Tak myślałem, że to ten plac. Wlazłem nawet na stertę ściętych drzew i chyba to ta kępa drzew po prawej od placu to ten cmentarzyk?
Wersja do druku
Tak myślałem, że to ten plac. Wlazłem nawet na stertę ściętych drzew i chyba to ta kępa drzew po prawej od placu to ten cmentarzyk?
Zdjecia nie znalazłem, ale masz rację. Mam tylko zdjęcia cmentarza i tego drzewa... Drzewo jest zaj.. urocze.
Pozdrawiam
Cmentarz w Buku tak jak mówił Bertrand za współczesnym majdanem.
Cd… 16 lipiec 2009, czwartek
Zawój, okazała murowana wiata przed wejściem na ścieżkę widokową zrobioną przez Nadleśnictwo Wetlina. Cmentarzyk zarośnięty i chyba ciężko go odnaleźć?
Niestety ścieżka widokowa mocno zaniedbana i zbyt często nie jest odwiedzana. Pochodziłem trochę po Zawoju, szukałem resztek młyna, ale chaszcze zbyt mocno go zakryły. Chyba przez to, że były ciemne burzowe chmury, to cały teren Zawoju sprawiał trochę straszne, ponure i niesamowite wrażenie. Można dostrzec jeszcze zarośnięty kanał do młyna, bo ówczesny młynarz wpadł na pomysł i nie postawił koła młyńskiego przy Wetlinie a wykopał kanał i trochę ściął zakole co pozwoliło mu oddalić młyn od rzeki i uzyskać większą siłę wody.
Wszędzie dość wilgotno, zarośnięty punkt widokowy, na dole podgniłe ławeczki, ścieżka przez chaszcze nad Wetliną zalana i zarośnięta na 2 metry. Zdradzę, że chodząc widziałem całe place prawdziwków.
Po wyjściu siadam koło wiaty i po chwilce odpoczynku idę w stronę pierwszego mostu. Droga w pewnym momencie się podnosi i rzeka Wetlina coraz bardziej zostaje w dole. W kulminacyjnym momencie jest na nią wspaniały widok z góry.
Most, przez który dalej można dojść do Rajskiego, osiągam o godzinie 16. Tutaj znowu robię sobie mały odpoczynek.
Link: http://www.bieszczady.net.pl/zawoj.php
Cdn…
Cd… 16 lipiec 2009, czwartek
Idę i podziwiam podmokłe łąki Łuhu, piękne rozległe widoki. Burza się cofnęła i mnie ominęła albo nie doszła. Mijam ogrodzoną lipę drobnolistną. Szukam teraz cmentarzyka w Łuhu. Typuję 2 miejsca… pierwsze po przejrzeniu lornetką odpada, czyli to następne musi być. Droga zrywkowa w prawo, od niej w prawą stronę jakaś nikła droga przez cherlawy strumyczek i odbijam w lewo na wzgórze. Tu jest już mokro i mocno zarośnięte. Przedzieram się przez trawę po pas w stronę wzgórka i widzę ogrodzenie. Przed samym ogrodzeniem ogromne stare drzewo już zjedzone prawie przez mech a na nim pełzający padalec, który na mój widok chciał się schować w dziurkę w pniu i… chyba była za płytka bo został do połowy odkryty. Tak mu też zrobiłem zdjęcie (pokazałem w innym wątku). Bez maczety ciężko wejść na cmentarzyk, krzaki, gęsta trawa, wilgoć. Odpuszczam szukanie pozostałości. Ile takich cmentarzyków można pokazać dla ludzi, trochę je odrestaurować?
Kieruję się teraz na bród na Wetlinie by przejść do schroniska. Dochodzę do rzeki a tu… woda z ulewy „gdzieś tam”, dotarła tutaj. Podniósł się znacznie poziom wody, mocno zamulił i przyśpieszył nurt. A przecież będąc na wcześniejszym mostku wszystko było OK. Naocznie widzę zmieniające się warunki hydrologiczne.
Postanawiam dalej iść drogą a przed mostkiem podejmę decyzję czy iść do Jaworca.
Mijam załadunek drewna i „monstruma” i nie idę do schroniska. O godzinie 18 docieram do przystanku PKS w Kalnicy. 9 godzinny spacerek po w miarę płaskim terenie i według Oregona przeszedłem 21,3 km.
Linki:
http://www.bieszczady.net.pl/luh.php
http://www.cisna.pl/asp/pl_start.asp?typ=14&sub=67&menu=70&strona=1
http://www.jaworzec.eu/index.php
Cdn…
A mnie w obecnej relacji brakuje spotkań i rozmów z ludźmi.Wiem,rzadko ich spotykałes na swoich ścieżkach,ale w zeszłym roku bardzo poprawiały "krwioobieg sprawozdania"!
Do tego cmentarza powinieneś iść dalej drogą za betonową wiatę w stronę Jaworca. Po około 100-150 m/pamięć ludzka jest zawodna, więc może być ciut inaczej/ pod bardzo ostrym kątem trzeba skręcić w prawo i iść drogą/ścieżką lekko pod górę. Dojdziesz do cmentarza.
A cmentarz w Łuhu chyba zawsze zarośnięty jest...
Pozdrawiam
Myślałem, że ten cmentarzyk przy Zawoju jest bliżej łuku zakrętu. Dzięki Bertrand za wskazówki. Jest powód by znowu kiedyś tam zajrzeć. Mają teraz Forumowicze dobre wskazówki by cmentarzyk odszukać i dać fotkę. To też jest fajne przy takim wspólnym opisywaniu na Forum. :)
... bo jest... stojąc przy schronie wystarczy popatrzeć na drugą stronę drogi... jest tam całkiem nowe ogrodzenie a obok ścieżka centralnie w górę (50 m) i dochodzisz do cmentarza. Droga Bertranda jest dobra w przypadku kiedy idziesz od Jaworca, ale wtedy na skróty można zejść tą ścieżką. Warto tam wstąpić choćby dla najgrubszej lipy szerokolistnej w Polsce. Na polanie obok altanki nazwanej na niektórych mapach "dworzyszczem" znalazłem cztery piwnice w całkiem niezłym stanie. polecam wybrać się wczesną wiosną lub późną jesienią.
