-
3 załącznik(ów)
W 2000 mil dookoła Transylwanii
Prologos
Wszystko zaczęło się w zamierzchłej przeszłości, gdy pewne ruchliwe haploidalne komórki dotarły do upragnionego celu swej ziemskiej wędrówki...
...w Roku Pańskim 1972 na świat przyszedł mały Iruś, w cztery lata później ogrom ziemi ujrzała Krysia, natomiast AD 1980 po świecie zaczął wpierw pełzać, a później stąpać autor tej opowieści...
Oto bohaterowie tej bajki o górach:
1. Irek - ostatni faun zagubiony z orszaku Bachusa, gdy ten w zamierzchłej przeszłości wędrował przez dzikie lasy Transylwanii.
2. Krysia - jedna z wielu driad, oreada górska kryjąca się w rwących potokach i wędrująca w łanach krokusów, zasypiająca w kępach różowych rododendronów.
3. Skromna osoba skryby piszącego te słowa, świadka dziwów przyrody, które będą tu opisane.
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Cytat:
Zamieszczone przez
Marcin Scelina
Prologos
Wszystko zaczęło się ...
...w Roku Pańskim....
Oto bohaterowie tej bajki o górach
1. Irek - ostatni faun zagubiony.....
2. Krysia - jedna z wielu driad, oreada górska kryjąca się....
3. Skromna osoba skryby piszącego te słowa, świadka dziwów ,...
No co jest Marcinie ?;) ja już tupię nogami z niecierpliwości w oczekiwaniu na cd.
ps. ale jednocześnie rozumiem Ciebie ,musisz nadrobić "zaległości";) nieobecności w domku.
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
... na razie wiadomo, że Faun, Oreada i Skryba rodzili się w ciągu arytmetycznym...:mrgreen: (mam jednak nadzieję, że po Prologu coś jeszcze nastąpi...)
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Cytat:
Zamieszczone przez
asia999
mam jednak nadzieję, że po Prologu coś jeszcze nastąpi...
Wrzuciłem właśnie na YouTube:
Spotkanie z ekipą Irasa w Górach Rodniańskich
-
10 załącznik(ów)
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Rozdział I Wyprawa
Pomysł wyprawy w góry Rumunii pojawił się tak dawno, że nie pamiętam nawet kiedy to już było. Przykryty tysiącem bieżących spraw przypominał o sobie w czasie wycieczek po ukraińskim pograniczu, gdy gdzieś tam daleko na południu w mglistym powietrzu majaczyły szczytu Gór Marmaroskich i Rodniańskich...
Niespodziewanie późną jesienią Anno Domini 2008 zaczął on nabierać ucieleśnienia za sprawą Irka (nie wiem skąd i dlaczego) zwanego Palownikiem.
Wycieczka została zaplanowana na drugą połowę maja - czyli wspaniałą wiosenną porę, kiedy góry Karpat rozkwitają łanami szafranów i delikatnymi dzwonkami jaślinków. Wyprawa miała mieć przyrodniczy, ściślej botaniczny cel, bynajmniej w moim przypadku. Flora Karpat fascynowała mnie od czasu, gdy moje oczy zaczęły rozróżniać odbitą od wszelkiego listowia barwę światła, którą nazywamy zielenią. Jak się później okazało wycieczka zachowała przyrodniczy charakter, tylko, że z pierwszego na dalszy plan zeszły obserwacje przyrodnicze nad różnorodnością flory Karpat. Natomiast na pierwszym miejscu znalazły się obserwacje poświęcone różnorodności i bogactwu zachowań istot dość pospolitych i nieciekawych, którymi sami jesteśmy.
15 maja 2009 los zesłał mi organizację zmasowanego wywozu surowca drzewnego różnych sortymentów - tartak jodłowy i bukowy, stosówka sosnowa i bukowa, drewno energetyczne. Głowa już mi pękała od niedoboru węglowodanów i ciągłego wyliczania i odmierzania kubików celulozy w drzewnej postaci. Od strony Chryszczatej w Sukowate nadjechały dwa pojazdy. W związku z załadunkiem stosówki bukowej zostały zatrzymane. Z miłosierdzia poleciłem przerwać załadunek i przepuścić auta. Jak się okazało były to pajazdy Pastora i Wojtka. Krótkie przywitanie i odjeżdżają a ja kończę wywóz i przez Rabe mknę w stronę Huczwic. Niebo zasnuły warstwowe chmury. W zatęchłej dolinie rójkę urządziły sobie krwiopijne meszki. Poraz pierwszy na własne oczy spoglądam na współtowarzyszy wyprawy - Krysię i Irka, z którymi za kilka godzin mam wyruszyć w góry Rumunii. Klopsik próbuje przerwać senną atmosferę i wdrapuje się na dach wigwamu by zalepikować dziury. Ale i jemu kiepsko idzie, czarna smolista maź kapie i spływa po dachu, pędzel spada na ziemię...
