Witam
Mimo, że rzadko goszczę na niniejszym forum (niestety, zbyt duża ilość zajęć pozostawia mało czasu na hobbystyczne przeglądanie Internetu), postanowiłem ustosunkować się do pewnych zarzutów pod moim adresem oraz chciałbym sprostować przeinaczone fakty przedstawione przez p. Lucynę dotyczących produkcji filmowej w Bieszczadach. Sposób przedstawienia tych „rewelacji” można byłoby uznać za graniczące z manipulowaniem faktami i informacjami przez osobę bazującą na zasłyszanych plotkach i strzępkach wiadomości otrzymanych od osób trzecich. Wierzę jednak, iż p. Lucyna, która brała znikomy udział w przygotowaniach do filmu, kierowała się jedynie emocjami, a nie chęcią wprowadzenia czytelników niniejszego forum w błąd. Być może błędem z mojej strony było to, że po całej historii związanej z filmem, postanowiłem nie opisać tej historii np. w formie autoryzowanego reportażu, co pozwoliłoby uniknąć niedorzecznych plotek i komentarzy. Postanowiłem jednak nie angażować się w ten temat żaden sposób, a moja dzisiejsza wypowiedź będzie jedyną na ten temat (o tym za chwilę).
Wiosną 2006 roku otrzymałem od p. Lucyny telefon (za który jestem do dzisiaj bardzo jej wdzięczny) z informacją, że grupa filmowców poszukuje osoby władającej językiem angielskim mogącej podjąć się wykonania zdjęć plenerów. Z chęcią podjąłem się tego zlecenia, które łączyło w sobie możliwość realizacji własnych zainteresowań związanych z fotografią, wędrowania po Bieszczadach i spotykania bardzo interesujących ludzi. Gdybym jednak dzisiaj wiedział, z jakiego pokroju osobami będę musiał mieć do czynienia, prawdopodobnie nie podjąłbym się jednak jego realizacji…
Moja praca przy opisywanej przez p. Lucynę produkcji filmowej polegała na przygotowaniu dokumentacji zdjęciowej wskazanych miejsc w Bieszczadach oraz przygotowaniu trójwymiarowych symulacji plenerów. Była to praca niezwykle interesująca, wymagająca niekiedy korzystania z zaawansowanych technik satelitarnych. Praca będąca dla mnie dużym wyzwaniem i która zmuszała mnie wielokrotnie do zdobywania dość sporej dawki nowej wiedzy i poświęcenia ok. pół roku mojego życia.
Moja praca dla filmowców rozpoczęła się po nieszczęsnym incydencie spowodowanym nieodpowiedzialnym zachowaniem p. Lucyny podczas wejścia na teren rezerwatu Krywe (bezstronnym świadkiem tego zajścia był jeden z bieszczadzkich nadleśniczych). Szczegóły tego incydentu - przede wszystkim ze względu na szacunek do p. Lucyny oraz innych postronnych osób - jednak pominę. Niemniej jednak historia ta oraz dalsze postępowanie p. Lucyny były powodem, dla którego firma producencka postanowiła zakończyć z p. Lucyną współpracę korzystając z pomocy prawników. Po odsunięciu od prac, p. Lucyna nie dysponowała i nie dysponuje wystarczającą wiedzą na temat przebiegu realizacji planowanych zdjęć do filmu, która pozwalałaby jej zajmować wiarygodne stanowisko w tej sprawie. Potwierdzają to liczne fakty przeczące przestawianym przez nią (de)informacjom.
Zdjęcia próbne w Bieszczadach w ogóle nie miały miejsca (może p. Lucyna pomyliła produkcje i filmowców?). Filmowcy rozpoczynają prace od zbierania informacji na temat potencjalnych plenerów w postaci dokumentacji zdjęciowej (za którą byłem odpowiedzialny w tym przypadku ja) oraz rozmów z właścicielami terenów, gdzie miałyby być kręcone zdjęcia. Takich miejsc filmowcy we wstępnej fazie projektu odwiedzili przynajmniej kilkadziesiąt na kilku kontynentach. Nikt nie podjąłby się ściągania całej ekipy zdjęciowej wraz z całym zapleczem technicznym mieszczącym się z kilku potężnych tirach bez pewności, że zdjęcia odbędą się w danym miejscu. Po prostu koszty takiego przedsięwzięcia są ogromne i nikt nie podjąłby się ryzyka wyrzucenia takich pieniędzy w błoto. W bardzo początkowej fazie przygotowań do ew. produkcji w Bieszczadach, p. Lucyna miała okazję spotkać się tylko i wyłącznie z osobami odpowiedzialnymi za plenery i scenariusz. Ani operatorzy, ani producenci wykonawczy, którzy pojawiają się na miejscu po zatwierdzeniu projektu, nie spotkali się z p. Lucyną.
Dodatkowo przytoczonym przez nią informacjom przeczy fakt, że wszystkie osoby (za wyjątkiem kilku osób z polskiej firmy producenckiej) są osobami anglojęzycznymi. Dlatego też p. Lucyna - osoba niewładająca językiem angielskim - nie mogła podsłuchać takiej rozmowy, nawet jeśli miałaby ona miejsce. Również czas przytoczony przez p. Lucynę wydaje się być pojęciem dla niej bardzo względnym, ponieważ zakończenie z nią współpracy miało miejsce nie w godzinę po nieszczęsnym incydencie w dolinie Tworylnego, a znacznie później - z inicjatywy filmowców po konsultacji z prawnikami.