17 lipiec 2009, piątek
Dziś króciutki opis. Za Bukiem na kamienistej plaży nad Solinką zrobiłem sobie dzień wolny od chodzenia. Połaziłem sobie tylko w „butach do wody” po sporym kawałku rzeki i spokojnie się opalałem. Tak łażąc po wodzie wśród kamienistego dna ujrzałem jakiś nienaturalny kolor jak na to miejsce. Po odwaleniu kilku kamieni ręką wyciągnąłem… kość. Nie jestem znawcą anatomii, więc by później chociaż zaspokoić swoją ciekawość, kość sfotografowałem (dla porównania wielkości położyłem obok zegarek). Jeśli ktoś jest znawcą tematu proszę o informację do jakiego stworzenia mogła należeć?
Nie opisuję raczej wolnego czasu, już bez wędrówek, więc dziś tylko tyle.
Jutro czeka mnie dojście od strony Smerka drogą dokąd się da, później w stronę granicy a dalej przez Jasło do Cisnej. Mam także wieczorem umówione spotkanie z Mavo w ZpC a jak nie wypali to idę na koncert Sztywny Pal Azji w Cisnej.
Cdn…
Konik, musisz jeszcze trochę poczekać na wiadomość czy dobry z Ciebie prorok. ;)
Dodam, że w piątek podskoczyłem do Prezesa Związku Zbieraczy Kitu, ale zastałem tylko jego przesympatyczną rodzinkę i trochę jak nieznajomi, a za chwilę znajomi sobie trochę pogadaliśmy. Otrzymałem cenną (!) informację o Prezesie, że u niego czas to pojęcie względne (przykład: wyskoczę tylko do Jasia na chwilkę... jak to na do Jasia na chwilkę?... przecież on w Jaśle mieszka, a to 3 godziny w jedną stronę... no właśnie ... będę za chwilkę za 7 godzin!).
Jak tam "Spisówka" ? Stoi ? Czy ktoś w niej teraz stale mieszka ?
Dobrze jeszcze pamiętam gadułę - śp. Tadzia Spisa i jego również śp. małżonkę ledwo poruszającą się przy pomocy dwóch kijów.
Obydwoje zmarli parę lat temu, on - pierwszy, ona - chyba dwa lata później.
:cry::cry::cry:
18 lipiec 2009, sobota
Znowu autobus o 8.46 i zaczynam start z przystanku PKS Smerek o godzinie 9.00. Tak jak w poprzednie dni słońce w pełni, chyba dziś jeszcze większy upał, ale w górze widać że wieje, ale na dole jednak tego nie czuć.
Skręcam zaraz przed leśniczówką w drogę, która biegnie wzdłuż strumienia Smerek i prawie równolegle do czerwonego szlaku idącego na Okrąglik. Nigdy tędy nie szedłem. Na początku ładnie wylany asfalt, po obu stronach są ładne domki, te po prawej na stoku muszą mieć przepiękny widok na Połoninę Wetlińską. Ci co tam mieszkają wybrali naprawdę piękne miejsce. Na początku drogi widzę tablicę z informacją, że tędy jest projekt na nowe przejście graniczne. Chyba przesada?!
Już po kilku krokach nabieram przekonania, że dobry wybór zrobiłem by pójść tędy. Myślę, że jeszcze lepsza opcja byłaby, gdybym schodził w dół, bo widoki jakie miałem z tyłu naprawdę były wspaniałe.
Idę spokojnie, bez pośpiechu, oglądam się, robię trochę zdjęć, obserwuję jak czmychają w bok wygrzewające się jaszczurki, widzę żmiję która też woli zejść mi z drogi. Cicho i pusto. Po 25 minutach, ku mojemu zaskoczeniu, natrafiam po lewej stronie informację o ścieżce edukacyjnej. Nie uwzględniłem jej w marszrucie, nie wiedziałem nawet, że coś takiego tutaj jest. Skręcam więc ochoczo i widzę, że KDLP Krosno urządziło tutaj przepiękny zakątek na biwak, imprezę i to nawet na sporą ilość ludzi (może KIMB?). Atrakcją jest oczko wodne z sitowiem, z przepływającym obok strumykiem i częścią „biesiadną” z zadaszonym miejscem na ognisko lub grill, z ławami i ławkami, jest nawet miejsce z wieszakami na ubranie, przygotowane są też patyczki na kiełbaski. Doprowadzono też prąd, więc można hulać w nocy. Nie trzeba iść w krzaki, bo jest nawet stosowny do tego celu przybytek ze światłem. Polecam to odwiedzić jak i przejść całą drogę do jej końca.