Około drugiej nad ranem budzi mnie telefon, a w nim głos Krysi, że mijają już Baligród. Pakuję swoje toboły do bagażnika i na tylnie siedzenie. Ruszamy przez Gruszkę ku przełęczy nad Radoszycami. Nad Słowacją zaczyna świtać. Gdzieś pomiędzy wulkanicznymi stożkami Wyhorlatu pojawia się czerwone słońce. W Tokaju przekraczamy Cisę i po godzince z hakiem jesteśmy na granicy Rumunii z Węgrami.
Kraina furmanek, brogów i Dacii wita nas truskawkami, które kupujemy w przydrożnym straganie. Wymieniamy walutę i wdrapujemy się autkiem na pierwszą rumuńską przełęcz. Wszędzie rozlega się głos świerszczy. Zamglone powietrze nie pozwala na zrobienie sensownych zdjęć więc serpentynami zjeżdżamy w dolinę przez bukowe lasy. W przydrożnym zajeździe stajemy na kawę, małą kawę trójłykową i omleta z szynką i serem, bo nic innego nie daje się rozszyfrować z rumuńskiego menu. Jeszcze kawałek drogi i zajeżdżamy pod cmentarz w Sapancie - miejsce obrosłe straganową komerchą. Chwilę łazimy po cmentarzu fotografując co ciekawsze nagrobki pasterzy z owcami, rolników, pijaków, leśników i drwali. Powietrze jest ciężkie i nawet pies leży na grobie bez merdania ogonem. Irek kupuje dwie słomiane czapeczki ze wstążką w barwach rumuńskiej flagi, ja kupuje zieloną fujarę. Słońce próbuje się przebijać przez chmurne niebo i parne powietrze. Ruszamy dalej...
-
10 załącznik(ów)
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Rozdział II Pielgrzymka po Maramuresz
Przejeżdżając przez Sapantę zatrzymujemy się przy kirkucie. Kirkut jest ogrodzony. Udaje mi sie pokonać ogrodzenie bez samowytrzebienia na drucie kolczastym. Cmentarz jest wykoszony i tylko od drogi porosły drzewami - orzechami włoskimi. Irek z Krysią zadawalają się widokiem zza siatki.
Nad drogą wiszą ozdoby ze Świąt Bożonarodzeniowych (wisiały nawet jeszcze we wrześniu jak się później okazało). Ruszamy w kierunku najwyższej w Maramuresz cerkwi w Sapancie. Sama cerkiew jest nowa, dookoła trwają prace budowlane przy czymś, co najprawdopodobniej będzie jakimś klasztorem lub centrum pielgrzymkowym. Wokół kręci się kilka sióstr. Mimo nowości całość robi raczej pozytywne wrażenie.
W powietrzu wiszą chmury, z których chce spaść deszcz. Jest sennie. Jedziemy przez kolejne miejscowości w stronę Sygietu. Po lewej stronie widać Ukrainę. Początkowo staramy się zaliczyć każdą cerkiewkę, ale przy entej robi się to już odrobinę nudne. Wszędzie dookoła brogi, pierwsze pokosy suszą się na łąkach, mieszkańcy kosami koszą trawę. Łąki kwitną szałwią łąkową i zewsząd słychać odgłosy świerszczy polnych. Dojeżdżamy do Sygietu Marmaroskiego...
-
6 załącznik(ów)
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
... Przejeżdżamy przez zabytkowe centrum Sygietu kierując się do tutejszego skansenu. Płacimy za bilety i pod górę wchodzimy na teren skansenu. Tylu nor świerszczy jeszcze nie widziałem na raz. Świerszcze tłumią wszelkie odgłosy miasta. Ciepłe wzniesienie na którym położony jest skansen porosłe jest ciepłolubnumi łąkami z szałwią, szczodrzeńcem i janowcem. Pusto. Poza babcią, która grzebie w grządkach nikogo nie widać. Deszcz wisi w powietrzu. Opuszczamy skansen i wyjeżdżając z Sygietu robimy małe zakupy - kilka litrów piwa dla ochłody, kiełbasa paprykowa i dwa kilo jabłek ziemnych pyrami zwanych. Przed nami kolejne marmaroskie cerkiewki...
