pewnie wiele razy już to tutaj padło: dla każdego dzikość tych gór to coś innego. Tak jest i tak będzie. Jeden włażąc w bieszczadzkie krzaczory (które pewnie urosły całkiem niedawno...) czuje się jak zdobywca tundry i tajgi razem wziętych i wścieka się ja widzi, że ktoś inny też po krzaczorach łazi i mu dzikość psuje... inny zobaczy dzikość w kamieniach na dnie potoku a jeszcze inny w zakapiorze...

dla mnie dzikość (a właściwie nie dzikość tylko jakaś taka wolność bezkresna przestrzeni i umysłu) wiąże nierozerwalnie góry i ludzi tam żyjących (nie pomieszkujących ale ŻYJĄCYCH) - takich normalnych, zwykłych ludzi, wydeptujących ściezki wtedy kiedy turyści siedzą w mieście nad mapami i planują następny wypad w dzikie góry...

Jeśli widzę, że do przydrożnej kapliczki podjeżdża autko a z autka wysiada starsza pani z naręczem kwiatów a za nią młoda dziewczyna (wnuczka pewnie), która trochę znudzona i zniecierpliwiona ale jednak babcię przywiozła i pomaga jej tą kapliczką sprzątnąć to wierzę w to mocno, że ta dziewczyna przyjedzie tam też kiedy tej babci już nie będzie...
dla mnie to jest dzikość...
a jeśli nadejdą czasy, że kapliczki będą odwiedzać już tylko turyści a do sprzątania powołane zostaną specjalne komitety to dla mnie będzie to ...skansen, niezależnie jak wysokie i dzikie krzaczory w nim porosną...

pozdrawiam wszystkich