Cdn…
Cd… 18 lipiec 2009, sobota
Idąc dalej mijam most na potoku Smerk, i zaraz za nim pierwszy plac z retortami… dymią strasznie. Po minięciu zaczynam baczniej przyglądać się potokowi. Na niektórych mapach zaznaczano w tych miejscach z różną rozrzutnością wodospad. Potok ma tutaj przez sporą długość swojego biegu, swego rodzaju kaskady i jest tutaj bardziej bystry. Nie widziałem aż takiego uskoku by nazwać go wodospadem. Szum potoku słyszę zresztą cały czas z prawej strony . Ładna droga pod górę pnie się od samego początku wędrówki i tak będzie aż do Jasła. Po kilku minutach docieram do drugiego wypału by przy trzecim, nieczynnym, się zatrzymać. Tutaj właśnie kiedyś był przysiółek Smerku, Beskyd na kilka chałup a teraz jest pusto. Ciekawiło mnie to miejsce wcześniej a teraz mogę już ciekawość zaspokoić. Jest godzina 10.55, brak cienia a praży strasznie, więc postanawiam odpocząć trochę dalej już w cieniu na ściętych drzewach. Po odpoczynku ruszam znowu i widzę zaparkowany osobowy samochód a w bliskiej odległości odgłosy piły mechanicznej. W sobotę też praca wre. Idę coraz wyżej, wszystko cichnie, zaczynam czuć wiaterek od strony granicy i myślę sobie… taka tu cisza… taki spokój… idę od zawietrznej i… żadnego zwierzaka nie widzę. Idę dalej i za lekkim łukiem drogi… oczom własnym nie wierzę… 15 metrów ode mnie 2 przepiękne jelenie. Jeden ogromny i z ogromnym wieńcem a drugi jakby mniejszy. Spokojnie sobie skubią liście a ja spokojnie sięgam po aparat… odpalam i… brak miejsca na karcie… niemożliwe… pewno z upału styku nie ma… otwieram aparat, poprawiam kartę, ale wypadają mi baterie… ale i to nie płoszy tych jeleni dopiero na wypadnięcie baterii moje siarczyste q… m.. stawia je na równe nogi i d..a ze zdjęć. Złośliwość rzeczy martwych dała mi znać. Nie mogę odżałować, że tak blisko były i nic nie sfociłem.
Jest godzina 11.50. Droga się kończy taką jakby pętlą autobusową do zawracania. Dalej idzie w prawo wzdłuż potoczku łagodniejsza droga zrywkowa i w lewo mocno pod górę druga droga zrywkowa. Zastanawiam się którą iść. Wybieram tą którą szybciej dojdę do granicy, czyli lewą. Podejście jest mocno w górę, ale droga z sekundy na sekundę jest coraz mniej widoczna aż całkiem ginie. Patrzę na Oregona… granica blisko i idę dobrze, jeszcze bardziej ostre podejście i czuję szczyt, minutę dalej idzie w poprzek ścieżka, skręcam w prawo i widzę niebieski znak szlaku a ciutkę dalej pierwszy słupek graniczny. Jest godzina 12.20. Na szlak wyszedłem w momencie gdy ten zaczynał się wspinać ostro w górę. U szczytu robię odpoczynek by ruszyć po parunastu minutach dalej. Za jakiś czas widzę, że z prawej strony dołącza szlak czerwony . Na Okrągliku jestem o 13.10. Tutaj widzę pierwszych ludzi, dalej staje się to normą.
Cdn..
Cd… 18 lipiec 2009, sobota
Na Okrągliku zatrzymuję się tylko dla zrobienia kilku zdjęć, idę teraz na Jasło, znowu robię kilka zdjęć. Upał nie zachęca do tego by usiąść i popatrzeć dłużej. Dopiero zaraz za Worwosoką, w lesie, robię mały odpoczynek. Następny będzie przy stokówce dla odprężenia nóg z długiego zejścia. Jest 16.25, tutaj dochodzą dość głośne odgłosy z festynu Dni Cisnej. Widzę, że wyrównali szlak, bo kiedyś skręcał tutaj. Dalej szlak schodzi dość ostro w dół aż do Cisnej. Po drodze lekko zbaczam do pomnika ofiar wypadku helikoptera w roku 1993. Łapię czas na zapleczu schroniska Okrąglik, jest 16.55. Przeszedłem 16,4 km według Oregona.
W Cisnej impreza jak się patrzy, PKS za 45 minut, więc zaczynam łapać stopa. Dopiero po pół godzinie machania właściciel gospodarstwa agroturystycznego w Krzywe trochę mnie podwozi jeepem do przystanku. Tam znowu stoję i doczekałem się na autobus.
Dziś przyśpieszam bo o 19 umówiłem się z Mavo w ZpC, a chcę się po drodze jeszcze wykąpać i przebrać.
W ZpC jestem o 19.05, ale Prezesa nie ma, wcześniejsza „cenna” wskazówka karze zachować spokój. Za 20 minut mam telefon, że przecież byliśmy umówieni o 16 czy 17, ale mam czekać. Spoko więc jem obiad i gdy już go popijam drugim żywcem… Mavo się zjawia ze swoim kumplem Olkiem i odpowiednią ilością pełnych szklanek. Po sporym czasie Olka ciągną dźwięki gitary z Pod Eskulapa. Tam siedzimy do 1 w nocy (Konik, jesteś prorokiem!). A przecież oni jeszcze do Nasicznego a ja do Wetliny.
Dalszych szczegółów nie będę opisywał bo to Forum portalu turystycznego, ale zapewne jakieś echo gdzieś pójdzie. ;)
Jak ja dowiozłem całego i nie ruszonego Jacka Danielsa (nagroda od Mavo!) do Wetliny?
A jutro co?… jutro chyba trzeba będzie grafik przestawiać?
Cdn…
Pragne poinformowac ze taniec Recona na dyskotece w ZpC pamietnej soboty zrobil na mnie wrazenie:-D
Coś mi świta, że taki fakt był! :shock:
Mavo, ale już więcej nic nie ujawniaj, bo... lepiej niech mi nie świta!:oops:
No tak, Recon pewnie poczuł to, co odczuwa wielu bieszczadników, czyli "niebo gwiaździste nad sobą i poczucie wolności w sobie"*. I go poniosło. W Bieszczadzie jest coś takiego, przez co człowiekowi dusza w górę ulatuje, a uzewnętrznia się to na różne sposoby. Np. Vm 2301 gdzie indziej napisał, że
**
I wyjaśnia dlaczego:
Nie kryguj się więc Recon, naprawdę nie ma czym. Ja też mam ochotę odtańczyć taniec szczęścia za każdym razem, gdy wjeżdżam w to magiczne miejsce.