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Trzeba bylo zostac w skansenie na noc.
Koło kościołka jest pole biwakowe, oraz kilka domków do wynajecia, oraz wiata zlawami i stołami. Koszty sa smiesznie niskie, a mozliwość spędzenia nocy na terenie skansenu bezcenna :-)
Pięknie wyglądał rankiem kiedy jeszcze mgły się snuły tu i ówdzie.
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
cmentarz -REWELACJA !!.....
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Nocleg po tym dniu był dużo ładniejszy niż w skansenie :-P
A nie będzie na wesoło?:cry: tylko takie suche fakty?buuuu, a zaczynało się tak miło-nawet fotki uczestników w pełni oddają ich charaktery :razz:
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Cytat:
Zamieszczone przez
orsini
Nocleg po tym dniu był dużo ładniejszy niż w skansenie :-P
aaa no chyba że tak.
A swoją drogą to cos mi się wydaje że pewne fakty zostaja tu przemilczane ;)
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Cytat:
Zamieszczone przez
Doczu
A swoją drogą to cos mi się wydaje że pewne fakty zostaja tu przemilczane ;)
jakie?
to ja bardzo chętnie dodam coś od siebie tylko w jakim temacie :-P
A spanie wtedy mieliśmy z widokiem na zdaje się Rodniańskie-piękne i monumentalne w śniegu jeszcze w większości, bo to północna strona była ku nam zwrócona
-
9 załącznik(ów)
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Mkniemy dalej. Przy jednej z cerkiewek Irek dyskretnie fotografuje babcię cerującą pończochy. Stajemy na stacji by zatankować samochód, a Krysia ochoczo bierze się za mycie szyb. W Barsanie zakradam się na teren klasztoru by zrobić zdjęcie zakonnicom, które niosą kosz z chlebem. Przy jednej z ostatnich cerkwii przy drodze do Borszy napełniamy prysznice biwakowe i wpłaciwszy po piątce lei wchodzimy do wnętrza. Ciężkie niebo chce spaść na ziemię, ale nie może bo oparło się o szczyty Gór Rodniańskich i Marmaroskich. Odgłos świerszczy powoli staje się drażniący. Wjeżdżamy do Borszy...
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
O Marcyś się też obudził ze snu zimowego z relacją;-)
super!
Hmm, ja też chyba napiszę swoją w takim razie skoro Rumunia taka modna, a co :mrgreen:
Przeszkadzały Ci świerszcze???nic nie mówiłeś wtedy
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Ten most kolejowy na ostatnim zdjęciu to w Săcel?
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Cytat:
Zamieszczone przez
przemek p
Ten most kolejowy na ostatnim zdjęciu to w Săcel?
Jeśli pamięć mnie nie myli to tak. Właśnie tą drogą jechaliśmy.
-
10 załącznik(ów)
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Rozdział III Wreszcie góry
Mijamy gwarną i zatłoczoną Borszę, wszędzie pełno aut, traktorków i ludzi z wózkami wiozących drewno pod różnymi postaciami. Serpentynami wspinamy się na Przełęcz Przysłup. Wieczorna burza wisi w powietrzu. Znurzenie jazdą poszarza widoki, a może to tylko znów kurz osiadł na umytych przez Krysię szybach. Po górskich polanach zbijają się ciasno stada owiec. Wreszcie jesteśmy na przełęczy. Po prawej piętrzą się w chmurach ośnieżone północne stoki i szczyty Alp Rodniańskich. Widziane po lewej południowe zbocza Marmaroszy kuszą młodą zielonością by pobotanizować. Chmury coraz gęstsze i czarniejsze nad nami. W półmroku prawie wjeżdżamy polną drogą w Góry Marmaroskie. Kwitną jaślinki węgierskie, a spod topniejącego płatu śniegu wychodzą szafrany Heufela. Zatrzymujemy się przy niewielkim wypłaszczeniu z okresowym stawkiem. W pobliżu jest trochę suchego drewna, które pośpiesznie zbieramy. Rozpalamy ognisko i tylko gdy się zaczęło przyzwoicie palić lunął deszcz. Przeczekujemy chwilę w aucie. Przestało. Rozbijamy nasze namioty. W potoczku myjemy dwa kilo ziemniaków i zasiadamy wokół ogniska. Nad górami siada gęsta mgła i powoli zapada zmrok. Dopijamy dwulitrową butelkę rumuńskiego piwa i kładziemy się spać.
