Maciejko, po nieudanej próbie dotarcia na Popa to mi i chlebuś i śledziki w sosie musztardowym zamarzły, a napój bogów po wyjściu z magazinu zamieniał mi się w piwnego szejka. Nie mniej menu było bogate, a zaczęło się od tego, że niejaki Wojtek Pysz przygotował pierwsze śniadanko w pociągu. Uczta bogów, rybka wędzona, gatunku różnorakiego a węgorzyka tak dobrze uwędzonego i tak pysznego to już dawno nie jadłam. Nawet ci co nie przepadają za rybką (czytaj sir Bazyl) pochłaniali wielkie kęsy. W kolejne dni były i smalczyk domowy i boczuś wędzony. Największym zaskoczeniem był jojo z Arturem bo oni to chyba pół marketu jedzenia zabrali ze sobą. Przez nich to Bazyl zaczął być marudny, bo na obiad były kotlety z kluskami śląskimi a on by zjadł z ziemniaczkami.....
Ale faktycznie, zawsze przed wyjściem na szlak pytam Bazyla czy kanapeczki wg Maciejki rad robimy dziś?
Pewne jest, że było wesoło, cudnie, smacznie i luksusowo.
P.S. jedno mnie ciągle nurtuje, jak to się stało że nie spadłam z tej półki w pociągu sypialnianym?




Odpowiedz z cytatem