mysmy z meżem 2 września na Przysłupie Caryńskim byli .........sami i było mega cudownie - siedzielismy jak w innym świecie .Dzień pózniej na Haliczu i Tarnicy było względnie .Zaś na hotelu w Mucznem w restauracji w porze obiadowej byliśmy sami z kelnerką - super zjeśc w spokoju bez tłoku - czułam się jak jakaś dama prl - ze wzgledu na miejsce .
A luzy na szlakach to to co uwielbiam - pozdrawiam cieplutko
Oto moje nagranie pożegnalne:
Pożegnanie z Sękowcem
Faktycznie nie mogliśmy się rozstać:
Spotkanie w Wetlinie
Do Wołosatego dojechaliśmy i udało nam się w końcu zrobić przejażdżkę bryczką:
Dyliżansem do Łubni
Bo to trzeba wiedzieć ;) kiedy na Wetlińską wchodzić. Ja osobiście chodzę na Wetlińską popołudniem. Najczęściej luzy. 27 września nawet wyglądałam jakiegoś przystojniaka, który zajrzał by mi do oka [udało mi się idąc wsadzić sobie w oko gałązkę] i chciałam, aby ktoś sprawdził czy coś z niej nie zostało. A tu lipa, musiałam odsiedzieć z półgodziny na Orłowicza, za nim jakieś dziewczyny się pojawiły. A potem miałam jeszcze godzinę do zachodu słońca, w ciszy i spokoju sobie tam posiedziałam.
Drugi raz 29 września, wykorzystując Przełęcz Orłowicza jako skrót do Wetliny, nie spotkałyśmy nikogo. Też późne popołudnie.
Cóż, to była sobota, godziny południowe, tak nam się ten dzień poukładał.Za to od strony Suchych Rzek tylko kilka osób.
PS. Wszystkich czytelników przepraszam za tak długie przerwy. Cierpliwości, mam trochę zajęć. Postaram się cóś skrobnąć, a zasadzie wystukać w weekend.
Dawno mnie tu nie było, cóż, tak się czasami układa, że brakuje czasu. Tak więc jeszcze w kilku słowach o tym, co działo się w piątek . A w tamten piątek Ula obchodziła urodziny. Oczywiście osiemnaste.
Tymczasem zainstalowałem ponownie Tarninę i Mania w domku nr 1. Tym razem nie na pięterku a w bliskiej odległości od kominka. Na piętro poszedł Dziadek, ich kolega. Zadeklarował,wraz z Wojtkiem Myśliwcem, że będą strażnikami ognia, żeby Tarnina nie zmarzła. Jakby bliskość Mania nie wystarczyła;). No i nasze dwie westalki po powrocie z baru doprowadziły do wygaszenie świętego ognia. Ale na ich usprawiedliwienie napisać mogę tyle, że domek nr 1 średnio przypomina świątynie Westy.
Po zejściu do barku zaczęły się toasty i śpiewy na cześć naszej barmanki. Chóralne sto lat, a Manio dodatkowo zaśpiewał bieszczadzką szantę: Panna Ula ma w oczach dwa nieba. Jako przedsmak jutrzejszego KIMBu wieczór zapowiadał się uroczo.
Uff.. przeszedłem jakoś przez ten XIII rozdział, wyjątkowo pechowy, wyjątkowo długo pisany,chociaż jeden z najkrótszych. Mam szczerą nadzieję, że już tak długo nie będę pauzować. Zwłaszcza, że kolejny rozdział będzie wyjątkowo atrakcyjny.
Żądacie prawdy. Dostaniecie prawdy! Chociaż na uzasadnioną prośbę Pastora zataję jeden szczegół. Miejsce naszego postoju. Niech to pozostanie naszą tajemnicą.
Rozdział XIV
Sobota rano, cel wyprawy- Tworylne zdobywane tak, jak jeszcze nikt go nie zdobywał. Via Krywe, lecz nie ścieżką, pieszko, a z desantem na drugą stronę Sanu. Po kamieniach, po wodzie,lecz suchą nogą.