* I. Kant lekko sparafrazowany
** Cytat z Vm2301 dosłowny, trochę drastyczny ale dobrze oddający stan ducha.
19 lipiec 2009, niedziela
Poranek niedzielny przedłużam w łóżku do godziny 10. Hmmmm… jakoś spać mi się chciało. Zmieniam plany na bardziej przyjazne dla mnie dniu dzisiejszym. Za oknem pochmurno i zanosi się na deszcz, tak jakby przyroda wyczuwała, że dziś potrzebuje wilgoci trochę ;)
Około 11 ruszam do Jaworca, w planie, na któryś dzień, miałem ten wypad. Chcę połazić po okolicy, dawnej wsi, poszwędać się trochę. Zawsze jak tamtędy przechodziłem nie miałem już czasu na to. Zawsze czas naglił bo było jeszcze trochę do przejścia, a Jaworzec wypadał jako punkt pośredni etapu, co najwyżej na posiłek i jakiś odpoczynek. A miejsce jak się później okazało faktycznie zasługuje na większą uwagę.
Pierwsze kroki daję na cmentarzyk, później do krzyża pańszczyźnianego, następnie na bród by oczyma wyobraźni powspominać ile razy tędy przechodziłem. Pamiętam jak pewnego razu idąc z Terki zielonym szlakiem do Krysowej, następnie czarnym do Jaworca cały czas miałem potworny deszcz. Dopiero co dochodząc do schroniska ustał i zaczęło wychodzić słońce. Buty były całe mokre, zresztą prawie cały byłem mokry i w błocie, stanąłem wtedy, po jakimś odpoczynku w schronisku, na tym brzegu i debatowałem… iść do mostku, bo woda była dość spora a i nurt też niczego sobie, czy jednak zaoszczędzić trochę czasu. Miałem jeszcze do zrobienia powrót przez Pohulankę i Polanki do Terki, więc dylemat był. Z jednej strony strach przed tą wodą, a z drugiej oszczędność drogi. Ta druga opcja zwyciężyła! Buty poszły na szyję, spodnie na plecak i zaczęła się walka z rzeką. Gdybym miał wiedzę co mnie czeka, jak głęboko faktycznie było wtedy i jak silnie płynęła Wetlina to bym jednak poszedł naokoło. Woda wtedy sięgała mi do… no powiem wprost, po wyjściu majtki były mokre… z wody…. z wody, chociaż woda nie miała krystalicznego koloru wtedy!!!!
Wspomnienia z brzegu przerwałem i poszedłem pochodzić po trawach i jakiś drogach zrywkowych. Polecam jedną prowadzącą od krzyża w górę do lasu. Ależ tam na skraju lasu było malin, poziomek, a jak pachnie łąka ziołami (z dzikiej mięty aż nie chciało mi się wychodzić), uruchamia się znowu wyobraźnia jak mieszkali tutaj kiedyś ludzie. Po ponad dwóch godzinach szwędania się zaczęło padać, najpierw drobnie a później zaczęła się istna ulewa. To pierwszy deszcz jaki mam w Bieszczadach od początku przyjazdu. Zbieram się do powrotu. Nie wchodzę do schroniska. Dochodząc do mostku ulewa jest porządna. Dobra pora coś zjeść więc wybieram na dziś Oberżę Biesisko w Przysłupiu. Na przystawkę biorę rydze bo nigdy mi się nie udało ich jeść. Od kilku lat zaczynają rosnąć w lasach, kiedyś nigdy nie udało mi się nawet je znaleźć. Co jadłem więcej to nie powiem by nie robić Wam smaku ;) Lokal fajny, polecam.
Mimo, że po okolicach Jaworca dreptałem, ale i sporo przystawałem to i tak na Oregonie wyszło 4,7 km na nogi. Deszcz tego dnia lał cały dzień.
Na dziś styknie, jutro zdradzam Bieszczady i robię skok w bok ;). Ten skok w bok to moja przepiękna dolinka, mam ją w głowie cały czas i muszę co jakiś czas do niej wrócić. Bieszczady musicie mi to wybaczyć!
Linki:
http://www.twojebieszczady.pl/dawne/jaworzec.php
http://www.bieszczady.net.pl/jaworzec.php
http://www.biesy.friko.pl/doliny/jaworzec.htm
http://wwhttp://www.panoramio.com/user/2029580/tags/JAWORZEC&comments_page=1&photos_page=1
w.digitalphoto.pl/zdjecia/1315/
http://www.biesisko.com/
Cdn…
20 lipiec 2009, poniedziałek
Dziś skok w bok w Beskid Niski, ale ten w bliskim sąsiedztwie Bieszczad. Strasznie dawno tam nie byłem a dolinkę mam jakby cały czas przed oczyma. Wracam do niej bo jest naprawdę piękna.
Ruszam z Woli Niżnej, jest godzina 9 rano i słonko ochoczo zaczyna świecić a dzień zapowiada się słoneczny i dobrze bo… dziś na plecaku mam kocyk. Spacerek, patrzenie na wszystko co się da, byczenie się na trawie i powrót.
Doradzali mi bym dalej zaczynał, ale ja mam wspomnienia z wędrówek od początku drogi z Woli Niżnej i tak chciałem zostawić. Swoista retrospekcja i o dziwo idąc wiele sobie przypominałem i wiele jakbym pierwszy raz widział. Czyli dobrze, że idę znowu. Idealna droga na spacer rodzinny z lornetką, z wiadomościami historycznymi, z legendami, z atlasem ornitologicznym itp. Po przygotowaniu jakimś tam można rodzinie lub tylko dzieciakom sporo naopowiadać i pokazać, a wszystko tutaj jest w zasięgu wzroku. Bo o chciwych kupcach można poopowiadać, o dawnych mieszkańcach, wierze na tych ziemiach, bitwach, napaściach, obronie, kurierach, PRL-u, PGR-ach, milicjantach i policjantach, strażakach, leśnikach, pracownikach leśnych, rabusiach i cwaniakach, zwierzętach. Spacer jeśli zaplanowany w ładną pogodę i na cały dzień jest super. Już zupełna rewelka, to na polu biwakowym spędzić noc i rano gdy jeszcze słoneczko nie wzejdzie podpatrzeć co tutaj się dzieje, jak wstają mgły, jak słońce. Ojcowie… tutaj macie pełne pole do popisu, tylko wcześniej zdobądźcie trochę wiedzy by błysnąć. J
To tytułem wstępu. Ostatnie zabudowania Woli Niżnej, bo jest niżej, zostawiam i już idę otwartą przestrzenią. Można przy leśniczówce zostawić samochód, dla grzeczności wcześniej spytawszy się o zgodę.