Przebudziłem się gdy tylko zaczęło się robić jasno. W nocy coś jeszcze pokropiło, gęste chmurzyska nie zachęcały do pośpiesznego wyjścia na zewnątrz. Ale noc była ciepła, więc zmęczony już porannym wylegiwaniem mimo wilgoci i chmur wytaszczyłem się z namiotu, by szerzej rozpoznać teren. Kwiatów niewiele. Niby kwitną jakieś rzeżuchy i gęsiówki, ale to nic ciekawego. Idę w stronę wyleżyska śniegowego, gdzie dzień wcześniej widziałem krokusy. Po drodze znajduję kilka urdzików. Liście przywrotników mienią się wielkimi kroplami rosy na końcach nerwów. Gdybym był alchemikiem to pewnie kilka bym zebrał do jakiejś magicznej fiolki, ale ani szkła nie mam, ani alchemik ze mnie żaden. Przez chmury przebija się słońce oświetlając pobliską osadę pasterską - jeszcze pustą czekającą na wędrujące w góry stada z dolin. Po jakiejś godzinie, może półtorej wracam w miejsce biwaku i dobudzam towarzystwo. Szybkie śniadanie, herbatka miętowa i jesteśmy gotowi do dalszej drogi.
-
10 załącznik(ów)
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Rozdział IV Cercănel
Przed wyjazdem zgłębiam jeszcze tajemnice, które kryje w sobie oczko wodne, obok którego zabiwakowaliśmy. Pełno w nim traszek. Dominuje traszka karpacka, ale są też pojedyńcze okazy traszki górskiej. Powoli we mgłach ruszamy samochodem pod górę na północ. Biegnąca połoninami droga jest dość solidnie podbudowana kamieniem ułożonym na kształt kostki. Wiatr rozwiewa chmury i po lewej stronie pojawia się wielka plama krokusów. Dobre pół godziny poświęcamy na zabawę w fotografowanie. Podjeżdżamy jeszcze jakieś 2 km i na szerokim grzbietowym wypłaszczeniu pozostawiamy samochód na skraju drogi. Każdy zabiera aparat. Ja wrzucam do plecaka suchary bieszczadzkie, sok pomarańczowy i termosik z herbatą. Irek w łapsko bierze piwo. Ruszamy na zachód w stronę szczytu Cercănel. Chmury prawie całkiem się rozwiały, jedynie nad Alpami Rodniańskimi z dolinnych mgieł zaczęły się rozbudowywać olbrzymie cumulusy...
-
10 załącznik(ów)
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
... Z wolna trawersujemy wzniesienie Vf. Cornul Nedeii. W dolinie na północ widać spore wylesienia. Spotykamy się na szerokiej przełęczy. Zaglądam na pobliskie wapienno-dolomitowe skałki. W szczelinach znajduję zanokcicę zieloną i skalnicę gronkową. U podnóża na wapiennym rumoszu rośnie jakaś smagliczka oraz gęsiówka. Jeszcze po łyku piwa i zaczynamy się kierować ścieżką na grzbiet Dealul Negru. Ścieżka niknie w gęstej kosówce. Gdy trzeba przyjąć pozycję czteronożną towarzystwo ginie w tyle i daje za wygraną. Ja twardo wchodzę na zakosodrzewiony wierzchołek. Na szczycie są niewielkie polanki. Po pięćdziesięciu metrach przeciskania się w dół przez kosówkę znów pojawia się ścieżka. Pomiędzy borowczyskami i traworoślami odnajduję pojedyńcze kwiaty, a w zasadzie pąki różaneczników wschodniokarpackich. Już po grechocie docieram na wierzchołek Cercănel. Rozsiadam się wygodnie pod niewielkim drewnianym krzyżem, by przegryźć suchara i łyknąć herbaty. Gnejsowe skaly żółcą się od porostów. Widoki wspaniałe. Na północnym zachodzie idealnie widać pasmo Czarnohory od Howerli po Szuryn. Bielą się radary na ukraińskiej Bukowinie. Z marmaroskich szczytów dobrze widać Torojagę. Jakieś dwa i pół kilometra na zachód dostrzegam idealną miejscówkę na biwak lub nawet dłuższe zabiwakowanie - Vf. Podul Cearcănului. Paczka sucharów niknie w mych wnętrznościach. Wykręcam do sucha termos. Łączę się z wracającym z KIMB-u pewnym Poznaniakiem. Łyk soku pomarańczowego i pora wracać. Przede mną znów zarośla kosówki, ale szczerze przyznam, że nie rozumiem, czemu to piękne zbiorowisko roślinne jest tak niekochane przez turystów. Wędrówka przez kosowkę, pomimo swojej uciążliwości nie robi na mnie większego wrażenia. Nawet to lubię. Gdy dochodzę do polanki w kosówce dostrzegam, że towarzystwo jest już przy aucie...