Lecz nim pokonaliśmy pierwszy etap, czyli zdobyliśmy szczyt Rylego, gdzie stojąc na brzegu wielkiego pucharu chłonęliśmy widok na na wypełniającą go mgłę o konsystencji śmietany- podałem Tarninie śniadanie do łózka. Kanie, które znalazłem u podnóża Połoniny Wetlińskiej. No i przyjmując takie założenie, że Tarnina składa się z kilku osób, a łózko do złudzenia przypomina stół. Ale śniadanie było do łóżka i tego będę bronił jak niepodległości.
Widok jaki mieliśmy przed sobą na szczycie Rylego zapierał dech w piersiach, jakby ktoś zalał dolinę Krywgo mlekiem. Nad nami wyraźne szczyty, pod nami stwórcze mleko, w którym wypełzają dusze dawnych mieszkańców spieszące do swych obowiązków, ukryte przed naszymi wścibskimi oczami. Przed oczami Tarniny, Bernadetty, Pastora, Mania, Dziadka, Wojtka 1121, Wojtka Myśliwca i moimi.
Krótki dzień pracy mieli dawni mieszkańcy Krywego, nie minęło bowiem 20 minut, kiedy po mgle pozostało wspomnienie. Ruszyliśmy więc dalej do cerkwi.
Miejsce fantastyczne, drugi raz tu byłem podczas tego pobytu, a który w ogóle? Zwiedziliśmy Krywe, odbyliśmy sesję zdjęciową, rozglądałem się za kaniami, nie było już ani jednej. Poprzednio trafiłem bezbłędnie, na duże, rozwinięte okazy. Jakże pyszne.
Pierwszy etap za nami, czas na desant niedaleko miejsca gdzie jeszcze klika lat temu był most. Byłem z Wojtkiem 1121 i Dziadkiem, Wojtek Myśliwiec zostało operatorem kamery. Nam udało się przedostać na drugą stronę, Pastor w połowie drogi zawrócił, wróciliśmy i my. W drodze powrotnej Wojtek zahaczył dupą o jakąś skałkę, nic się na szczęście nie stało. Postanowiliśmy jechać przez Sękowiec, stokówką w kierunku mostu w Studennem. Nim dojechaliśmy do punktu widokowego na Tworylne zrobiliśmy postój. Było ognisko, kiełbaski, pojawiła się wódeczka, lecz biorąc pod uwagę frekwencję znowu z przydziału każdemu wyszło po porcji dla skrzatów. A trudno nazwać Pastora, Wojtka Cyferki albo mnie skrzatami. Gabarytowo to bardziej trollami. O urodzie nie wspominając;).
Wreszcie od strony brodu per pedesem udaliśmy się na Tworylne. Do miejsca po dawnej wsi. Ciekawe, czy dziś rano i tutaj ożyły duchy przeszłości. Piękna dolina, świeżo wykoszona łąka, wiele pozostałości po zabudowaniach wiejskich i strażnicy wojskowej, zresztą wszyscy tam byliście. Tutaj jest jeszcze piękniej niż w Krywem. Zwiedziliśmy ile się dało, najwięcej czasu poświęcając strażnicy aż przyszedł czas na powrót, a żeby oszczędzić drogi i nie obchodzić jaru dookoła udaliśmy się na skróty Mnie uratowała pasja zbierania grzybów. Pastor z Bernadettą znaleźli piękne koźlaki, pomagałem im zbierać, dzięki temu nie poszliśmy z innymi i nie wpadliśmy w pętlę czasoprzestrzenną. Weszli bowiem w taką ścieżką, że ja, przedostawszy się na drugą stronę jaru, słyszałem tylko głosy zagubionej ekspedycji, ich samych nie widząc. A tak naprawdę ścieżka ta dobra była może dla lisów, ale nie dla ludzi. Weszli w takie krzaki kłującej tarniny, że w żaden sposób nie mogli się przebić, chociaż byli już tylko kilka metrów od celu. Zawrócili wybierając inną opcję powrotu.
Dotarłszy do naszych rumaków Wojtek stwierdził, że żeby nie wracać tą samą drogą pojedziemy górą przez Otryt, no i pojechaliśmy prosto na leśniczego, który wraz z jakimś dewizowcem wyszedł na odstrzał. Dewizowiec dmuchał w coś co przypominało muszlę wabiąc zakochanego byka, a Heniu, mąż Basi, on to bowiem był, z kwaśną miną pozwolił nam przejechać. Nawet nie wiem, jak skończyło się tamto polowanie, spłoszyliśmy byka, czy nie, głupia sprawa, stało się. Nikt tego specjalnie nie robił.