Po zakończeniu współpracy, p. Lucyna, ani jej znajoma, nie uczestniczyła w żadnym ze spotkań organizacyjnych, które odbyły się w naszym regionie z udziałem filmowców i przedstawicieli lokalnej administracji (m.in. spotkanie z bieszczadzkimi nadleśniczymi w RDLP w Krośnie i Lutowiskach, spotkania z dyrekcją BdPN i innych), z którymi były omawiane szczegóły organizacyjne projektu. Dlatego też nie dysponuje żadnymi informacjami na ten temat, a jeśli jakiekolwiek posiada, pochodzą one od osób trzecich i przypominają miejscami zabawę w „głuchy telefon”.
Pani Lucyna wspomina o zagrożeniu zniszczeniem jednej z najpiękniejszych bieszczadzkich dolin (mając prawdopodobnie na myśli dolinę Tworylnego). To kolejne przeinaczenie faktów, ponieważ na miejsce ew. zdjęć zostało wybrane zupełnie inne miejsce położone poza BdPN oraz jakimkolwiek rezerwatem przyrody w Bieszczadach leżące na terenie prywatnym opodal jednego z większych miasteczek w regionie. Głównym powodem wyboru miejsca (oczywiście poza walorami krajobrazowymi) była świadomość i wiedza na temat dziedzictwa kulturowo-przyrodniczego Bieszczadów i chęć uniknięcia oddziaływania na środowisko. Jednym z podstawowych pytań zadawanych przez filmowców „na dzień dobry” na briefingach przy omawianiu danego miejsca było: „czy to miejsce jest położone na terenie parku lub rezerwatu?” lub „ile kilometrów dzieli nas od BdPN?”, „Kto zarządza tym terenem? Kiedy możemy się z nim spotkać?” itp. Osoby odpowiedzialne za zarządzanie tego typu produkcjami nie są ludźmi z przypadku, którzy „urwali się z choinki” i mają doskonałe rozeznanie jakiego rodzaju konflikty i zagrożenia niesie za sobą spowodowanie jakichkolwiek zniszczeń. Czy ktokolwiek podjąłby się realizowania hitu kinowego dla dzieci, który „na dzień dobry” zyskałby złą prasę, ponieważ nie jest „ekologicznie poprawny”?
Fakt mojego zaangażowania w w/w produkcję filmową stał się w Bieszczadach dość szybko tajemnicą poliszynela. Przedstawianie mojej osoby przez p. Lucynę jako osoby, która „przejęła klienta” jest co najmniej niesmaczne i mam nadzieję - niezamierzone. Byłem tylko jedną z wielu osób zatrudnionych przy produkcji filmu na umowę o pracę lub dzieło w Bieszczadach i innych częściach Polski (i kto tu kogo przejął? hi hi). Nie wiem też, co niby miałoby mi się nie udać - swoją pracę wykonałem w 100% i obie strony były ze współpracy bardzo zadowolone. P. Lucyna najwidoczniej do dzisiaj żyje w nieświadomości prawdziwych powodów, dla których zrezygnowano z realizacji zdjęć w Bieszczadach. Nasz region do samego końca był jednym z faworytów, a przygotowania trwały aż do wczesnego lata br. Producenci zdecydowali się ulokować produkcję poza Bieszczadami nie dlatego, że u nas „coś komuś się nie udało”, ale dlatego, że twardo stąpają po ziemi i potrafią liczyć pieniądze. Po raz kolejny nasz kraj stracił fantastyczną możliwość promocji (nie wspominając o możliwości zostawienia przez filmowców w naszym kraju pieniędzy) ze względu na fatalne, niezrozumiałe i niekorzystne przepisy podatkowe. Takie okazje przeszły Polsce przed nosem wielokrotnie, a decydentów to nadal najwidoczniej nie interesuje. Wybór padł na Czechy, które po raz n-ty wygrały z Polską w tego typu konkurach ze względu na niższe stawki oraz klarowne przepisy podatkowe. Czy admin rzekomo „wiodącego serwisu” albo filmowcy, a nawet bieszczadzkie samorządy są w stanie przekonać polskiego fiskusa do nagłej zmiany przepisów? Jeśli ktoś mi udowodni, że tak, to wtedy owszem - przyznam się do porażki ;-)
Jeszcze jakiś czas temu byłem, a raczej byliśmy bardzo ciekawi na czym ta rzekoma czyjaś „walka” polegała. Podczas trwania prac w Bieszczadach, ekipa odebrała przynajmniej kilka telefonów od miejscowej administracji nt niepokojących donosów, np. o naszym rzekomym rozpoczęciu zdjęć do filmu na terenie BdPN bez pozwolenia etc. etc. etc. Dzisiaj nikt z nas już tego nie docieka i nie interesują nas niskie pobudki, którymi najwidoczniej kierowały się te osoby.
Chyba nie ma potrzeby komentowania tego fragmentu wypowiedzi p. Lucyny. Mogę jedynie przytoczyć przysłowie: „mądry Polak po szkodzie” i stwierdzić, iż najprawdopodobniej do dzisiaj nie jest w stanie zrozumieć, z jakich powodów filmowcy podziękowali jej za współpracę. Czytelnicy niech sami zastanowią się nad jej słowami oraz intencjami, które jej przyświecały.
[cd w drugim poście - tekst jest za długi : -)



Odpowiedz z cytatem