Dodreptaliśmy, jak było wyżej powiedziane, na zasłużony, (odrobinkę) dłuższy odpoczynek. Karczma była otwarta, dawali piwo i jelenie polędwiczki z cebulką... a przynajmniej tak byśmy chcieli Bo kresowa stanica była opuszczona, okiennice zamknięte, informacja o żurku i piwie za rogiem (czyli za 5km) nawet lekko drażniła Nie było rady, wyciągnęliśmy z juków własne produkty, zagotowaliśmy wodę i pobiesiadowaliśmy chwilę przy tym, co sobie sami przynieśliśmy. Ciężki jest los wędrowca, na szczęście w miarę jedzenia staje się coraz lżejszy.

Wzmocniliśmy się troszkę po czym znów ruszyliśmy w drogę. Po chwili wahania zamiast iść - jak na rycerzy przystało - drogą polną przez łąkę połasiliśmy się na nowiutki dukt oznaczony najbardziej skomplikowanym znaczkiem ścieżki jaki zna natura. I za karę po chwili znów musieliśmy się przez las przedzierać kierując się na starą, sprawdzoną drogę. Jak osiągnęliśmy biskupie dobra dzień zaczął się kończyć. A przed nami jeszcze był kawałek drogi... na szczęście ścieżka była wyraźna (choć, o zgrozo, nieoznaczona i nieudostępniona) więc wędrowaliśmy spokojnie łapiąc znikające w półmroku widoki. Jeszcze graniczne było widać, ale i chmury zaczęły nadciągać, wraz ze zmrokiem za chwilę zamknęły nam horyzont i zmusiły do wypatrywania raczej tego co pod nogami a nie gór dookoła.