Wieczorem druga część dogrywki KIMBu. Gdy zjechaliśmy do Sękowca w tym samym czasie nadjechali Paweł i Darek, kompani moi warszawscy, których poznałem tutaj w Sękowcu, i z którymi przyjeżdżałem w Bieszczady. Ale też wspólnie byliśmy w Górach Stołowych, Karkonoszach i w najpiękniejszym mieście świata- w Pradze.
Może i mielibyście trochę racji, gdyby nie.......... Limanowa, jak wiadomo najpiękniejsze miasto swiata!!!
Rzeczywiście, trudno zrozumieć co Piskal widzi w prawobrzeżnej części Warszawy.
Z kontekstu nie wynika również żeby w części lewobrzeżnej czegokolwiek się dopatrzył. I słusznie, bo co to za miasto, w herbie pół ryby, pół k....y a w srodku miasta Krakowskie Przedmieście!
W każdym razie, "nie przenoście nam stolicy do Krakowa......"
Przepraszam za OT i pozdrawiam + Pastor ręką wasną
Patrze i patrze na to com napisał i za cholerę nie widzę " na Pradze", a uparcie "w Pradze":-D. Lewo-, czy prawo brzeżnej- co za różnica. Byliśmy na obu brzegach rzeki, której nazwa faktycznie zaczynała się na "W", jak Wisła w Warszawie.
WWWrrrr;)
Pomogłem Pawłowi przenieść część rzeczy do naszego domku. Po naszym wyjeździe oni będą sobie gospodarzami, gośćmi, sterami, żeglarzami i okrętkami. I sami będą musieli pić piwo, które sobie... kupią.
Paweł ma niewdzięczną rolę kierowcy, nie zawsze więc może wypić piwo, Darek zaś jest trochę zakompleksionym facetem z niepewną sytuacją zawodową. Więc jak już uda mu się zerwać z łańcucha i wyjechać w swoje ukochane góry puszczają mu hamulce. Pierwsze piwo pije jeszcze w Warszawie, tak więc w Bieszczady dojeżdża już niezbyt trzeźwy, ale za to wyzwolony. Zupełnie jak ja. Różnica między nami jest taka, że ja nie drę się i nie powtarzam bez sensu tych samych bzdetów. Ale po bliższym poznaniu, a znamy się już kilka lat, mogę napisać, że w sumie jest to przyzwoity i fajny facet.
Tak czy inaczej Darek pierwsze wrażenie wywarł fatalne, a jak wiemy, nigdy nie ma drugiej okazji żeby zrobić pierwsze wrażenie. A nie zapominajmy, że był to dzień KIMBu. Zresztą w barku Darek trochę się uspokoił. Peszyła go widocznie obecność wielu obcych mu osób. Po pewnym czasie wzięliśmy go z Pawłem pod ręce i zaprowadziliśmy do domku. I nastał spokój błogi.
Wcześniej jednak do naszego domku przyszedł Wojtek 1121 i KIMB rozpoczął się falstartem, na stole pojawiła się wódeczka, warszawiacy przywieźli piwo, były pęta kiełbasy a ja autentycznie cieszyłem się z przyjazdu chłopaków.
Wreszcie oficjalny KIMB w barku. Prezydent dokonał prezentacji. Oprócz osób, które były na zeszłotygodniowym KIMBie dołączyli do nas Bernadetta z Pastorem, Mirusz z Izą, moi warszawiacy i Dziadek od Tarniny i Mania. Ja ponownie udałem się do ogniska na pieczenie karkówki, którą tym razem dodatkowo polewałem piwem. Manio pięknie grał na gitarze i znowu było bardzo sympatycznie i wesoło. Kto nie był, niech żałuje. Stały Bywalec opisze wszystko ze szczegółami.
Wojtek 1121 postawił Reconówkę, czyli flaszkę Stoka zakopaną przez Recona 1 dla Wojtka w... no właśnie, nie pamiętam gdzie. Później dołączyli jeszcze jacyś ludzie, chyba znajomi Kazia. Za to opuścili nas Tarnina, Manio, Dziadek i gitara.
