Dla mnie ta wędrówka rozpoczęła się w Baszni, w piątek przed wieczorem. Szynobus wypuścił mnie na wolność na maleńkiej stacyjce, dwóch panów popijających coś na trzech schodach do kolejowego budynku zignorowało moją obecność ale nie dla nich tu przyjechałem Westchnąłem w duchu (to miała być moja pierwsza dłuższa rowerowa wycieczka) i rozpędziłem rower. Na umówione miejsce spotkania dotarłem po kilkunastu minutach ale nie zastałem nikogo - przejechałem kawałeczek dalej, zawróciłem i jak wróciłem na umówione miejsce to ekipa (Wojtek Pysz oraz iaa) już się tam kręciła. We trzech ruszyliśmy na poszukiwanie drewnianej dzwonnicy.



Dzwonnica jeszcze stoi w środku lasku, otoczona całą gromadką bruśnieńskich krzyży i zapomniana przez wszystkich. Zaorano nawet ostatnią prowadzącą do niej drogę i przedzierać trzeba się miedzami i krzaczorami.



Po odwiedzeniu dzwonnicy Wojtek nas niestety opuścił (musiał wrócić na noc do domu) i we dwóch z iaa potoczyliśmy się dalej, najpierw do Horyńca do sklepu a potem na umówiony nocleg.