Dzień 9.
Mówcie, co chcecie, a ja swoje wiem. Jak się dobrze zaklina, to cel się osiąga. Trzeba się tylko dobrze starać i odpowiednich środków zaklinających używać.
Poranek przywitał nas słoneczkiem.
W tym miejscu muszę podzielić się z wami pewną refleksją. Otóż od lat kilku będąc w Bieszczadzie oczy moje uciekały w stronę Beskidu Niskiego. Dlatego jeden tydzień urlopu zaplanowałem właśnie w Komańczy. Niby jeszcze Bieszczad, a Beskid Niski z zasięgu nogi i oka. Przygotowywałem się trochę bardziej do tego tygodnia niż do ostatnich wyjazdów w Bieszczad. Po prostu Beskidu Niskiego nie znam wcale. Absolutne nul. Dlatego poprosiłem sir Bazyla o rady na długo jeszcze przed urlopem. Dzięki Ci w tym miejscu Bazylu za Twoje cenne rady i gotowe plany wycieczek.
Komańcza, to nie Muczne i śniadania trzeba sobie robić samemu. Po śniadaniu pakujemy się do karawanu i hajda w stronę Dukli. Aż tak daleko nie jedziemy. Najpierw krótki postój na pogorzelisku i budowie. Jestem pod dużym wrażeniem zaawansowania prac przy odbudowie cerkwi. Jedziemy do Woli Niżnej i tam skręcamy w lewo. Bardzo wyboistą drogą dojeżdżamy do miejsca, w którym znajduje się „Ośrodek Łowiecki Gawra”. Tutaj zostawiamy karawan i idziemy drogą pieszo. Droga ta prowadziła nas lekko pod górę poprzez malownicze łąki. Minęliśmy leśnictwo Rudawka i szliśmy dalej. Ja wypatrywałem po lewej stronie drogi miejsca, w którym mógłby znajdować się cmentarz i miejsce po cerkwi. Po pewnym czasie po lewej stronie drogi, za Jasiołką widzę takie miejsce. Nawet jest kładka przerzucona przez Jasiołkę. Starym zwyczajem mówię, że idę poszukać cmentarza i nie oglądając się za siebie przechodzę przez kładkę. Po pewnym czasie dogonił mnie kuzyn w przemoczonych butach. Widocznie uznał, że kładka jest dla cieniasów jakiś. Na nasze szczęście / tak mi się wydawało/ z naprzeciwka idzie dwóch jegomościów. Pytam się o cmentarz i zdziwko z mojej strony, bo oni nic nie wiedzą o cmentarzu. Sprawiali wrażenie ludzi spędzających urlop w okolicy. Nic to kilkuletnie bieszczadzkie doświadczenie w łażeniu po cmentarzach zrobiło swoje. Cmentarz jest dokładnie tam, gdzie go oczekiwałem. Zarośnięty mocno, ale jest. Wyraźnie widać schody do istniejącej tu kiedyś cerkwi. Połaziliśmy, porobiliśmy zdjęcia i wracamy. Nie wiem, dlaczego ale po takich starych cmentarzach lubię włóczyć się samotnie. Wychodząc z cmentarza zauważamy na drzewie suszącą się skórę. Czyżby ci ludzie, których spotkaliśmy kłusowali tu sobie i nie chcieli, byśmy tutaj chodzili?
Na drodze czekają na nas kobiety i chrześniak. Idziemy dalej drogą gruntową wijącą się poprzez łąki. Dochodzimy do miejscowości Wola Wyżna. Nie powiem żeby miejsce to było urokliwe. Jest ponure. Jakiś blok, jakieś rozwalające się budynki po PGR. Krótka narada bojowa. Panie stwierdzają, że im się już nie chce dalej iść i wracają. Nic na siłę. Chcą wracać – ich prawo. Urlop jest. Nam jest to na rękę, kiedy my wrócimy do Woli Wyżnej, to powinien już na nas czekać w tym miejscu karawan. Krótkie pożegnanie i idziemy dalej. Doga po kilkuset metrach zagrodzona jest szlabanem. Omijamy go i wchodzimy do lasu. Żywego ducha tu nie ma. Nawet ptaszki nie śpiewają. Po pewnym czasie droga wyprowadza nas na uroczą polanę. A na polanie, co stoi? Kto zgadnie? Bingo! Ambona stoi. Tu zwierzyna musi przychodzić i łatwo ją obserwować przez lunetę przykręconą do lufy. Chrześniak nawet wszedł na nią, aby sprawdzić. Nie wiem co, ale aby sprawdzić. Po małym odpoczynku podążamy drogą dalej. Na jednej z mijanych polan leśnicy zrobili sobie skład drewna.


Odpowiedz z cytatem