Gdy wróciliśmy do domku obudził się Darek i dalej za beherovkę, i dalej mnie nakłaniać na to, żeby jutro, czyli już dziś iść z nimi chociaż na jedną wspólną wyprawę. Wybrali Krywe, stanowczo odmówiłem. Byłem już umówiony w Wojtkiem Cyferki na odkrywanie skarbów, wizytę w cudownej Łopieńce i pstrąga.
Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że zostanę kłobukiem bieszczadzkim.
Przed nami był ostatni dzień pobytu w Bieszczadach...
A nie pomyślałeś, że Darek był właśnie taki a nie inny, bo mu Irena za mąż wyszła ?
:oops:
Rozdział xv
Ostatni dzień w Bieszczadach.
Jedziemy do Łopieńki. Wsiadamy w Wojtka 1121 i ruszamy, najpierw w kierunku Zatwarnicy, potem stokówką koło kościoła aż do mostu w Studennem. Po wczorajszym KIMBie Anioł Spracowany miał by uzasadnioną potrzebę wsparcia mnie kilkoma drobnymi „bo bieszczadzkiemu turyście rano bardzo pić chce się”. A tu nic, lekkie niedospanie ale żadnego kaca. Jedziemy Wojtkowym karawanem, bardzo wygodnym, podziwiamy widoki, przed mostem skręcamy do Rajskiego, mijamy miejsce, gdzie jest ukryta geoskrzynka aż dojeżdżamy do obwodnicy i udajemy się w kierunku Bukowca.
Po drodze jednak Wojtek przypomina sobie, że w Werlasie schował się przed nim skarb pod nazwą „Widok na Zawóz”. Jedziemy do Werlasu.
Przyznać muszę, że szukanie geoskarbów z gps. to mała frajda. Ja zacząłem szukać ich w Toruniu na zasadzie tylko opisów i zdjęć. W dodatku postanowiłem ćwiczyć pamięć i zdjęć nie drukuję. Chyba że wyczerpię możliwości znalezienia skarbów li tylko na podstawie opisów. A piszę o tym wszystkim dlatego, że bakcyla połknąłem właśnie w Werlasie. Zobaczyłem zdjęcie miejsca ukrycia skarbu w Wojtkowej bazie danych, weszliśmy na odpowiednią ścieżkę i poczułem wiatr w nozdrzach jak pies tropiący. Wysforowałem się do przodu i wypatrywałem charakterystycznego drzewa. Zanim dwaj Wojtkowie przyszli ja już miałem wykopaną skrzynkę. Z niej to pochodził ludek i smycz „Sex bomb”, które to skarby Wojtek postanowił podarować Julii. Zresztą smycz poszła do innej geoskrzynki w dalekim Toruniu.
Postanowiliśmy jeszcze nie wracać lecz pojechać dalej szosą na punk widokowy na zalew. Wreszcie szosa zmieniła się w drogę. Wojtek Cyferki siedział z nosem w gps'ie, Wojtek Brak Cyferek w mapie, a ja z nosem w szybie podziwiałem zielone wzgórza nad Soliną. Wjechaliśmy bowiem na półwysep głęboko wrzynający się w zalew. Dalej już jechać się nie dało, ponieważ samochód Wojtka, acz wspaniała to maszyna, jednak nie jest amfibią.
Tutaj zrobiliśmy sobie postój na piwo. Po lewej ręce Polańczyk na wprost zapora Solińska a w środku akwenu mnóstwo żaglówek i innych jednostek pływających. Błogi nastrój, piękna pogoda, piękne miejsce,mnóstwo ludzi, a mnie tęskno do bardziej dzikich okolic.
W końcu jedziemy do Łopieńki po drodze zatrzymując się przy kapliczce w Polankach. Wszyscy zapalamy świece w osobistych intencjach. Wojtek Myśliwiec za spotkanie w przyszłym roku. Jego świeca niestety gaśnie. Wojtek z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru stwierdza, że w maju nie, we wrześniu tak! Może ta zgaszona świeca, to znak, że istotnie tak będzie.
