No proszę, już nas wieszać chcą! Ale nie budzi to mojego zdziwienia, gdyż ekipa zamiast ruszać dalej to wystawia głowy ze śpiworów, to chowa je z powrotem, to wystawia, to chowa...znaczy, że się ślimaczy! Ruszajmy więc dalej. Rada starszych ewentualnie strasznych (przynależność absolutnie nie zależy od wieku czy wyglądu, lecz status uzyskują pierwsi odważni, którzy rankiem opuszczą ciepłe śpiwory i wskoczą w skostniałe portki i trepy) postanowiła, iż pakujemy się i bez śniadanka i herbatki ruszamy na szlak a na posiłek zatrzymamy się za jakąś godzinkę na Czaszczowatej (na szczęście nie tej, którą schodzi się Pod Brzęczące Trzmiele, tylko tej stanowiącej zachodni wierzchołek Riabej Skały). Mimo, iż decyzja rady była jednomyślna to wśród reszty załogi, tej zalegającej w namiocie, nie wywołała fali entuzjazmu a nawet dało się słyszeć delikatny pomruk niezadowolenia i dezaprobaty. Rada udawała, że to pewnie słychać jęczące silniki prujących bezkres bieszczadzkiego nieba odrzutowców i trwała niewzruszenie w swoich postanowieniach. Takoż po spakowaniu gratów ruszyliśmy z kopyta na pobliską, główną kopułę Wielkiego Beskidu.
hranica15.jpg
Niestety już na tym krótkim odcinku okazało się, że nie mam szans na utrzymanie tempa grupy i na wierzchołek dotarłem z kilkuminutowym opóźnieniem. Co za złośliwość losu – to nie może boleć mnie palec u ręki, łokieć albo nawet włosy, byle nie noga, która akurat jest dość potrzebna podczas wędrówki? Ale nie – rwie skubana i rwie! Trop zostawiałem jak narciarz ze zgubioną jedną nartą – lewa stopa pozostawiała ładne odciski, natomiast prawą sunąłem w ślad za poprzedniczką wykonując podłużną rynienkę w śniegu. Na szczycie uzgodniliśmy, że grupa rwie na Czaszczowatą i tam przygotowują herbatkę a ja się jakoś dowlokę. Jak tylko znikli za zakrętem szlaku, nade mną pojawiła się para gadających kruków. Rzuciłem w ich stronę stekiem (wyzwisk), bo kamieni nie było a kijków trochę szkoda. Odgrażałem się im, że ze mną łatwo nie pójdzie, że oglądałem „Czekając na Joe” i nie zamierzam się poddać! Chyba dotarło, bo coś tam pogulgotały i poleciały dalej. Zalała mnie fala optymizmu i jako, że zauważyłem, iż po prostej i w dół całkiem nieźle sobie radzę a ciężej jest tylko pod górkę, to zacząłem planować jak tu jednak przedłużyć troszkę przejście i wymyśliłem żeby dojść do Jaworników i stąd na krechę uderzyć na Smerek. Łapiąc na szczycie oddech zaglądałem tu i tam, a to do zaspanej jeszcze Runiny
hranica16.jpg
A to na Rawkę, Krzemień i Tarnicę:
hranica17.jpg
A to na Ostrą Horę i Borżawę:
hranica18.jpg
A to łypnąłem na Gorgany:
hranica19.jpg



Odpowiedz z cytatem