I ten właśnie sposób mi najbardziej się podoba i odpowiada. Też neguję sposoby z podgotowywaniem lub nawet gotowaniem, w moją wczesną jak na razie praktykę, wpisałem też twardą zasadę zero dolewania wody. Czyli jako uczeń, ale już nie profan, w inicjacji masońskiej nalewkarzy, dzierżący w dłoni nieociosany kamień a starający się dostać ociosany (jednak do tego upłynie zapewne sporo czasu), zaczynam czerpać nauki i mądrości od mistrzów a i poprzez swoje odkrywanie dochodzę poprzez praktykę do najlepszych (czytaj najsmaczniejszych) tajemnic nalewek. Ale jak wcześniej napisałem, sporo zapewne to potrwa!
Waldek, ten od Zosi dziś zadzwonił i... nie ma już nigdzie na wsi agrestu! I to mnie uczy by na przyszłość stworzyć kalendarz nalewkarza, wtedy nie umkną mi zacne owoce do wsadu. Ot nauka przez praktykę!
Po wczorajszym wprawieniu mnie w dobry humor przez Legię, dzisiaj będzie robiona jedna nalewka z wiśni a druga, sporo mniejsza, z jeżyn. Mistrzów się spytam... czy wszystkie wiśnie mają być wydrylowane czy jakaś ich ilość ma być z pestkami a może kilka samych pestek ma być wrzuconych?... czy i ewentualnie kiedy dodać jakieś dodatki (niektórzy dodają kardamon, laski wanilii itp. cuda), chociaż intuicja podpowiada by nic nie dodawać bo smak ma być prawdziwy, no oprócz oczywistego cukru. No i sposobem " wyłącznie szkoły drugiej", jak bezwzględnie doradza mistrz don Enrico.
Ps. widzę, że już poprawili dzięki :)