Jako się rzekło drogą nie wędrowaliśmy długo ale i tak zdążyliśmy się nią znudzić i ponarzekać, że Pan Hetman żadnej karczmy gdzieś tutaj wystawić nie raczył. Na mapie widniała co prawda jedna, ale daleko za plecami, a przesądni rycerze nie są skłonni wracać, skoro już do przodu poszli. Porzuciliśmy więc drogę po małym postoju na ostatnim mostku (Zagłoba się zbuntował i postanowił jakiś pasztet z Turka czy inną mielonkę z Tatarzyna wsunąć, miodem niestety ani winem nie popijając z powodu braku tak jednego jak i drugiego). Zostawiliśmy więc bity trakt po lewicy i zapuściliśmy się w dzikie ostępy. Wieść niesie, że w tej okolicy niejaki wachmistrz srogi Luśnia morduje każdego, kto ciekawy wzrok za jakąkolwiek niewiastą odwróci, mieliśmy się więc w wielkiej ostrożności aby w razie niebezpieczeństwa (czytaj - pojawienia się jakiejś białogłowy) czem prędzej udać się na z góry zaplanowane pozycje. Rozmowy zamilkły, głowy obracały się dookoła jak anteny radarowych stacji imć Pana Hetmana, oczy myszkowały po okolicy a uszy nadsłuchiwały sygnałów zagrożenia. Na szczęście oczy znajdowały jedynie łąkę za łąką a uszy wychwytywały czasem wyraźniejszy a czasem odchodzący w dal szum Dniestru. Wisłoka znaczy sięPadła nawet propozycja, aby zbudować dłubanki i do centralnej stanicy RZ spłynąć, ale co krok pojawiające się na rzece porohy skutecznie nam ten pomysł wybiły z głowy.
Wędrowaliśmy więc znów niekończącymi się łąkami nad wijącym się niżej Dniestrem (Wisłokiem znaczy się) i tylko gęsto rozstawione stanowiska strzeleckie nieznanej proweniencji wprowadzały w tę sielankę niejaki dysonans. Najwyraźniej wieści o wachmistrzu srogim Luśni nie były nic a nic przesadzone. Już widzieliśmy oczami wyobraźni te bielejące kości i nagie czaszki zawieszone nad wejściowymi drzwiami do jego samotni. Mieliśmy jedynie nadzieję, że nie będą to nigdy nasze czaszki...



Odpowiedz z cytatem