Idąc dalej trzeba się bacznie rozglądać by nie minąć jakiegoś krzyża na poboczu drogi, a warto nim się przyjrzeć by zobaczyć co im ubyło, jak ewentualnie naprawiono, co próbowano zrobić ( w jednym widziałem próbę dostania się, nie wiem czy udaną, by „pod” chyba znaleźć jakieś skarby, a jest pusta przestrzeń), co jest na nich napisane. Po co gnać do przodu? Lepiej oglądać i więcej widzieć.
Docieram do Woli Wyżnej, bo wyżej, i widzę trochę odnowione już 2 domy mieszkalne. Coś się byt poprawił? Odpowiedź będę znał w drodze powrotnej.
Kiedyś mijając te domy widziałem ludzi siedzących przed tymi domami z wzrokiem gdzieś w nicości utkwionym, było to wtedy przerażające dla mnie, chciałem wtedy jak najszybciej minąć wioskę. Dziś tego nie było, czyżby los się trochę odmienił, czyżby była praca, czyżby…?
Nadal straszą pozostałości i kikuty PRL-owskiej świetności wioski, ale już nie ma tych oczu ludzi bez przyszłości.
Dalej trochę lasu, kiedy tak przez niego idę czuję potrzebę odwrócenia głowy i … widzę straszliwie zabiedzonego i zaniedbanego człowieka za sobą, lekko zwalniam ale też i dyskretnie, tak przy okazji patrzenia w bok, patrzę za siebie i widzę że dystans się między nami zmniejsza. Widzę jego twarz, ale nie na tyle jest ta odległość bezpośrednia by już powiedzieć dzień dobry. Za minutę znowu dyskretnie zerkam do tyłu i… człowieka nie ma. Już go nie spotkałem.
Idąc terenem zalesionym trzeba też mieć oczy naokoło, bo też są krzyże, może nawet te najciekawsze.
Cdn…
Cd… 20 lipiec 2009, poniedziałek
Mijam pracujących pracowników leśnych i ich przeprawę traktorem przez potworne błoto przed strumieniem. Zatrzymuję się i patrzę czy maszyna się nie zakopie. Pojechali jednak. Tuż dalej piękna kolumna z krzyżem. Las się kończy i zaczyna się przestrzeń dolinki. I znowu cokół z napisem 1905, ale już bez krzyża, został tylko blaszany hełm.
Trochę dalej po prawej stronie zarośnięty zbiornik wodny na którym pływają dzikie kaczki. W pobliżu żeliwny krzyż na cokole i druga część zbiornika.
Idąc dalej, urokliwie drogę przecina strumyk, jest też obok do przechodzenia mostek, gdyby woda była wyższa, ja jednak przechodzę po brodzie. Są nawet małe pstrągi w tym strumieniu.
Droga zakręca teraz w lewo, ja razem z nią, szlak niebieski odchodzi w prawo. Kiedyś coś z tymi szlakami było tutaj inaczej. (?) Wchodzę w mały lasek i po lewej stronie zaczynam szukać cmentarzyka, nawet wchodzę na górkę, to jednak nie tu… jest troszkę dalej… po prawej stronie strome zbocze i rozlewisko zrobione przez bobry.
Cdn…
Cd… 20 lipiec 2009, poniedziałek
Obserwuję to rozlewisko i tak naprawdę to nie widzę bytności bobrów, swoje tamy musiały gdzieś dalej porobić.
Wchodzę na wzgórek, po lewej stronie, z wianuszkiem drzew i od razu widać, że to cmentarzyk w Jasielu, ogrodzony dwużerdziowym płotkiem. W jego oddzielnej pierwszej części znajduje się 70 mogił zbiorowych żołnierzy radzieckich z obeliskiem z gwiazdą pięcioramienną i datą „1944 rok”.
W drugiej części cmentarza pod płotem dwa krzyże obok siebie, drewniany i metalowy z kamieniem na którym układane są znicze. W głębi zarośniętego pokrzywami cmentarza widać cokół ale już pozbawiony krzyża, zapewne był tam z figurą. Wybierający ten teren na miejsce wiecznego spoczynku kierowali się zapewne urokiem miejsca i spokojem. Może kiedyś zostanie odnowiony?
Idąc dalej znowu są 2 cokoły, ale też bez krzyży. Może to czyjeś wota, ale bez należnej historii. Czy gdzieś one żyją w ludziach lub jakichś nieodnalezionych księgach?
Mijam po prawej stronie, kilkadziesiąt metrów od drogi, zrujnowane ceglane zabudowania strażnicy zbudowanej po 1946 roku, było później tu schronisko PTTK a jeszcze później owczarnia. Coś nie ma szczęścia ta ziemia do czegoś trwałego.
Dalej znowu cokół z resztkami żeliwnego krzyża.
Nie opisuję historii, każdy może ją sobie znaleźć, nic nowego ja nie wniosę. Szkoda, że nigdzie nic nie znalazłem na temat tych krzyży.
Cdn…
Cd… 20 lipiec 2009, poniedziałek
Dalej to już prawie finisz etapu „tam”, jeszcze mijam pomnik poświęcony Kurierom Bieszczadzkim i można pojeść i rozłożyć kocyk na polu biwakowym. Na terenie tego pola znajduje się obelisk poświęcony pamięci poległym WOP-istom.
