Dla mnie tam jest wszystkiego za dużo, za szybko i zbyt jaskrawo - przekombinowane. Odbieram to jak by autor/autoray chcieli powiedzieć za dużo w tak krótkim czasie, stąd ten pośpiech i per saldo kompletnie niezrozumiały język obrazu.
Trochę to przypomina gminne gazetki sprzed jakichś 15 lat. Miał gość "w komputerze" 25 krojów czcionek, to je wszystkie musiał wsadzić na każdą stronę.
Jasne, że można, ale... po co? Co to ma odbiorcy "zrobić"?
Po kiego grzyba dzielić ekran na kawałki?
Jeśli chmury lecą raz z lewej na prawą, a natychmiast potem z prawej na lewą, to... co to ma powiedzieć?
Że się operator odwrócił? No i co z tego? Kogo, poza nim samym to obchodzi i z jakiego powodu?
To jest dokładnie tak samo jak z dzisiejszą książką podróżniczą: mało ważne gdzie byli i czego się dowiedzieli o tambylcach i ich kulturze, ale istotne, co jedli i czy im smakowało. Kompletne naśladownictwo folderków reklamowych!
I kompletne zaprzeczenie książki fiedlerowskiej.
Język dźwięku jest zupełnie od innej bajki i wręcz razi.
Mam świadomość brutalności opinii, ale... nie wystarczy raz obejrzeć jeden film Barabasza, by robić i publikować... swój.
A poza tym...
Mnie by szkoda było tyle czasu kwitnąć w jednym miejscu, by porobić te wszystkie fotki - ponoć 24 000. I wszystko to po to, by trochę pomigać nam po ekranie...?
Góry są naprawdę za piękne, by łazić po nich dla... poklasku innych.


Odpowiedz z cytatem