W końcu dojeżdżamy do parkingu i pieszo idziemy w to cudowne miejsce. Wojtek Cyferki po raz pierwszy nie samochodem, dzięki temu mógł się przyjrzeć żeremiom bobrowym i progowi wodnemu jaki te przemyślne zwierzęta zbudowały.
Wreszcie Łopieńka, Wojtka bardziej jednak interesuje, czy ja, który mało ma z Wołodyjowskiego, więcej zaś z Zagłoby wejdę do dziupli w lipie obok cerkwi. Obcy ludzie się gapią, Wojtek mnie strofuje, nie tak, nie tak. I wykaż tu jakąkolwiek inicjatywę. Jak to się skończyło już widzieliście, a kto nie widział to bardzo proszę: http://www.youtube.com/watch?v=hA-Cl...e=channel_page
Asia 999 napisała: Piskal jako kłobuk bieszczadzki. Bomba. Cóż Asiu, jeśli przypominam Ci zmokłą kurę, to proszę bardzo. Chociaż kłobuk przybierał nieraz postać człowieka, ale gdzie mi do człowieka! Wydaje mi się też , że ze zmokłej kury mam niewiele nawet po spożyciu ukraińskiej gorzały, którą przynosił Stały Bywalec. Ale tak naprawdę bardzo mi się to porównanie podoba. Dzięki.
Kłobuk, kołbuk – w wierzeniach słowiańskich demon opiekujący się dobytkiem i ogniskiem domowym. Utożsamiany z duszą martwego płodu. Przybierał najczęściej postać zmokłej kury, a także kaczki, gęsi, sroki, wrony, kota, a nawet człowieka.
Kłobuka można było sprowadzić do domu kusząc go jedzeniem lub przygarniając kurczaka. Można także było go sobie "wyhodować", zakopując pod progiem domu poroniony płód, który po siedmiu dniach (według innych podań miesiącach lub latach) zamieniał się w kłobuka.
Kłobuk dbał o pomnożenie majątku swojego gospodarza. Czynił to jednak okradając sąsiadów.
Kłobuk znany jest też ze znakomitej powieści Nienackiego „Raz w roku w Skiroławkach”
Gdy już zostałem kłobukiem poszedłem wreszcie pomodlić się do cerkwi. W podzięce za to, że nie utknąłem w lipie? Tam też „odkryłem” piękny wiersz naszej WUKI pt. „Chrystus Bieszczadzki”. Oto on:
Tarninowe ciernie
na skroni.
Białobrzoze ręce,
a w dłoni
kij sękaty,
przyjaciel wędrowca.
Wyruszyłeś na szlak
ze stajenki.
Zatrzymałeś wśród
pagórków Łopienki,
Chrystusie Bieszczadzki.
Trudna droga
Cię czeka,
lecz wciąż idziesz
szukając człowieka
co się zgubił.
Cóż, wszystko co piękne mija. My też nie mogliśmy zostać tam dłużej. Wracamy do samochodu. Wojtek 1121 zaprasza nas do Terki na smażonego pstrąga.
jejku...zaczęłam czytac o tym kłobuku i pomyślałam - no i następny forumowicz na "P" się na mnie obrazi...:cry: na szczęście nie...:-P
Piskalu - no gdziezby mi przyszło do głowy porównywać Cię do kurczaka albo martwego płodu, no i czy dałbyś się pod progiem zakopać?:mrgreen: Kłobuki na drzewach najcześciej mieszkały, w dziuplach właśnie i strasznie psociły...a na obrazkach sympatycznie wyglądały (ja przynajmniej tylko takie widziałam) :razz:
a tak przy okazji - kotlety "piskalowe" próbowałam zrobić ale chyba nie wyszły takie jak powinny :-( widocznie kotlety to domena Kłobuków Bieszczadzkich :-))
fajny ten pamiętnik - szkoda, ze juz zmierza ku końcowi.
pozdrawiam serdecznie
Dzięki Piskalu za tę "klamrę"spinającą Twoją interesującą,kronikarską opowieść!
