Poranek następny, czyli porażka Bertranda.
Wstaję późno, a co? Mam wakacje. Zjadam śniadanie i zastanawiam się nad tym co mam robić. Wpada mi przedni pomysł do głowy. Mam ze sobą książkę Potockiego „Majster Bieda, czyli Zakapiorskie Bieszczady: wyd 1. Kiedyś zbierałem podpisy bohaterów poszczególnych rozdziałów. Brakuje mi podpisu między innymi Lutka Pinczuka. Pakuję, więc książkę do plecaka i wsiadam do karawanu. Jazda przez Jabłoński nie należy do przyjemności. Dalej już jest lepiej. Jadę powoli, bo co rusz coś mi się przypomina. A to cmentarz, a to tutaj z Renatką łaziłem, a to tu z Barnabą żaby zbieraliśmy, a to tu na rowerze… Na Przysłupiu daje ostro po hamulcach. Stoję i patrzę, patrzę i oczom nie wierzę…Była mała bieszczadzka galeria i jej nie ma.Sti na jej miejscu ogroooomne gmaszysko. Chyba komuś się pomyliło pomyślałem sobie. Na cholerę w tym miejscu taki obiekt? Nie mój cytk, nie moje małpy, ale „moje Bieszczady: i coraz mniej mi się podobają. W tym miejscu nie wiadomo skąd znalazło się troje młodych i proszą o podwiezienie na przełęcz Wyżną, bo na Rawki się wybierają. Powiedziałem, że nie ma sprawy tylko z Wyżnej na Rawki to trudno będzie. Nie bardzo chcieli wierzyć, ze pomylili Wyżną z Wyżniańską. Ot, od słowa do słowa i do małej sprzeczki doszło w karawanie. Jako, ze jestem człowiek spolegliwy nie dałem się ponieść emocjom i zatrzymałem się na Przełęczy Wyżnej. Oni wysiedli, a ja manewrowałem, żeby bezpiecznie zaparkować w pryzmie śniegu nie tarasując wąskiego przejazdu innym pojazdom. Kątem oka zauważyłem, ze po rozmowie ze SG młodzi pomaszerowali droga w stronę Kimbówek Górnych. I tutaj konsternacja. Nie mam czapki. Jestem pewien, że wsiadając do karawanu zdejmowałem ją z głowy. Szukam wszędzie. Przesuwam siedzenia, podnoszę dywaniki. Nie ma i już. Pierwszy raz mnie to spotkało, ale stopowicze przywłaszczyli sobie coś mojego. Trudno myślę sobie trzeba następnym razem uważać. A na dworze /albo na polu, jak kto woli/ piź… jak w Kieleckiem. Mróz i wiatr. Szczęście, ze w bagażniku znalazłem firmową „bejsbolówkę”. Wciągam ją na głowę i idę. Szlak przetarty. Po drodze ktoś śmiga na skuterze. Wymyśliłem sobie, że to Lutek ale spod kaptura i ciemnych okularów trudno twarz rozpoznać. A propos kaptura. Moja kurtka jest pozbawiona takiego urządzenia na głowę. Jest chłodno, wiatr hula, a ja brnę dalej pod górę. Pomimo zimna pocę się. Może nie tak jak dzisiaj pisząc te słowa, ale zawsze. Moja czapka słabo spełnia swoje zadanie. Dochodzę do miejsca, w którym czarny szlak dochodzi do mojego. Czarny całkowicie nie przetarty. Idę dalej coraz bardziej wątpiąc w sens tej wędrówki. Dogoniło i wyprzedziło mnie dwoje ludzi. Ja powoli, ale idę do góry. W końcu dotarłem do połoniny. Stanąłem kilka metrów za lasem. Stanąłem i się załamałem mam tak blisko, a jednak tak daleko jeszcze. Wieje jak diabli. Spocone włosy na głowie mi zamarzły. Rozsądek zadecydował. Nie chcę się rozchorować. Wracam. Smutny wracam na dół. Dzwoni Renatka i podnosi mnie na duchu. Mówi, że dobrze zrobiłem. Dochodzę do karawanu i tutaj dopiero się zeźliłem. W powietrzu latały wszystkie panie nędzne, nieobyczajne i inne takie. Powód tego wywodu leżał na półce za przednią szybą. Tam na miejscu najbardziej widocznym leżała sobie spokojnie moja czapka. Tutaj oficjalnie przepraszam stopowiczów, których podejrzewałem o niecne uczynki. Znowu dupa wyszła z podpisu. Jeszcze jedno. Nie mogę wyjechać z tej pieprzonej pryzmy. Szczęście, że mam saperkę i mogę sam się odkopać…


Odpowiedz z cytatem