Rozdział XIII
Jakoś nie mogę ruszyć z tym rozdziałem. I chyba wiem dlaczego. Bo to rozdział XIII. W dodatku piątek. Piątek 25 września.
Andrzej 627 dzisiaj wyjeżdża z Sękowca, a jutro w ogóle z Bieszczadów. My jedziemy z nim do Wetliny. My, czyli Wojtek Myśliwiec i ja. Z Wetliny będziemy wracać via przełęcz Orłowicza do Sękowca a najważniejszym powodem tego, że jedziemy z Andrzejem, to chęć pożegnania się z Magdą, jego osobistą małżonką, która rezyduje w Wetlinie w willi Łuka.
Zanim zajedziemy na Manhattan,w Górnej Wetlince kupujemy bieszczadzkie sery. Magda już z balkonu nas wita, uśmiechnięta, zadowolona, machając ku nam zaprasza na górę. Miałem mieć dla niej niespodziankę- jej ulubione placki ziemniaczane po piskalsku. Niestety, gdy wczoraj byliśmy w Lutowiskach nie pomyślałem, żeby kupić ziemniaki. A raczej byłem przekonany, że jeszcze są. Rozmawiam z Andrzejem, że jeśli rano pojedzie do Zatwarnicy i je kupi, to przed naszym wyjazdem zdążę jeszcze zrobić placki. Ale on miał przecież moc pakowania. Namiot,który umie robić wszystko, buty do przechodzenia przez San i wiele innych, równie ważnych rzeczy. Na szczęście Magdzie tak się spodobało w Bieszczadach, aż obiecała, że na pewno jeszcze przyjedzie. Będę więc miał szansę żeby się zrehabilitować.
Tymczasem nie chcę nas wypuścić, przekupuje nas francuskim piwem. Gawędzimy miło.Czuć między nami nić serdeczności i porozumienia. Wreszcie ruszamy w willi Łuka, Andrzej z Madzią jadą do Wołosatego na przejażdżkę bryczką, nas wyrzucają pod sklepem. Zanim zrobiliśmy zaopatrzenie spotykamy się ponownie. W dodatku spotykamy też Jurka i Wojtka, szkolną brać Andrzeja. Żegnamy się po raz trzeci i wreszcie ruszany na szlak.
Jeszcze przed punktem kasowym znajduję kanie. Potem już tylko ludzie. Wątpliwy urok podchodzenia na Wetlińską. Nie przepadam, a wręcz nie lubię tłumu na szlaku. Na przełęczy Orłowicza jeszcze gorzej, dzieciarnia, jakaś wycieczka szkolna, hałas, jazgot, wrzask i jeszcze kilka innych synonimów, w dodatku wieje jak cholera. Widząc, że szkolna wycieczka rusza na Smerek ja rezygnuję. Wojtek ma ochotę iść. Oddaję mu polarową bluzę, żeby go za bardzo nie przewiało a sam udaję się w dół do nowo postawionej wiaty. Wiata rzeczywiście bardzo ładna, poczekałem na Wojtka i do Suchych Rzek ruszyliśmy już razem.
Po Ostoi zostało tylko wspomnienie, już nawet nie ma zeszłorocznego złomu. Zrobiliśmy sobie tam piwny postój aż tu na raz słyszymy odgłos samochodu. To Wojtek 1121 z Bernadettą i Pastorem znając nasze dzisiejsze plany wyjechali nam na przeciw. Skorzystaliśmy więc z podwózki i już nie per pedes udaliśmy się do Sękowca.
A tam niespodzianka- okazuje się, że przyjeżdżają znowu do nas Tarnina , Manio, gitara i Dziadek-ich przyjaciel. Całą czwórkę zapraszam do domku nr 1


Odpowiedz z cytatem