O pstrągu w Bieszczadach powstał oddzielny wątek. Nie będę się więc o nich rozpisywać, i tak wszyscy je jedliście. Ja nie szalałem wcześniej za rybami, a jedyne jakie jadłem nazywały się .. filety. Dopiero na, hm.., nie na starość, ale też nie na młodość. Powiedzmy na średniość. Dopiero na średniość doceniłem smak ryb. Pewnego razu gdy siedzieliśmy u Wojtka1121 Bernadetta przyniosła pysznego karpia, a teraz dzięki Wojtkowi jadłem smażonego pstrąga. Dla zainteresowanych dodam, że u matki, nie córki.
Gdy jechaliśmy już do Sękowca na drodze między Rajskiem a Studennem przed maskę wyskoczył nam dorodny jeleń z pięknym porożem i pomimo sezonu polowań Wojtek dał po hamulcach, i byczek uszedł z życiem. Obaj wykazali się refleksem.
Po powrocie zobaczyłem, że nie ma jeszcze moich warszawskich kolegów. Wojtek 1121 zaprosił nas do siebie na pożegnalną kolację. Przyszedł też towarzysz Prezydent z Ojcem Prowadzącym. Usiedliśmy na ławce przed domkiem i robiliśmy wszystko, żeby Ojciec Prowadzący został Ojcem Sprowadzanym, a po zapadnięciu zmroku przenieśliśmy się do środka i kontynuowaliśmy nasz proceder. Było bardzo wesoło, aż nie chciało się myśleć o tym, że jutro Wojtek 1121 wsadzi nas w swojego nissana i powiezie do Warszawy.
Zazdrość jest uczuciem podłym i niskim, ale mi nie obcym. Zazdrościłem kolegom tego, że jeszcze mogą zostać. I pewnie gdyby nie panna J. został bym. Wtedy biedny Sabinek nie musiał by jechać w klatce. Jak się później dowiedziałem, Ojciec Prowadzący nie mógł sobie z Kazia kotem poradzić.
Czyżby umoralniał go Radiomaryjnie i kot tego nie mógł znieść?
Piskal, dzięki za opisanie pobytu w Sękowcu. Napisałeś tak, że czytając pamiętnik wracam pamięcią do tamtych chwil i jestem wzruszony...
Dzięki Andrzeju, bardzo ładna recenzja, upewnia mnie, że to , że pisałem ten pamiętnik miało sens. Przed nami jeszcze tylko jeden rozdział :-(
Już nie mogę doczekać się wiosny...
Rozdział XVI
O dziewiątej rano zeszliśmy do samochodu Wojtka 1121, zebrał się komitet pożegnalny w składzie: Basia, Ula, Stały Bywalec, Ojciec Prowadzący, Paweł i Darek. Kilka żartów na drogę, buziaki z paniami i miśki z panami, i w drogę. Czułem się nieswojo, dwa tygodnie, a jednak za mało. Pojechaliśmy z Wojtkiem najpierw w stronę Rajskiego, po raz kolejny tą drogą. Potem na Bukowiec, Wołkowyję, Polańczyk, Średnią Wieś, wreszcie Lesko i Sanok, a z każdym kilometrem, z każdą chwilą oddalaliśmy się od ukochanych Bieszczadów.
Wojtek prowadził pewnie, miał dobrą średnią, gnaliśmy więc bez większych komplikacji. Po drodze wyglądałem sarenek, czyli młodych dziewcząt, na których można by na chwilę zwiesić wzrok.
Wojtek co chwilę pytał:
-To sarenka? Czy łania? A ta?-Bardzo mu się to porównanie spodobało.- A tamta?-pytał wykazując na jakąś starszą babkę.
-To klempa- odpowiadałem, nie rozumiejąc, dlaczego nazwa samicy sympatycznego skądinąd zwierza przybrała tak pejoratywne znaczenie.
Wreszcie gdzieś, chyba w Brzozowie, Wojtek pokazał niewiastę wyjątkowo rozlazłą i brzydką. „Ja wiem, że nie ma brzydkich kobiet, tylko wina czasem brak” (Shakin Dudi).
-A ta, to co, sarenka, czy klempa?
-To klempa podręcznikowa- odrzekłem, wprawiając Wojtka w wyjątkowo dobry humor.
I tak jechaliśmy do Warszawy rozmawiając o sarenkach, Bieszczadach, geocache'ach, elektronice. Bez zbędnych przerw i postojów. Rzeszów, Tarnobrzeg, Sandomierz aż wreszcie zakorkowało nas w Warszawie.