-
10 załącznik(ów)
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
... Wychodzę z kosówki w borówczyska z pojedyńczymi pastwiskowymi trochę pożółkłymi świerkami. Powietrze staje się coraz bardziej przejrzyste. W drodze powrotnej zahaczam o wierzchołek Vf. Cornul Nedeii. Towarzystwo się wyleguje przy samochodzie grzejąc się w promieniach słońca. Przy ziemi najcieplej, ale już pół metra nad ziemią wiaterek sprawia, że jest raczej chłodno. Woda w workach cieplutka, więc pośpiesznie dokonuję ablucji. I znów jesteśmy w drodze. Zjeżdżamy spowrotem w kierunku przełęczy Przysłup. Nikną chmury nad Górami Rodniańskimi. Zatrzymujemy się jeszcze przy oczku wodnym obok biwaku by popatrzeć na traszki. Przed samą przełęczą małe botanizowanie w kępie jaślinków węgierskich. Nad młaką z kwitnącą kniecią zatrzymujemy się by popatrzeć na Cercănel, jeszcze z Gór Marmaroskich, bo za chwilę będziemy już w Górach Rodniańskich.
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Ja mam zdjęcie takiego krokusa w śniegu robione w lipcu, w Rodniańskich. :)
http://picasaweb.google.pl/ulec44/Ru...96763058505298
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Początkiem lipca 2004 w Czarnohorze również trafiłem na takie krokusy na skraju wyleżyska śniegowego pod Howerlą.
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
W tych Rodniańskich to bylo lawinisko. Zasypane bylo całe dolne jeziorko Buhaescu: http://picasaweb.google.com/ulec44/R...96763058505282
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Cytat:
Zamieszczone przez
marcins
. Odgłos świerszczy powoli staje się drażniący. .
to chyba niemozliwe!!
-
10 załącznik(ów)
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Rozdział V Przekleństwo wypchanego żbika
Dojeżdżamy do przełęczy i robimy małą przerwę z myślą o uzupełnieniu płynów ustrojowych. Oprócz nas na przełęczy jest jeszcze parę osób - jacyś motocykliści, kierowcy samochodów, którzy zatrzymali się by popatrzeć na widoki oraz gromadka brodatych popów czekających na busik. Schroniska, zajazdy, różowy obelisk oraz ciągnik na kapciu i drewniana brama w góry. Ogólnie rzecz ujmując zabudowa przełęczy jest dość potworkowata, łącznie z nową cerkwię (czy większej się nie dało postawić???). Nad wszystkim dumnie powiewa upstrzona żółtymi gwiazdami niebieska flaga. Kierujemy się ku drzwiom do kawiarni. Po wejściu zalotnym spojrzeniem wita nas żbik, który zawisł na jednym z filarów. Coś w tym spojrzeniu jest niepokojącego i złowróżbnego, ale okoliczności przyrody sprawiają, że nikt nie chce wierzyć w zbliżającą się katastrofę. Podchodzimy do szynku. Na wystawie jeden gatunek puszkowanego piwa. Prosimy o trzy, a barman spod lady wyciąga nam trzy, ale całkiem inne i w butelkach. Jesteśmy nieugięci i twardo domagamy się jednak tego piwa z wystawy. Coś nam próbuje tłumaczyć, ale nikt z nas poliglotą nie jest by go zrozumieć. Jeszcze po małej czarnej i idziemy na zewnątrz z napojami by delektować się smakiem piwa przepijanego kawą w tej cudnej górskiej scenerii. Jednak po pierwszym łyku piwa dostrzegamy pewną dysharmonię w tej na pozór sielankowej błogiej chwili. Wszystko jest niby tak jak należy - góry, błękit nieba, białe obłoczki, popołudniowe słońce, wałęsające się psy, młode liście na bukach w dolinach, ale... ale w ustach coś jakby nie tak. Świat jakby poszarzał i stracił