Po 2,5 godzinnym „leżakowaniu” czas na etap „z powrotem”
Cdn…
Przepraszam za wtrącenie się w opowieść,ale...Na pierwszym zdjęciu jest z prawej strony pomnika drzewo a na nim maleńka kapliczka.Wiem KTO je wiesza(taką ma pasję-robi je i umieszcza w przeróżnych miejscach).To ciekawa sprawa(także historia naszego"poznania",bo osobiscie się nie spotkaliśmy).Może kiedyś o tym opowiem????
O to, to!
Bardzo ładnie, zgodnie z rzuconym mym czarem wieczornym wprost z okna shoutbox'a pogoda miała być łaskawa dla Ciebie i kupców...i taka była 8)
Czekałem na efekt i oto się doczekałem...
Miło obejrzeć to samo okiem innego człowieka upatrzone.
Nieco ponad miesiąc przed Toba widokowy czar mnie nie objął, podano za to klimat samotnej wędrówki poprzez mglistą ciszę...
Tym wtrąceniem paszczur podziękował za fotopowieść i zaszył się w tło czekając na dalszy ciąg.
pozdr,
Cd… 20 lipiec 2009, poniedziałek
Wracam tą samą drogą, widzę w jakiś odstępach 3 rodzinki idące spokojnie na spacer. Tam na polu biwakowym wpadł 1 pieszy i 1 rowerowy turysta i to koniec z bracią „po fachu”. Spokojnie więc było. Wracając spotykam tuż przed Wolą Wyżną parę staruszków… dzień dobry…. dzień dobry… pan się odzywa… już po pracy? Ja… że z wędrówki… żona daje mu kuksańca, że ja nie leśnik. ;) Zatrzymuję się i z 15 minut rozmawiamy co oni tu robią?.... ano są z Bochni, kupili tutaj w latach dziewięćdziesiątych na aukcji mieszkanie od Agencji Mienia Rolnego w jednym z budynków stojących we wsi. Jak tylko się ciepło robi oni tu przyjeżdżają i wyjeżdżają gdy zimno zaczyna doskwierać. Mieszkanie 70 m2 kupili za ówczesną wartość malucha. Cały dom tak został sprzedany i chyba część drugiego. Pod domami faktycznie całkiem niezłe fury stoją no i dlatego już nie ma tych oczu zapatrzonych w nicość.
Grzmi całkiem blisko, ale chmury raczej się oddalają, kiedy wracam to raczej wprost uciekają by na pożegnanie ze mną gdzieś za Wolą Michową pokazać mi całkiem blisko wyskakującą tęczę. Wcześniej jeszcze odwiedzam kapliczkę i źródełko w Radoszycach. I tyle na dziś. Przeszedłem dziś 15,5 km.
Jutro Słowacja i to wędrówka na 2 dni. Ale na relację trochę poczekacie, bo moja firma mnie na szkolenie na 4 dni wysyła.
Cdn…
Zostawiłem sobie na powrót i... przeszedłem (bliskość burzy mnie rozproszyła), a gdy sobie przypomniałem to już nie chciało mi się wracać.
Ale do tej dolinki jeszcze wrócę i oby nie raz i nie dwa. Jej "magia" przyciąga.
21 lipiec 2009, wtorek
O godzinie 9.20 wyruszam z Łuki. W plecaku woda, suchy prowiant (bułki, kabanosy, suszona wołowina, batony), niewiele jak na dwa dni. Jak się później okazało to całkowicie starczyło. Nie mam na Słowacji nic załatwionego do spania, nie mam karimaty, ani śpiwora, ani namiotu. Mam przeświadczenie, że uda się coś „załatwić”. Mam adresy i telefony do różnych noclegowni, ale bez rezerwacji. Nie jest to całkowicie według mnie prawidłowa logistyka, ale obawiałem się, że jak nic nie zaklepię to może mi to wstrzymać wypad.
Idę żółtym na Jawornik, upał od razu daje popalić a dochodzi jeszcze parowanie w lesie. Ciężko mi się idzie, ciężko oddycha, cały czas pod górę. Na początku podejścia widać dwie inwestycje budowlane, oj i to jak widać, okazałe. Do góry idzie trochę ludzi, część jak widziałem skręci w zielony do Wetliny, reszta jak widzę później z Rabiej Skały będzie wracała, dwie osoby poszły na Krzemieniec.
Do Jawornika dochodzę o 11.05 i odpoczywam wśród jagód przez 10 minut. Do granicy docieram o 13.15, jest sporo Słowaków i trochę naszych. Ja się nie zatrzymuję i za 15 minut docieram do platformy widokowej (wiem…. wiem o geokachu!, ale nie szukam), silnie wieje na górze i dobrze, przynajmniej wilgoć z koszulki wywieje. Z Łuki tu zajęło mi 4 godziny i 25 minut. Spokojnie idę, nie muszę się śpieszyć. Odpoczywam, jem, piję, robię trochę zdjęć. Widoki fantastyczne i dziwne uczucie, że się idzie na Słowację. O godzinie 13.55 podnoszę dupsko i ruszam skąd przyszedłem, ale tylko do żółtego słowackiego szlaku, dalej nim zejdę do Novej Sedlicy.
Cdn…
I jeszcze trochę zdjęć...
Cd… 21 lipiec 2009, wtorek
Zaczynam schodzić z Rabiej Skały w dół. Zejście jest niesamowite, niespotykane po Polskiej stronie Bieszczad. Szlak i ścieżka wije się trawersem po zboczu… w lewo… w prawo… w lewo… w prawo… liczę i się gubię w liczeniu. To „zejście 100 zakrętów” (zakaz dla hardcorr`owców by nie skracali ścinając) i fantastycznie długi wodospad, słychać go z daleka. Podoba mi się ten szlak. O godzinie 15.10 (do Yumy) wychodzę na drogę. A 20 minut później Słowacy coś kombinują chyba dla turystów, stoi całkiem, całkiem fajny domek. Obok stoi słupek z opisem i strzałkami szlaku (czeski film… stałem i…. rozwiązałem zagadkę o co im chodziło, ale trzeba było trochę pokombinować).