Pociąg mieliśmy o piątej i gdyby nie korek bez problemu byśmy na niego zdążyli. Nic się jednak złego nie stało, bo następny był już za godzinę.
Tymczasem zamiast pociągu podjechał tramwaj. Jeno nieco szerszy. Siedzenia po dwóch stronach, widok na przestrzał, automatyczne drzwi, żadnych przedziałów. Nie posłucham więc muzyki,tak jak lubię najbardziej- stojąc na korytarzu w oknie. Trochę czytałem, trochę rozmawiałem z Wojtkiem Wędrowcem i jakoś z Bożą pomocą dojechaliśmy tramwajem do Torunia.
Toruń przywitał nas deszczem, na peronie czekała na mnie Julia a na Wojtka tata. Zapakowaliśmy się do naszego pierdziela marki Fiesta i ruszyliśmy do Toporzyska do naszej piskalówki.
W czasie, gdy ja przez dwa tygodnie bawiłem się w kłobuka, Julia w piskalówce robiła remontową rozpierduchę. Słowem się nie przyznała do tego, nikt się nie przyznał, ani moi rodzice, ani przyjaciele, którzy jej w tym szaleństwie pomagali. Tak więc gdy wszedłem do domu natychmiast zgubiłem się na naszej ogromnej przestrzeni 37 m. kw. Ściany odmalowane, na ścianach fantazyjne, acz nie nachalne kwiatki, w kuchni płytki. Zatkało mnie i długo nie mogło odetkać. Trochę tej rozpierduchy zostawiła dla mnie, ale nic to.
Szalona ta dziewczyna w ostatni piątek znowu popisała się nie lada spontanicznością. Uparła się na wyjazd do klienta, w piątek po południu uzyskała zgodę szefa a wieczorem jechaliśmy wyładowanym po dach alkoholem (!) piętnastoletnim naszym pierdzielem do... Bielska- Białej, mało tego, pojechaliśmy do Cieszyna w zasadzie tylko po to, aby w Czechach zjeść obiad (smażeny syr, brambory a tatarska omacka), aby następnego dnia ot, tak, zajechać do Krakowa, by zostawić trzy małe skrzyneczki (też z wódką) robiąc dodatkowo prawie 200 km ekstra. I pomysleć, że ta dziewczyna ma prawo jazdy zaledwie od pół roku.
Wtedy, w Czeskim Cieszynie , słysząc polski język, dosiadł się do nas starszy jegomość, który tam mieszka i jest aktorem Teszyńskiego Divadla. Ryszard Malinowski. Grał m.in. w spektaklu „ Teszyńske niebo, cieszyńskie nebe” z piosenkami Nohavicy (http://www.youtube.com/watch?v=MvGmD8ckGS8), ale o tym wyjeździe napiszę inny razem.
Jednak, dzięki szalonej mojej Julii, raz jeszcze w tym roku mogłem być w górach...
***
Dziękuję wszystkim, którzy pojawili się w moim pamiętniku za wspaniałe towarzystwo. Dodatkowo Stałemu Bywalcowi i Wojtkowi1121za darmową podwózkę, Ojcu Prowadzącemu za zapałki (on już wie, o co chodzi), ,Pastorowi za zaproszenie, z pewnością z niego skorzystam, gdy będę dłużej w Krakowie niż pół godziny oraz Basi, za całe serce i specjalne traktowanie nie tylko podczas tego pobytu.
No i wam wszystkim, którzy przebrnęli, z trudem, bo z trudem, przez ten pamiętnik.
Ach, kiedy będę mógł napisać następny...
Oby jak najszybciej. Dziękuję.
Zdobywcy... następnym razem proponuje zamienić samochody na amfibie. Bez problemu poradzą sobie z Sanem. Po rezerwatach najlepiej poruszać się tego rodzaju pojazdami. Nie ma problemów z ew. przeszkodami... nie zatrzymają Was żadne skały, drzewa... nie trzeba będzie zawracać... Poligon działań też proponuję rozszerzyć... jest jeszcze parę miejsc w Bieszczadach, które można zdobyć tak jak jeszcze nikt ich nie zdobywał.
pzd->kamil