ducha. Pośpiesznie i z zaniepokojeniem zgłębiamy rumuńskie napisy na puszkach. Piwo okazuje się bezalkoholowe. Trudno - nasz wybór albo i przekleństwo wypchanego żbika. Zbieramy się i ruszamy polną drogą wiodącą po drugiej stronie przełęczy w Alpy Rodniańskie. Pięknie widać szczyty, po których z rana wędrowałem. Na jednym z zakrętów zatrzymujemy się bo przemknął mi gdzieś za oknem fiołek dacki. Po drodze mijamy skały i głazy z wyrytymi liczbami - podobne spotkaliśmy również w Górach Marmaroskich. Przez rzadkie świerkowe lasy wyjeżdżamy na połoniny. Trawa na alpejskich pastwiskach się żywo zieleni, ale osady pasterskie jeszcze są puste.
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Cytat:
Zamieszczone przez
marcins
Piwo okazuje się bezalkoholowe. Trudno - nasz wybór albo i przekleństwo wypchanego żbika.
Uuuu,ale zdrada :cry: Przyjmij wyrazy współczucia.
-
10 załącznik(ów)
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Rozdział VI Gentiana verna
Dojeżdżamy do rozstaju dróg, przy którym stoi dacia. Małe przedyskutowanie w jakim kierunku się udajemy i ruszamy w stronę najwyższych gór. Pojawiły się wapienne skałki, a więc i nadzieja na odnalezienie ciekawych gatunków roślin. Wąski wapienny pas biegnący równolegle od północy do głównej grani Gór Rodniańskich ze względu na liczne krasowe formy jest wręcz idealny do wiosennego botanizowania. Przed nami mały podjazd po glinie mokrej od topniejącej łachy śniegu. Irek coś się męczy z reduktorem. Wysiadamy żeby było lżej i tyle co wyszliśmy pośród jałowców halnych porastających skalną grzędę dostrzegam plamy dziwnego niebiańskiego koloru, który nie daje się niestety odwzorować na zdjęciach. Kwitną kępy goryczek wiosennych. Irka pozostawiamy z samochodem. Niech działa. Kierowca musi myśleć w spokoju i nie wolno mu przeszkadzać. A ja z Krysią biegniemy ku goryczkom. Oprócz goryczek kwitną również pięciornik złoty i kilka innych pospolitszych gatunków. Dłuższa chwila nam schodzi na botanizowaniu, a za ten czas Irek sobie perfekcyjnie poradził z błotnistym podjazdem. Na biwak obieramy miejsce obok wypełnionego śniegiem leja krasowego i niewielkiego oczka wodnego. Rozbijamy namioty i ruszamy poszukać posuszu świerkowego po krzakach, co nawet dość sprawnie nam idzie.
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Taaa piwo było wyjątkowo obrzydliwe;-))
a goryczki...echhh cudo! Niestety zdjęcia nie oddają kolorów tych kwiatków, one były tak niebieskie jak...jak goryczki!A klący kierowca sobie w końcu poradził i bez nas, więc mogliśmy się zająć kwiatkami-nikt nam już nie przeszkadzał. Po krokusach i sasankach to chyba były najładniejsze kwiatki?
-
10 załącznik(ów)
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Rozdział VII Wieczorny spacer nad jezioro
Po rozbiciu namiotów wybraliśmy się na wieczorny spacerek. Późno popołudniowe słońce miło przygrzewało. Połoniną przemknęły jakieś kłado-krosy. Na szczęście szybko zniknęli w dolinie. Powietrze zrobiło się kryształowo czyste. Pożółkłe po zimie psiary bliźniczkowe rozkwitły łanami krokusów. Gruntowa droga prowadziła łagodnie w górę poprzez usiane głazami zbocza moren porosłe rzadkimi zaroślami jałowca halnego i kosówki. Gdy po lewej na dnie kotła ujrzeliśmy jezioro skierowaliśmy się w jego stronę. Na porozrzucanych przez lodowiec głazach była chwila na pamiątkową sesję zdjęciową...
