mnie nigdy by nikt nie namowil by zaprzestac planowania bo wyjazd sam w sobie to tylko fragment wyprawy.. aby byla kompletna musi byc dla mnie planowanie, wyjazd i potem wspominanie.. wtedy tygodniowy wyjazd mozna przezywac 3 tygodnie i caly ten czas ma sie wrazenie jakby trwal :D
poza tym nie planujac, nie zbierajac informacji o terenie w ktory sie uderza mozna wiele stracic, mozna pominac jakies cudne miejsce od ktorego sie bylo kilometr.. ja zwykle realizuje 30% moich planow poniewaz zwykle sa tak obszerne ze nijak by to wszystko zmiescic w danym czasie..ale za to gdy cos nie wyjdzie, nigdy mi jeszcze nie zabraklo planow awaryjnych..(poza tym plan ma to do siebie ze w trakcie trawania wycieczki zwykle sie rozrasta i pęcznieje
ale nie jest tak ze dokladne planowanie zabija spontanicznosc.. jedno jest nawet najlepiej opracowany plan a drugie jest zycie , ktore na kazdym kroku to weryfikuje.. planowalam jechac /isc ta a ta droga , a w rzeczywistosci okazuje sie ze nie ma tam nawet sciezki.. na mapie jest most ale mapa ma 5 lat a w miedzyczasie byla powodz a rzeka ma 2 m glebokosci..
wedlug mnie planowanie to raz radosc sama w sobie a dwa nakresla jakies ramy wyjazdu, a scenariusz to juz pisze zycie..
ło jejku! z takim plecakiem to ja chodze na popoludniowy spacer do lasu.. toz tam wejdzie termos, dwie kanapki i 1 sweter.. to faktycznie moze nie dawac poczucia bezpieczenstwa...
mi to sie zwykle sama taka tabelka uklada w glowie czy tego chce czy nie :)




Odpowiedz z cytatem