I teraz uwaga (!!!!!), Ci co będą szli koniecznie muszą skręcić w boczną drogę w lewo (szlak idzie dalej prosto!!!). Mały kawałek dalej jest urokliwe jeziorko zrobione ludzką ręką wykorzystując mocne spady potoku. Warto wejść na małe molo i zobaczyć jak odbywa się retencja wody, jej dalszy odpływ do studni i podziemnym kanałem dalej w dół. Jak się nacieszymy widokiem wracamy znowu na żółty szlak idący drogą leśną. Głęboki wąwóz którym płynie Zbojsky potok ciągnie się dłuższy czas, a sam potok będzie nam towarzyszył aż do Novej Sedlicy.
Cdn…
Cd… 21 lipiec 2009, wtorek
Jeszcze mi nie uleciało piękno miejsca a już 15 minut dalej… ogromny, pusty plac po składzie drewna i chyba największy czynny ul świata, na kilka a może kilkanaście rojów. Pszczółki wpadają do niego i wypadają czyli znaczy się nie jest to atrapa. Ciut dalej stoi wysoka na 710 cm drewniana Miodowa Baba. Historię jej poczytajcie sobie z załączonego zdjęcia. Bo nie jest to tylko taka sobie baba wystrugana i ociosana, ona jest ku pamięci prawdziwej Miodowej Baby.
Jest w pobliżu stoliczek i ławeczka więc robię sobie 30 minutowy popas.
Cdn…
Cd… 21 lipiec 2009, wtorek
Mijam po prawej stronie jakiś cudaczny, niezamieszkały chyba domek. Bramę Parku osiągam o 16.50, a 20 minut dalej zarośnięte pole biwakowe, oglądam dziwne pryzmy z gałęzi (u nas takich nie stawiają ludzie od cięcia drzew), ciut dalej dołącza następny szlak słowacki a o godzinie 17.20 docieram do betonowego mostu . Może tu wrócę, bo tam niby dalej są 2 schroniska turystyczne. Eeeeee tam, powiem od razu… gówno prawda, nie ma żadnych, ale tę wiedzę nabyłem dopiero w ciągu 2 następnych godzin kiedy zwiedzałem Novą Sedlicę i szukałem noclegu.
Tak dotarłem do tego miasteczka. Schodząc z Rabiej Skały minąłem się z 4 osobową rodzinką słowacką i to wszyscy turyści. Teraz zwiedzanie i szukanie spania.
Cdn…
Cd… 21 lipiec 2009, wtorek
Przeszedłem Novą Sedlicę wzdłuż i wszerz chyba 3 razy, raz dla zwiedzenia (nie ma nic nadzwyczajnego do zobaczenia), a dwa na poszukiwanie spania. Pierwsze kroki skierowałem do pensjonatu „Kremenec”, znajdującego się w samym centrum miasteczka/wsi, ale tam od razu pokazano mi, że wszystko zajęte i … tak właściwie, to nigdzie nie znajdę noclegu! Na próby udowodnienia… istnienia 2 schronisk turystycznych, bo przecież opisy w Internecie,… bo na mapie,… bo przecież mieszkają tu ludzi i chcą zarobić wskazano, … usłyszałem, coś za mostem jest, można tam spróbować. Za mostem jest jakaś placówka związana instytucjonalnie z Narodowym Parkiem Połoniny, ładny budynek, za budynkiem ludzie sobie grillują, ale otrzymuję informację, że nie są tutaj gospodarzami, że oni tutaj wczasują. Skumałem od razu, że po znajomości i widać było, że niezręcznie było im o tym rozmawiać. Jeden z panów poradził iść do miasteczka Zboj. Nie poddawałem się i wtedy dopiero, a było już sporo po 18, zaczęło mi świtać spanie na przystanku PKS (słowackim). Każdy napotkany człowiek, każdy dom z jakąś tam tabliczką urzędową (min. Ośrodek Pomocy Społecznej) był nagabywany o spanie, ba… argumenty w postaci walorów pieniężnych nie robiły jakiegokolwiek wrażenia i nie widziałem nawet błysku oka. Musiałem zmienić taktykę i zacząć obserwować ludzi, a byli rzadkością, tak by wytypowany był wart zaczepienia i to w odpowiedniej sytuacji i by mnie nie zbył. Kilka osób odpuściłem i … wreszcie po około 5 minutowej rozmowie kobieta podała mi adres pod którym miałem spróbować. To już był połowiczny sukces, teraz tej szansy już nie mogłem zaprzepaścić. Idę pod ten adres, ale zbliżając się nie widzę numeru. Zatrzymuję się rozglądam a tu podchodzi do mnie staruszka z małym smykiem na rowerku i mówi, że… ona wie czemu się rozglądam, bo ten mały smyk został wysłany przez matkę z informacją, że idą do niej polscy turyści.
Były dwie opcje spania, w domu głównym lub za domem w takim „mini” domku. W tym „mini” nie było wody więc cena za pokój była 12 €, w głównym z wodą było 15 €. Zaproszony poszedłem na prezentację… i bezsprzecznie wybrałem w domu głównym. Jest tam spanie na 2 osoby, w tym „mini” można spać w 3. Pani pokazała mi, jak ma czysto, że pościel zmieni na krochmaloną, gdzie jest prysznic i nawet zaoferowała ręcznik (miałem przezornie mały ręczniczek i wszelkie przybory do mycia). Jako informację podam, że wynajmując ten „mini” można też skorzystać z łazienki ale za dodatkową opłatą 3 €. Normalnie ta 74 letnia kobieta na tle innych Słowaków zaimponowała mi podejściem handlowym.