-
10 załącznik(ów)
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
...Zielona trawa na płaskim półwyspie na zachodnim brzegu jeziora upstrzona była kilkoma czarnymi śladami po ogniskach. Na drugim brzegu w sporej kępie kosówki dostrzegłem kilka limb. Kilka zdjęć i trzeba było wracać, by dotrzeć do biwaku przed zachodem słońca. Bagniste brzegi potoków i młaki rozkwitały kaczeńcami. Po powrocie zabraliśmy się za zbieranie opału. W jałowcowych zaroślach znalazło się sporo uschniętych świerczków oraz trochę starych kawałków drewna przyniesionych tu kiedyś przez nie wiadomo kogo. Słońce jeszcze miało trochę do zachodu więc z Krysią zabraliśmy się za poznawanie fauny kałuży-oczka w pobliżu biwaku. Zagęszczenie traszek na metr kwadratowy osiągało pewnie z jakieś dwadzieścia sztuk. Dominowała traszka górska. Uwieczniliśmy samca w szacie godowej. Od strony osady pasterskiej przyszli się nam a może górom przyjrzeć starsi ludzie. Niestety próby nawiązania kontaktu werbalnego przez nich z nami na odległość kilkudziesięciu metrów spełzły na niczym ze względu na nasze marne zdolności pojmowania języków romańskich. Wreszcie słońce zaczęło się zbliżać do horyzontu. Najlepsza miejscówka na obserwacje zachodu była na wapiennej grzędzie porosłej jałowcami, gdzie za dnia zachwycaliśmy się łanami goryczek, które teraz postulały płatki, by ochronić się przed chłodami nocy. Po zachodzie od gór zerwał się chłodny wiatr. Drwa starczyło na kilka godzin popijania piwa i obserwacji gwiaździstego nieba.
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Uff nic nie piszesz o moim świerczku :mrgreen:
a taka byłam dumna!!!:razz:
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Skoro się domagasz to mogę dopisać. Krysia też chciała drwa na ogisko przynieść i przyniosła - jakieś gałęzie z żywego świerczka. Tym razem skorzystałem tylko z kary pouczenia. Poskutkowało, bo do końca wyjazdu ten karygodny czyn się nie powtórzył ;)
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Godzinę rąbała, pot ze mnie kapał, bo siekiera była tępa i ciężka i w ogóle!!!
Po godzinie ja (KOBIETA!!!) przytargałam z językiem na plecach, sapiąca i cała dumna!!!
i co?i zamiast wow, ale ty dobra, silna, zdolna cokolwiek, to dostałam ten teges no wiecie!!!:sad:
Poskutkowało-do końca wyjazdu nie chwyciłam za siekierę :evil:
-
10 załącznik(ów)
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Rozdział VIII Poranne botanizowanie
Nic tak nie poprawia samopoczucia jak poranne botanizowanie. Gdy tylko słońce zaczęło się dobijać do mojego namiotu wywlekłem się na zewnatrz. Rześkie poranne powietrze zachęcało do wdziania portek na dupsko i wyruszenia ku wapiennym skałkom. Zanim ruszyłem podszedłem do ogniska by w popiele wygrzebać odrobinę żaru. Podrzuciłem kilka suchych świerkowych gałązek. Parę dmuchnięć i błysnął nieśmiale płomyczek. Z rozpadlin w wapiennej skale wygramoliła się zmarznięta po nocy samica traszki karpackiej. Mała sesja i można jej było skrócić o kilka godzin podróż do pobliskiej sadzawki. Włochate skulone przed mrozem kwiaty sasanek alpejskich zaczęły rozwijać się do słońca. Utrzymała się wieczorna szklistość powietrza. Doskonale było widać dalekie pasma górskie na pograniczu ukraińsko-rumuńskim. Wreszcie znalazła się chwila by dokładniej zająć się wapienną grzędą. Na trawiastych półkach spod śniegu wyłaziły krokusy. Pomiędzy jałowcami, kosówką i olchą zieloną udało się znaleść również typowo leśne rośliny jak żywiec gruczołowaty, zawilec gajowy czy kokorycz pełna. Na skałkach rosło kilka kęp paprotnika ostrego i sporo skalnicy gronkowej. Jaślinki węgierskie i omiegi karpackie dopiero wypuszczały pąki. Gdy wróciłem obozowe towarzystwo szykowało się już do śniadania. Herbata, kilka pajd ze smalcem i można było zwijać namiot.
-
10 załącznik(ów)
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Rozdział IX Drapieżca
Po śniadaniu szybko wrzucilismy całe toboły do samochodu i ruszyliśmy spacerkiem w górę, miejscami niebieskim szlakiem, ku przełęczy Şaua Gărgălău. Pośród alpejskich muraw, borówczysk i jałowcowych zarośli biało rozkwitały kępy sasanek alpejskich. Na wilgotnym zboczu wypatrzyłem kilka tłustoszy alpejskich - drapieżców czatujących ze swym lepem na nieświadome zagrożenia drobne pajęczaki i owady. Ścieżka wyżej wiodła wzdłuż roztopowego strumienia z zimną i czystą wodą. W niewielkich rozlewiskach żaby trawne poskładały szkliście przejrzysty skrzek. Nad brzegami polowały biegacze urozmaicone. Pośród wilgotnych kamieni kwitły miniaturowych rozmiarów jaskry alpejskie. Zostający w tyle Krysia i Irek dogonili mnie dopiero gdy wylegiwałem się w kwitnących łanach szafranów Heuffela. Nic tak nie motywuje do zalegnięcia w trawie jak ranne słońce i krokusy. Każdy przybrał jakąś leżącą pozycję. Ale nie można było leżeć wiecznie wśród dorodnych krokusów i trzeba było ruszać dalej. Wśród pożółkłych traw wypatrzyłem jeszcze kilka goryczek bezłodygowych i prawie byliśmy na przełęczy. Za nami z tyłu pozostawał cały kocioł polodowcowy z małym z tej wysokości jeziorem Izvoru Bistriţei na dnie. Kawałek podejścia po łagodnej połoninie i dotarliśmy do przełęczy, gdzie trzeba było się zastanawiać czy ruszamy na zachód czy na południowy wschód.
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Cytat:
Zamieszczone przez
marcins
.... Nic tak nie motywuje do zalegnięcia w trawie jak ranne słońce i krokusy. Każdy przybrał jakąś leżącą pozycję....
Pięknie w tych krokusach jest ,tylko dlaczego mnie tam nie było???
Marcin , a co to jest na 5-tym zdjęciu ? Pisz..pisz dalej .
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Cytat:
Zamieszczone przez
joorg
Pięknie w tych krokusach jest ,tylko dlaczego mnie tam nie było???
Marcin , a co to jest na 5-tym zdjęciu ? Pisz..pisz dalej .
Na piątym zdjęciu są żaby w początkowym etapie swojej ontogenezy ;)
-
10 załącznik(ów)
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Rozdział X Płacz
Na przełęczy rozpoczęło się wylegiwanie przy smaku piwka. W dolinach na południu zieleniły się młodymi liśćmi bukowe lasy. Również niższe partie połonin były już żywo zielone. Przy głównej grani było sporo śniegu jeszcze, a zaciągający wiaterek był raczej chłodny. Krysia i Irek wybrali opcję opalania, a ja ruszyłem ku pobliskim skałkom szukać czegoś ciekawego. Znalazłem pełzającą po skałach wierzbę Kitaibela zwaną również wierzbą wykrojoną. W szczelinach skał kwitły różowo miniaturowych rozmiarów pierwiosnki maleńkie. Na trawiastych pułeczkach ku słońcu otwierały się wielki kielichy goryczek bezłodygowych. Z Irkiem przestudiowaliśmy mapę i postanowiliśmy, że ruszamy na zachód ku jednemu z pomniejszych szczytów - Vf. Galaţului. Z głównej grani mamy wspaniałe widoki na kotły polodowcowe po północnej stronie. Daleko na północy za Górami Marmaroskimi widać pasmo Czarnohory...
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Ech tylko pozazdrościć wyprawy a fotki świetne:)
-
Odp: W 2000 mil dookoła Transylwanii
Te kielichy kwiatowe w zbliżeniu wydaja się ogromne,dopiero fotka na której pstrykasz te cuda pokazuje ich skalę.Niezwykłe okazy i jakie wytrwałe !