By sprawa była na 100% dogadana zapłaciłem od razu 15 €, spytałem się czy piją piwo (był jeszcze 76 letni pan)… nie, powiedziała pani, a pan tylko filuternie się uśmiechnął, co dla mnie było jednoznaczną odpowiedzią. Byłem szczęśliwy zaklepaniem spania, więc poinformowałem, że teraz pójdę do Kremenca coś zjeść i wypić i wrócę gdzieś za godzinę i zostawiam plecak i laseczkę.
Była godzina 19.40 gdy formalności zostały dopełnione. W Kremencu jest knajpka z piciem i jedzeniem. Nie chciałem nic wydziwiać i poprosiłem o knedliczki i pilsner urquell. Dla orientacji knedliczki kosztowały 2 €, a piwo 1,33 €. Na wynos jeszcze zabrałem też pilsnerki a dla pani czekoladę milkę.
Wróciłem około 21 i chyba gdzieś parę minut po 23 skończyliśmy pogaduszki. Naprawdę super ludzie… opowieści o 2 wojnie światowej i walkach w okolicy (UPA nie było u nich), o ich życiu tutaj kiedyś (kiedyś chodziliśmy do Polski kosić trawę na siano, bo tutaj nie było) i dziś, o rodzinie, o emigracji zarobkowej tutejszej ludności (kiedyś tutaj mieszkało 1250 mieszkańców, a teraz 275). Z panem były też i inne rozmowy, ale zachowam je dla siebie ;) .
I teraz najważniejsze! Spytałem się czy wobec totalnej niechęci Słowaków na dodatkową kasę mogę zareklamować (gratis!) na portalu internetowym o Bieszczadach ich adres zamieszkania i czy mogę napisać, że spokojnie do nich można pukać o nocleg?
Jest pełna zgoda, było uściśnięcie rąk i teraz z tego się wywiązuję. Podaję adres: Nova Sedlica 67 (dom bez numeru, obiecali go namalować!). Idąc od strony granicy trzeba przejść w lewo przez most i iść równoległą ulicą do tej głównej przelotowej. Dom stoi po lewej stronie tej drogi/ulicy (ostatnie zdjęcie). Możecie się na mnie powołać (taki facet w zielonych spodniach, zielonym kapeluszu i „fajną laseczką”, można przypomnieć o nocnej rozmowie i koniecznie samemu też pogadać!). Można liczyć na herbatę gratis (ja podziękowałem) rano i wieczorem.
Kładąc się spać poinformowałem, że pomiędzy 6 a 7 rano wyjdę w stronę Kremenca (Krzemieńca).
Jutro bardzo długie odejście pod Krzemieniec, dalej Rawki i koniec na Przełęczy Wyżniańskiej.
Linki:
http://groups.google.pl/group/pl.rec.gory/browse_thread/thread/d61c063ff7baabbd/00aebaceed160418? - 00aebaceed160418
http://www.regionsnina.sk/index.php?id=16&L=2
http://www.regionsnina.sk/index.php?id=58&L=2
http://www.kremenec.sk/
http://www.rawki.pl/slowacja.html
22 lipiec 2009, środa.
Pani delikatnie puka o 6.20 do pokoju i budzi, wstaję na nogi, myję się, przeglądam mapę jak trzeba iść na Krzemieniec. Nic teraz nie jem, zrobię sobie na trasie małą przerwę na pierwsze śniadanie. Jest godzina 6.55 gdy mówię do widzenia i zamykam furtkę za sobą. Zapowiada się na cały dzień piękna i upalna pogoda.
Idę czerwonym słowackim szlakiem. Najpierw drogą, by gdzieś za budynkiem NPP, ciut za drewnianym kibelkiem, skręcić w prawo i jest to skręt niezbyt widoczny, z niezbyt widoczną ścieżką w trawie. Za skrętem ścieżka wije się w górę wśród gęstych drzew. O godzinie 7.45 ścieżkę przecina obszerna droga leśna z pustym miejscem składowania drzewa. Znajduje się tutaj też drewniana wiata z drewniana ławką. Lepszego miejsca na śniadanie zapewne szybko nie będę miał, więc robię popas do godziny 8.10. Ścieżka zaczyna się obok tej ławeczki by po kilku minutach podejścia wejść na drogę leśną i teraz już tą drogą biegnącą zboczem wspinam się coraz wyżej. W miejscu gdzie szlak skręca z drogi w ścieżkę stoi zielony terenowy samochód policji, w środku nikogo nie widzę a i w dalszej części wędrówki też nie. Za to zaczynają mnie wyprzedzać słowaccy turyści, blisko chyba kilkunastoosobowa grupa… chyba jakaś zorganizowana wycieczka młodych i w średnim wieku ludzi, ale idących w odstępach. Ścieżka teraz nagle tuż za drogą zaczyna gwałtownie opadać w dół w stronę Stužickiej rieki. Przejście jej odbywam po kamieniach, ale można gdzieś bokiem przejść przez mostek. Jest godzina 9.20, robię przerwę 15 minutową. Mocno nadszarpnąłem siły wejściem i zejściem a w perspektywie ponownie muszę wdrapać się ale tym razem to już na Krzemieniec, czuję też wczorajsze chodzenie przez 10 godzin. Po odpoczynku ruszam dalej by po chwili zauważyć, że idę ścieżką, która kiedyś była torami kolejki, widać tłuczeń i mocno zniszczone podkłady, są też pozostałości po dwóch mostkach, warto na to zwrócić uwagę, bo można przegapić. Ścieżka teraz znowu się wije, czasami opada by powtórnie iść w górę. Czas jakoś zaczyna mi się dłużyć i nachodzą myśli, że chodzę dookoła góry. Gdy już widzę przecinkę leśną i słowacką informację, że jestem na granicy z Ukrainą. Cieszę się, że doszedłem na szczyt. Za wcześnie! Szlak skręca teraz w lewo i biegnie bardzo ostro w górę. Upał i zmęczenie daje znać, chcę już być przy „trzysłupie”! Mobilizacja sił fizycznych i psychicznych i o godzinie 11.40 mogę gdzieś w cieniu u zbiegu trzech granic usiąść.
Cdn…